Człowiecza historia

Home Blog Wpisy Człowiecza historia

Exemple

Człowiecza historia

Był młodym mężczyzną po trzydziestce. Pochodził z prowincji, od dziecka ojciec uczył go szacunku do pracy, a także szacunku do innych ludzi, którzy – gdy dorastał – widzieli w nim miłego i zdyscyplinowanego młodzieńca. Rodzice nie mogli posłać go do szkoły, bo żyli bardzo skromnie. Niemniej jednak ten młody chłopak zadziwiał niespotykaną mądrością i dociekliwością. Umiał zadawać ważne i trudne pytania, a co najważniejsze – umiał słuchać tego, co mówią inni mądrzy ludzie. Z każdym dniem stawał się coraz bardziej dojrzały fizycznie, emocjonalnie i duchowo, bo bardzo poważnie traktował Boga, z którym od najmłodszych lat liczył się bardzo poważnie.

Pewnego dnia postanowił opuścić dom rodzinny. Zaczął śmiało obracać się między ludźmi, prezentując im swoje poglądy i zapatrywania na wiele życiowych spraw. Co ciekawe, często w swych wypowiedziach powoływał się na Boga w niebie, o którym mówił zawsze z pasją i nadzwyczajnym żarem w sercu. Ludzie podziwiali tego młodego człowieka za odwagę, błyskotliwość wypowiedzi, a nade wszystko za szczerość i bardzo szlachetne podejście do wszystkich ludzi. Stał się postacią bardzo lubianą, więc ludzie gromadzili się chętnie wokół niego, aby posłuchać tego, co miał im do powiedzenia.

Umiał chwytać za serce, choć nie był jak populistyczny polityk. Niczego nie robił pod publiczkę ani nie stawiał siebie na pierwszym miejscu. Raczej starał się czynić dobro wokół, troszcząc się o zaspokojenie potrzeb innych, często biednych i nieszczęśliwych ludzi. Nawet bronił ich przed tymi, którzy ich krzywdzili i wykorzystywali. Z tego więc powodu w swoich wypowiedziach zdobywał się czasami na dość ostre i bezkompromisowe oceny tych ludzi, którzy byli po prostu podłymi i fałszywymi hipokrytami. Tych szczególnie nie cierpiał i odważnie krytykował.

Nic więc dziwnego, że zaczął narażać się takim ludziom, którzy zaczęli go najpierw krytykować, potem chcieli go oskarżyć o cokolwiek, byle postawić go przed sądem i w końcu wsadzić za kratki. Kiedy jednak zwykli ludzie stawali za nim murem, by go bronić, ci podli ludzie potajemnie zwarli swoje szyki i postanowili go zabić. Chodziło tylko o to, by zrobić to po kryjomu i po cichu zlikwidować go.

Zastraszano go na różne sposoby, wyzywano od najgorszych. Krążyły o nim nieprawdziwe opinie, że tylko z pozoru jest on tak miły i sympatyczny, a tak naprawdę to jest żarłokiem, pijakiem, przyjacielem różnych typów spod ciemnej gwiazdy, a nawet wręcz posądzano go o satanizm. To szczególnie go bolało i było okropnie niesprawiedliwe, ponieważ ten młody mężczyzna bardzo wielkim szacunkiem, by nie powiedzieć wielką czcią otaczał Boga, którego zresztą miał czelność nazywać swoim własnym Ojcem. Dla wielu był to szczyt megalomanii i szaleństwa. Tym bardziej, że nawet jego własna rodzina w pewnym momencie obawiała się, że postradał zmysły.

Dodatkowej pikanterii dodawały nieprawdopodobne relacje niektórych ludzi, którzy twierdzili, że ma on jakąś nadzwyczajną moc.  Niektórzy opowiadali, że byli podobno świadkami tego, że ten mężczyzna uleczył kogoś z trądu, otworzył oczy jakiemuś ślepcowi, a najbardziej nieprawdopodobnie brzmiały plotki, jakoby kogoś umarłego wskrzesił z martwych do życia. To nie mieściło się w głowie! Przecież nigdy wcześniej nie słyszano o takich przypadkach. Widocznie szaleństwo tego samozwańczego cudotwórcy udzieliło się innym, którzy stali się zresztą jego fanatycznymi naśladowcami.

Ludzie mieli skrajnie odmienne opinie o tym człowieku, więc strasznie kłócili się między sobą. Jedni uważali go za świętego, inni zaś za wysłannika samego diabła. Te silne kontrowersje przeniosły się w końcu na ulice i place, gdzie dochodziło do demonstracji jego poparcia, jak i do kontrmanifestacji jego zażartych przeciwników. Doszło w końcu do silnych niepokojów społecznych, które nasiliły się szczególnie w stołecznym mieście. Rozruchów tym dziwniejszych, że przecież wywołanych z powodu jakiegoś jednego człowieka z prowincjonalnego miasteczka.

Władza miała więc poważny kłopot, który trzeba było jakoś rozwiązać. Próbowano negocjacji i zabiegów „dyplomatycznych”, zwaśnione strony nawoływano do ugody. Kłopot polegał jednak na tym, że przeciwnicy domagali się od władz najwyższego wymiaru kary dla tego dziwaka, a więc kary śmierci. Tymczasem nikt nie był w stanie udowodnić mu, że złamał prawo i to w taki sposób, żeby za swoje domniemane przestępstwa zasłużyć na śmierć. Presja przeciwników była jednak bardzo silna, a podsycona polityczną intrygą stała się pułapką dla rządzących, którzy w końcu dla świętego spokoju postanowili im ulec – również w trosce o własną skórę i zachowanie stołków oraz intratnych posad. Zgodzili się przy tym z przebiegłą sugestią najważniejszych religijnych autorytetów, że lepiej będzie, jeśli ten jeden niewygodny człowiek zostanie zgładzony, byle wrócił społeczny spokój i wtedy nikt inny nie ucierpi. Prosta matematyka. Zabijmy go dla przykładu, by nikt nigdy więcej nie podważał naszego autorytetu – postanowili definitywnie.

Dla zyskania jeszcze większej satysfakcji, po aresztowaniu go pod osłoną nocy, poddano go męczącym przesłuchaniom i okrutnym, bezlitosnym torturom. Potem został sponiewierany, wyśmiany i w końcu dokonano na nim publicznej egzekucji, która trwała na oczach tłumów aż sześć bitych godzin. Wszyscy jego wrogowie odetchnęli z ulgą, a i sam szatan, który cieszy się z każdego draństwa i niesprawiedliwości, zacierał ręce z dziką satysfakcją. Dziwne to trochę, bo przecież niektórzy mówili, że ten człowiek był jego wysłannikiem i sługą. Coś tu nie grało, a najbardziej zaskoczyło wszystkich trzygodzinne całkowite zaćmienie słońca, którego nikt wcześniej nie zapowiadał, a do tego jeszcze silne trzęsienie ziemi. Na szczęście trzęsienie ustało, znowu zaświeciło słońce. Najważniejsze, że ten człowiek w końcu wyzionął ducha – fatalnie skończył. Pewnie na to zasługiwał….

Zasługiwał?  TAK i NIE. NIE, bo nikt Mu żadnej winy nie udowodnił. Z drugiej strony TAK, bo wziął na siebie moje podłości, grzechy, błędy i upadki i za to wszystko sam poniósł odpowiedzialność, płacąc najwyższą cenę – mianowicie oddał swoje życie za mnie w kwiecie swojego wieku. Wydawałoby się, że w ty momencie poniósł totalną klęskę. Ale to był dopiero piątek. Wielu nienawistnych wrogów Tego Człowieka nie przeczuwało, że nadchodzi niedziela. Nadeszła. Znowu zatrzęsła się ziemia, zabłysło wielkie światło z nieba! Trzy dni temu pusty krzyż, teraz pusty grób, za to puste serca wielu wypełniła nieopisana radość – radość zmartwychwstania i zbawienia. Ten, który wszystko to przeszedł z nieopisaną godnością i konsekwencją, wszedł pewnego dnia również do mojego pustego serca i jest w nim aż do dziś. JEZUS ŻYJE I WCIĄŻ ZBAWIA! Ciebie też może – dzisiaj! Czy pozwolisz, by nadal twoje serce było puste?

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)