Exemple

Grać jak z nut


Pisałem już jakiś czas temu w jednym ze swoich wcześniejszych felietonów, że szczególnie jesienią, zazwyczaj w listopadzie, lubię słuchać muzyki Chopina, która pozwala mi w dobrym nastroju przetrwać najbardziej ponury miesiąc w kalendarzu. W tym roku jest jednak inaczej, a to za sprawą trwającego 18. Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego, który odbywa się co pięć lat w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Od ostatniego konkursu minęło jednak 6 lat, ponieważ ograniczenia pandemiczne w zeszłym roku nie pozwoliły na zorganizowanie tak wielkiego i prestiżowego konkursu. Dopiero teraz, jak to zwykle wcześniej bywało, czyli w październiku, trwają właśnie przesłuchania kandydatów, którzy dostali się do drugiego etapu tego najważniejszego konkursu chopinowskiego na świecie.

W zgodnej opinii fachowców, profesorów akademii muzycznych i jurorów, tegoroczny konkurs stoi na wyjątkowo wysokim poziomie. Tak więc dla melomanów, a szczególnie miłośników dorobku naszego największego kompozytora i dumy wszystkich Polaków, najlepsze dania tej muzycznej uczty są jeszcze przed nimi. Oczywistym jest, że trzymamy kciuki za 9-osobową grupę młodych Polaków, którzy przeszli do drugiego etapu i mamy nadzieję, że nasi znajdą się również w gronie laureatów, a może nawet zwycięzców tego konkursu, tak jak przed laty Krystian Zimerman czy Rafał Blechacz.

Mam świadomość, że być może niewielu moich zacnych Czytelników fascynuje się takim wydarzeniem jak Konkurs Chopinowski. Jednak na kanwie tego wielkiego wydarzenia artystycznego, którego gospodarzem od lat – i zasłużenie – jest Polska jako ojczyzna genialnego Fryderyka, chciałbym podzielić się pewnymi refleksjami natury duchowej, które mogą stać się inspiracją dla nas, chrześcijan. Bo tak, jak dla tych młodych i bardzo zdolnych pianistów Fryderyk Chopin jest niedoścignionym mistrzem nie tylko jako kompozytor, ale również jako pianista, który sam przecież wykonywał napisane przez siebie utwory, tak dla nas chrześcijan niedoścignionym Mistrzem jest Pan Jezus. Zarówno w sferze duchowej więzi z Bogiem, jak też w swojej moralności, etyce i stosunku do drugiego człowieka. Każdy świadomy chrześcijanin nie tylko podziwia przykład Jezusa, ale również stara się Go naśladować i podążać Jego śladami w codziennym życiu.

Wszystkich pianistów występujących na estradzie Filharmonii Narodowej w Warszawie łączy jeszcze jedno.Wszyscy oni, choć grają swoje utwory na pamięć, to jednak grają dokładnie tak, jak jest to zapisane w nutach skomponowanych przez Chopina. Nie mogą nic od siebie dodać lub ująć, lecz muszą te utwory odtworzyć z precyzyjną dokładnością, choć interpretują je w swój własny i niepowtarzalny sposób. Gdyby ktoś z tych młodych artystów dodał choćby jedną własną nutę, jurorzy natychmiast by to wychwycili i oczywiście oceniliby to negatywnie, wszak pianistyka jest odtwórczą działalnością artystyczną. Inaczej ma się sprawa z pianistami, którzy sami komponują, a potem wykonują swoje własne utwory.

Podobnie powinno dziać się w życiu świadomych swojej wiary chrześcijan, dla których duchowe „nuty, które powinni grać” są zapisane w Piśmie Świętym. Panu Bogu zawsze chodziło o to, by ludzie przez Niego stworzeni niczego nie dodawali ani niczego nie ujmowali z Jego przykazań, nakazów i zakazów, poleceń oraz ostrzeżeń. Powinniśmy postępować dokładnie tak, jak to zamierzył nasz Stwórca i Zbawiciel. Jeśli Boże przykazania traktujemy wybiórczo, wypełniamy tylko te, które są dla nas wygodne lub niewiele nas kosztują, lekceważymy zaś inne, bo są dla nas niewygodne lub wręcz nieaktualne w obecnych czasach – to po prostu jesteśmy Bogu nieposłuszni. Byłoby czymś absurdalnym i nie do przyjęcia, gdyby jakiś pianista ogłosił wszem i wobec, że teraz gra muzykę Chopina zupełnie inaczej, poprawiając mistrza i dodając własne pomysły i rozwiązania harmoniczne, bo to przecież stara muzyka z pierwszej połowy XIX wieku. Trzeba ją zmodyfikować, poprawić, może udziwnić, innymi słowy – uwspółcześnić. Tak się nie robi z dziełami wielkich geniuszy muzyki.

Tymczasem współcześni chrześcijanie ulegają właśnie takiej pokusie, by Boże przykazania uwspółcześnić, zmodyfikować, niektóre wręcz wyrzucić z kanonu naszych współczesnych wartości albo nadać im zupełnie inne i bardziej liberalne znaczenie. Idziemy więc czasem na kompromisy moralne, etyczne, o duchowych nie wspominając. Tak postępując, bezcześcimy Boże prawa, odbieramy im walor wiarygodności, przez co obrażamy samego Boga, którego Słowo przecież „trwa na wieki, jest ono niewzruszone jak niebiosa” (Psalm 119,89).

Różni ludzie grają muzykę Chopina. Jedni są nieporadnymi uczniami, inni ledwie sprawnymi rzemieślnikami, ale są i tacy, którzy okazują się prawdziwymi artystami i genialnymi odtwórcami tej niepowtarzalnej i uniwersalnej muzyki, którą fascynują się ludzie na wszystkich kontynentach. Podobnie jest z chrześcijanami. Jedni są udawaczami lub słabeuszami duchowymi, inni zaledwie poprawnymi i raczej nominalnymi „rzemieślnikami”. Są jednak i tacy, którzy są nieprzeciętni, oddani z pasją służbie dla Boga i kochający swoich bliźnich. Tacy szczególnie podobają się Bogu, który im błogosławi i prowadzi. Kto z nas ma taką ambicję, by być takim człowiekiem? Wielkich artystów i wielkich chrześcijan łączy jedno – do wielkości dochodzi się dzięki wielkiej pracy i ogromnemu poświęceniu. Nie da się tego osiągnąć na skróty, choć są tacy, którzy tego próbują. Ale ich muzyka zawsze będzie brzmiała fałszywie. Na salach koncertowych i w kościele też.

Andrzej Seweryn

andrzej.seweryn@gmail.com

Read More →
Exemple

Gniazdo


Bociany odleciały i zrobiło się trochę pusto i nostalgicznie. Gniazda opustoszały, choć jeszcze kilka dni temu bocianie skupiska tętniły życiem, gniazda były pełne wyrośniętych już ptaków, a na pobliskich słupach i dachach stali samotnie prawdopodobnie ich ojcowie, dla których zabrakło miejsca w rodzinie. Wiadomo, bocian zrobił swoje – bocian może odejść …. na latarnię i stać na jednej nodze.

Teraz myślę sobie o tych pięknych ptakach, jak szybują w przestworzach, pokonując tysiące kilometrów, by przezimować w jakimś ciepłym, afrykańskim kraju. Kiedy jednak minie zima i zawita do nas znowu wiosna, bociany powrócą do swoich gniazd i będą znowu cieszyć nasze oczy. Najważniejsze, że populacja tych ptaków z polskim rodowodem pomnożyła się, więc możemy cieszyć się i z tego powodu. Górą nasi! Pewnie i w bocianim świecie zadziałała magia prorodzinna 500+.

Gniazdo to symbol domu albo naszego miejsca na ziemi. O ludziach wyjeżdżających na emigrację mówimy czasem, że opuszczają swoje rodzinne gniazda i postanawiają tułać się po świecie za lepszą pracą i lepszą przyszłością. Kiedy z kolei zdarza się, że decydują się powrócić z dalekich wojaży i emigracyjnych przygód, wtedy zwykle cieszymy się i powiadamy, że dzięki Bogu ci ludzie wracają w końcu do swoich gniazd. Radość jest tym większa, kiedy wracają nasi bliscy lub przyjaciele, bo rozłąka z nimi była dla nas przykra i bolesna. Taką radość sprawiliśmy bliskim i przyjaciołom niemal siedem lat temu, kiedy po dwóch latach spędzonych w Kanadzie szczęśliwie wróciliśmy do kraju, by być znowu z bliskimi i służyć innym ludziom oraz naszym przyjaciołom.

Kiedy nasze dzieci dorastają, to z ust rodziców wydobywa się czasem nostalgiczna myśl, że oto nasze latorośle wylatują z gniazdka, co oznacza, że postanawiają rozpocząć dorosłe i samodzielne życie. Martwimy się o nie dalej, bo nie zawsze układa się im pomyślnie i szczęśliwie, a czasem zdarza się i tak, że poranione wracają do swoich rodziców, mając życie zniszczone jak rozbity  dzban. Pięknie opisał to nasz szczycieński bard – Krzysztof Klenczon w piosence pt. „Natalie – piękniejszy świat”, którą napisał dla swojej córeczki Jacqueline-Natalie. Ten nostalgiczny i dość smutny utwór spopularyzował przed laty Ryszard Rynkowski. Zawsze wzruszałem się jego treścią i przepiękną melodią. Cóż, rodzicielskie serce zawsze pragnie szczęścia dla swoich dzieci.

Tak czy owak – rodzinny dom to zawsze nasze gniazdo, szczególnie ciepłe i przytulne, jeśli mieliśmy z rodzicami i rodzeństwem dobre stosunki. Kiedy więc w końcu sami zakładamy rodziny, mamy dzieci, a potem wnuki, chcemy również uczynić nasz dom oazą ciepła i miłości dla naszych bliskich. Praktykowaliśmy to z żoną ostatnio, goszcząc zarówno nasze dzieci jak i wnuczki. Było gwarno i tłoczno, ale to był błogosławiony czas spędzony w naszym rodzinnym gniazdku. Nie musiałem spędzać nocy na słupie lub latarni, jak to przydarza się bocianom. Jakoś znalazło się miejsce i dla mnie.

Innym podobnym określeniem, które opisuje nasze poczucie bezpieczeństwa i komfortu jest dach nad głową. To skrót myślowy odnoszący się do naszych mieszkań czy domów, w których mieszkamy. Jakież to ważne miejsca w naszym życiu! Myślę, że często nie doceniamy faktu, że mamy swoje cztery ściany, które zapewniają nam osobistą przestrzeń, bez względu na metraż. Kiedyś wyrastałem w domu rodzinnym, potem w czasie moich studiów była to skromna część pokoju studenckiego w akademiku, w którym mieszkałem przez pięć lat. To był mój dach nad głową. Potem mieszkaliśmy już razem z żoną w różnych mieszkaniach służbowych, choć nie mieliśmy wtedy własnego domu. Ale zawsze mieliśmy dach nad głową – wdzięczni Panu Bogu za to! Doceniają go szczególnie ludzie bezdomni, którzy z różnych powodów życiowych utracili swoje domy, mieszkania i rodziny i dziś tułają się po zakamarkach miast, by ochronić się od deszczu, wiatru i zimna.

I tu przypomina mi się wypowiedź Pana Jezusa, który na zapewnienie pewnego człowieka mówiącego, że jest gotowy pójść za Nim, odpowiedział, uprzedzając go lojalnie: „Lisy mają nory i ptaki gniazda, Syn Człowieczy jednak nie ma gdzie skłonić głowy” (Ew. Mateusza 8,20). Choć w innym miejscu Ewangelii czytamy, że Pan Jezus wychowywał się w Nazarecie, a potem na krótko zamieszkał w mieście Kafarnaum w Galilei, to jednak chodził z miasta do miasta oraz z wioski do wioski, głosząc dobrą nowinę o Królestwie Bożym i tak naprawdę był bezdomny. Nie przyszedł bowiem na tę ziemię, aby godnie i wygodnie mieszkać w jakiejś rezydencji, ale przyszedł, aby ratować i zbawić to, co zginęło, a więc ludzi zgubionych, nie mających duchowego domu, gdzie mogliby znaleźć się w obecności Boga i pod Jego skrzydłami. Są bowiem na tym świecie ludzie, którzy mieszkają w pięknych mieszkaniach i apartamentach, nierzadko też w luksusowych domach, ale duchowo są to ludzie bezdomni, bez dachu nad głową i nie mający własnego duchowego gniazda.

Tak więc warto doceniać nasze uwite gniazdka oraz to, że mamy dach nad głową i nie musimy się obawiać zimna czy padającego na głowę deszczu. Warto też zadbać o to, by uchronić się od duchowej bezdomności i zagubienia, szukając miejsca, gdzie każdymoże być blisko Boga – bezpieczny i otoczony ludźmi, którzy również kochają swojego Ojca w niebie! Jak ptaki w swoich gniazdach! One bowiem ćwierkają i zawsze pięknie śpiewają na chwałę swego Stwórcy!

Andrzej Seweryn

andrzej.seweyn@gmail.com

Read More →
Exemple

Zgoda w rodzinie


W ostatni weekend udaliśmy się z żoną do mojego rodzinnego miasta Chełma, by tam spotkać się z moimi dwiema siostrami i ich rodzinami, a także z moim bratem i bratową, którzy na tę okoliczność przyjechali aż z królewskiego miasta Krakowa. Było to nasze kolejne rodzinne spotkanie, którego ostatnio nie mieliśmy, więc zatęskniliśmy za sobą, jak to było dotychczas pielęgnowane przez nas od lat.

Spotykaliśmy się cyklicznie od dawna. Kiedy mieliśmy małe dzieci, pakowaliśmy je do malucha lub innego posiadanego w danym czasie pojazdu i gnaliśmy do naszych rodziców, by wspólnie z nimi usiąść pod bzem na podwórku, spożywać razem posiłki, pić kawę i delektować się pączkami pieczonymi przez mamę lub szarlotką przywiezioną przez bratową z Krakowa, o słodkich specjałach przygotowywanych przez nasze siostry nie zapominając.

Nasze dzieci grały w piłkę na podwórku, waląc często piłką do ogrodu sąsiadów. Chodziliśmy na wspólne spacery, rozmawiając do późna o naszych rodzinnych radościach i smutkach. Potem dzieci zaczęły nieco podrastać i zaczęła się era komputerowa. Zamiast grać w piłkę, jak to bywało dotychczas, zaczęły się one gnieździć w małym pokoiku na poddaszu domu siostry i na przemian grały w gry komputerowe. Wchodząc do tego pokoiku można było „siekierę powiesić”, jako że duchota panowała tam niemożebna, a i przekrzykiwania naszych latorośli były wtedy głośne nad wyraz. O grze w piłkę na świeżym powietrzu nie mogło być mowy.

Dziś nasze dzieci są dorosłe i samodzielne, ale kiedy po raz kolejny my, stare pryki, spotkaliśmy się znowu razem, mój bratanek z nieukrywaną zazdrością zareagował na nasze wspólne zdjęcie i zapytał pisząc SMS-a: „A kiedy to zrobimy rodzinne spotkanie w szerszym gronie?” Odezwała się w nim wyraźna nostalgia za pięknymi chwilami z dzieciństwa, gdy nasze dzieci, a naszych rodziców wnukowie, integrowali się pod ich gościnnym dachem. Czasem jednak z ust naszych dorosłych dzieci wydobywają się słowa nieukrywanej zazdrości płynącej z faktu, że jako ich rodzice wciąż potrzebujemy spotykać się razem, a na hasło mojego brata lub moje wsiadamy do aut i pędzimy do naszych sióstr, by spędzić razem dobre chwile jako rodzeństwo i rodzina.

Jako ludzie już poważnie dorośli zdajemy sobie w pełni sprawę z tego, jak szczęśliwymi ludźmi jesteśmy, że mamy tak dobre relacje ze sobą i to od wielu lat. Inni, słysząc o naszych rodzinnych zjazdach, szczerze nam tego zazdroszczą, a i ja byłem pod wrażeniem pewnej rodziny, która podobnie ja my, wciąż spotykała się razem przy okazji urodzin czy rocznic ślubnych i była dla nas wszystkich przykładem takiej rodzinnej integracji.

Jest to z pewnością wyjątkowe, ale jesteśmy ze sobą podwójnie spokrewnieni, wszak łączą nas nie tylko więzy krwi, ale także fakt, że my jako rodzeństwo jesteśmy ludźmi świadomie wierzącymi, kochamy naszego Ojca w niebie, choć nie wszyscy z naszych bliskich są też tak blisko Boga jak my. Ale modlimy się o nich, a także o nasze dzieci i wnuki, aby oni wszyscy również pielęgnowali wzajemne i dobre relacje. Kiedy więc widzimy, jak nasi synowie i córki także starają się spotykać i wzajemnie odwiedzać, kiedy rozmawiają ze sobą i wspominają wspólne, beztroskie przeżycia i przygody z dzieciństwa, wtedy nasze rodzicielskie serca są pełne radości, że nasz przykład okazał się zaraźliwy dla nich. Musimy więc pomyśleć o naszym rodzinnym spotkaniu w szerszym gronie, choć kiedy policzyliśmy wszystkie nasze dzieci i wnuki, to wyszło nam, że ta nasza rodzinna gromada liczy już ponad 30 osób. Trzeba będzie chyba wynająć hotel i restaurację, bo pod bzem na podwórku naszej ojcowizny miejsca dla wszystkich nie wystarczy.

Dobre relacje w rodzeństwie to rzeczywiście wielka wartość. Mamy również w Biblii sporo przykładów pozytywnych jak i negatywnych w tym zakresie. Bardzo złe relacje, pełne nienawiści i zazdrości, panowały wśród braci patriarchy Józefa. Potrzebowali oni wielu lat, by sobie wzajemnie wybaczyć i błogosławić swoim rodzinom na przyszłość. Z kolei możemy przeczytać o relacjach Aarona, Mojżesza i Miriam, które nie zawsze układały się pozytywnie, ale mimo to Pan Bóg był rozjemcą między nimi trojgiem i użył ich do realizacji swoich świętych planów.

Możemy również spotkać rodzonych braci wśród uczniów Pana Jezusa. Piotr i Andrzej albo Jakub i Jan – synowie Zebedeusza. Chodzili oni za Jezusem i służyli Bogu z oddaniem. Byli więc podwójnie spokrewnieni ze sobą: fizycznie i duchowo! A to jest wielkie szczęście i przywilej, który trzeba cenić, a dobre relacje pieczołowicie pielęgnować!

Psalmista Dawid napisał kiedyś w jednym ze swoich licznych Psalmów takie oto słowa: „O, jak to dobrze i miło, gdy bracia żyją w zgodzie. To niczym cenny olejek na głowie (…). To niczym rosa Hermonu, która spada na góry Syjonu. Tak. Tam Pan zsyła błogosławieństwo, życie na wieki wieczne” (Psalm 133,1-3). Jako rodzina doświadczamy więc tego błogosławieństwa i pragniemy tego samego dla naszych dzieci i wnuków.

Dlatego też, kiedy spotykam ludzi, którzy nie utrzymują żadnych kontaktów ze swoimi rodzicami, dziećmi lub rodzeństwem, to wtedy im mocno współczuję, bo wiem, ile ci ludzie tracą i jak są emocjonalnie ubodzy. Któż bowiem okaże człowiekowi serce, pomoc i wsparcie tak, jak to może uczynić zdrowa rodzina? Jeśli więc relacje rodzinne są pozrywane, to tak trudno je naprawić, a czasem na przeszkodzie staje mur nieprzebaczenia, doznanych krzywd czy niesprawiedliwości, a czasem faworyzowania dzieci przez rodziców. Dziś w świecie o przyjaciół coraz trudniej, tak więc warto naprawiać złe relacje rodzinne lub ich brak. Gdyby jednak wszyscy cię opuścili, jest jeszcze Pan Bóg, który przygarnie do swojego ojcowskiego serca każdego, kto czuje się samotny i odrzucony.

Andrzej Seweryn

andrzej.seweryn@gmail.com

Read More →
Exemple

Ku dobremu


W zeszłym tygodniu odwiedziliśmy z żoną naszą córkę, która od niedawna mieszka blisko nas w swoim własnym domku. Nasza dorosła już latorośl poprosiła mnie jako tatę i faceta, żebym pomógł jej przyciąć gąszcz wijących się wokół werandy pędów krzewu winogronowego oraz jeszcze innego, dzikiego pnącza. Wiadomo, że takie krzewy puszczają liczne pędy, które rozrastają się błyskawicznie, więc zaciemniły ten miły zakątek przy domu i dodatkowo zaczęły wciskać się pod poszycie werandy.

Zabrałem się więc ochoczo do pracy, trzymając w ręku odpowiednie nożyce, czyli taki krótki sekator. Robota szła nie bez trudności, wszak poskręcane ze sobą gałązki nie było łatwo przerzedzić i przyciąć właściwie. Ponadto część pędów pięła się poziomo nad naszymi głowami po rozciągniętym drucie, do którego był również podczepiony przewód elektryczny zasilający pobliską drewutnię i garaże. Trzeba więc było uważać na ten kabel, by nie uciąć go razem z pełnymi zielonych liści pędami, które go skutecznie zasłaniały przed moimi oczami.

Uważałem jednak i byłem ostrożny aż do pewnego momentu, kiedy liście tak skutecznie zamaskowały ten przewód, że w końcu chlasnąłem sekatorem kolejny pęd i usłyszałem trzask wydobywający się z przeciętego, niestety, kabla. Na szczęście sekator miał gumowy uchwyt, który uchronił mnie przed porażeniem prądem. Gdyby nie to, pewnie spadłbym z drabiny, ponieważ kabel był pod napięciem 220 V. Jak skończyłby się ten upadek – jedynie Pan Bóg raczy wiedzieć. Z pewnością jednak uchronił mnie od poważnych konsekwencji nie tylko kontaktu z prądem, ale również upadku z drabiny, co w moim wieku mogłoby skończyć się nieszczęściem. O swoim sercu nie wspomnę.

Okazało się jednak, że w domu córki spięcie wywaliło korek i odcięło prąd. Było mi przykro z tego powodu, że chciałem pomóc własnemu dziecku, a wyszło tak paskudnie. Tym bardziej, że po włączeniu korka córka nadal nie miała prądu, było późne popołudnie, przestał działać Internet i światłowód, a trzeba przecież pracować zdalnie i już. Zadzwoniłem więc do zaprzyjaźnionego elektryka, prosząc o pilną interwencję. Zanim jednak ten przyjechał do nas, bo miał do pokonania prawie 20 kilometrów, sąsiadka przypomniała nam, że na zewnątrz budynku znajduje się dodatkowa szafka, w której jest główny wyłącznik prądu oraz dodatkowy korek. Po jego włączeniu wrócił prąd, ale pozostała kwestia przeciętego kabla, który tak czy owak trzeba było naprawić.

Kiedy mój znajomy elektryk pojawił się w końcu i przyjrzał plastikowej puszce, w której były umieszczone końcówki kabli prowadzące do korka, powiedział do mnie, że moje niefortunne przecięcie kabla elektrycznego okazało się bardzo fortunne, by nie powiedzieć „zbawienne”, bo spięcie wywołane tym przecięciem kabla wywołało awarię w puszce z kablami i korkiem. Miejsce to było bardzo mocno przegrzane i po włączeniu prądu światło w mieszkaniu zaczęło dziwnie pulsować, zaś w plastikowej skrzyneczce zaczęło coś błyskać i niebezpiecznie się nagrzewać. „O, bracie – powiedział mój znajomy – gdyby nie twoje przecięcie kabla, pewnie doszłoby wkrótce do niebezpiecznej awarii mogącej doprowadzić do pożaru w tym domu”.

W tym momencie wszyscy zrozumieliśmy, że Pan Bóg w swej łaskawości doprowadził do tej nieprzyjemnej dla mnie sytuacji, aby w konsekwencji uchronić moją córkę i jej dom od niebezpieczeństwa i nieszczęścia. Wtedy przypomniałem sobie werset z Nowego Testamentu, który brzmi następująco: „A wiemy, że kochającym Boga, to jest tym, którzy są powołani zgodnie z Jego planem, wszystko służy ku dobremu” (List do Rzymian 8,28). Po raz kolejny w naszym życiu Pan Bóg dowiódł prawdziwości tego natchnionego zdania będącego Bożą obietnicą dla tych, którzy Go kochają i żyją zgodnie z Jego powołaniem.

Myślę, że tego typu zdarzenia stają się udziałem nie tylko nas, ale wielu prawdziwych chrześcijan. Otóż Pan Bóg chce naprawdę działać ustawicznie na naszą korzyść, czynić nam dobro i strzec nas od wszelkiego złego. I tak się właśnie dzieje w życiu tych, którzy codziennie w swoich osobistych modlitwach proszą Ojca Niebieskiego o pomyślność, ochronę i poczucie bezpieczeństwa. Wtedy czasem dzieje się z nami coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak nieszczęście, niepowodzenie lub pech, a jednak nasz Ojciec w niebie, okazując nam swoje miłosierdzie i łaskę, obraca to w dobro. Chce bowiem, aby również Jego dobroć prowadziła ludzi, którzy nawet nie są posłuszni Mu i nie traktują Go zbyt poważnie, do opamiętania i nawrócenia. Nie ma bowiem lepszej gwarancji bezpieczeństwa od tego, kiedy kryjemy się w rękach Pana Boga i chronimy się pod Jego skrzydłami. Wtedy nawet zło, które nas spotyka, w ostateczności zamienia się w dobro, powodzenie i szczęśliwe wyjście z tarapatów.

Są to niezwykłe niespodzianki pochodzące od Boga, który potrafi niesamowicie zaskoczyć i uratować nas od niejednego kłopotu czy niebezpieczeństwa. Nie jest to jednak obietnica i nadzieja dla wszystkich. Przywołany tekst biblijny wskazuje na to, że mogą tego doświadczać ci ludzie, którzy autentycznie kochają Boga i są powołani zgodnie z Jego planem. Bez powołania nie ma prawdziwej i szczerej miłości do Boga. Łatwo bowiem obiecywać komuś coś, mówiąc: „Jak Boga kocham”, ale potem nie spełnić swoich zapewnień i obietnic. W ten sposób udowadniamy samym sobie, że tak naprawdę nie kochamy Boga, lecz przychodzimy do Niego tylko wtedy, jak przyjdzie trwoga. Ja jednak trwam w mojej osobistej relacji z Bogiem, która trwa już 50 lat, bo dokładnie 15 sierpnia 1971 roku zostałem na wyznanie swojej świadomej wiary ochrzczony. Od tego momentu Pan Bóg setki, tysiące razy działał i nadal działa ku mojemu dobru. Jak więc nie kochać takiego Boga?

Andrzej Seweryn

andrzej.seweryn@gmail.com

Read More →
Exemple

Poziom i pion


Mam ostatnio przyjemność obserwować budowę drewnianego domu. Majstrzy uwijają się, wykonując swoje prace. Jako laik mogę podziwiać, jak dzisiaj wiele prac wykonują maszyny: piły, wiertaki czy wkrętarki, nie mówiąc już o koparkach, które szybko wykonują prace ziemne. Pamiętam bowiem czasy, kiedy te same czynności ludzie wykonywali ręcznie, beton wyrabiali sami, wykopy robili sami, cięli i rżnęli ręcznie. Ileż wtedy trzeba było mieć sił i wytrwałości, by zbudować choćby mały, drewniany dom.

Dziś praca wygląda zupełnie inaczej. Elektrycznie zasilane betoniarki, wkrętarki czy szlifierki są pod ręką i praca idzie o wiele sprawniej i dokładniej. Praca jest o wiele lżejsza i przyjemniejsza, choć jest to nadal praca wymagająca sił i fachowości. Cóż bowiem znaczy choćby najlepsze narzędzie pracy, jeśli leży gdzieś w kącie nieużywane. Dopiero w ręku robotnika staje się użyteczne i skuteczne. Tak to już jest: dobry fachowiec, który wie jak się daną pracę wykonuje, plus odpowiednie narzędzia dają dobry i pożądany skutek.

Postęp technologiczny w budownictwie jest bardzo widoczny. Zarówno materiały budowlane jak i technologie poszczególnych etapów budowy są dzisiaj zupełnie inne niż kiedyś, przed laty. Są jednak takie narzędzia, które mimo upływu czasu i ogromnych zmian w technice budowlanej są nadal przydatne i wręcz niezastąpione, przy tym proste w konstrukcji, a również w użyciu na budowie czy w czasie remontu. Bez nich ani rusz.

Obserwując na przykład budowę fundamentu widziałem, jak przyjeżdżały betoniarki z gotowym betonem, który tłoczony przez pompę wypełniał szalunki bardzo szybko. Trzeba było jednak wygładzić powierzchnie zalanych betonem ław oraz fundamentów. Wtedy w rękach robotników pojawiła się niezastąpiona od wieków i wciąż tak samo wyglądająca kielnia – jedno z najprostszych narzędzi używanych na wszelkich budowach zarówno małych jak i wielkich obiektów. Trudno byłoby obejść się bez kielni i żaden postęp technologiczny jeszcze długo tego nie zmieni.

Drugim narzędziem niezbędnym i bardzo przydatnym na każdej budowie jest również poziomica, czyli krótsza lub dłuższa listwa ze szklanym okienkiem, dzięki któremu można oznaczać lub sprawdzać zarówno poziom jak i pion. A te wektory są bardzo ważne i trzeba ich bardzo pilnie przestrzegać, budując jakikolwiek obiekt lub konstrukcję. To proste narzędzie mój ojciec nazywał kiedyś z niemiecka „waserwagą” i dzisiaj nie różni się ono zasadniczo od tych używanych całe dziesięciolecia wcześniej.

I tu przypomina mi się historia z budowaniem placu zabaw dla dzieci z kenijskiej wioski Kwademu, w czym miałem okazję uczestniczyć dwa lata temu. Mój przyjaciel i budowlaniec napotkał na problem – otóż nie mieliśmy poziomicy, a była nam ona potrzebna przy budowie platformy dla dzieci. Ku mojemu zaskoczeniu zaproponował on jednak użycie plastikowej, przezroczystej rurki, do której nalał wody i w ten sposób mogliśmy „złapać poziom”. Z pionem ten patent oczywiście nie zadziałał.

Dlaczego piszę dzisiaj o tak banalnych narzędziach jak kielnia czy poziomica? Otóż dlatego, że każdy z nas może stać się w rękach Boga dobrym narzędziem do realizacji Jego celów i planów. Nie musisz być skomplikowaną maszyną, bo może jesteś prostym, zwyczajnym człowiekiem. Ale Pan Bóg może użyć ciebie jak robotnik zwykłej kielni, by wykonać ważne zadanie. Może to być pomoc komuś w potrzebie, zwyczajny czyn miłosierdzia, gest lub słowa serdecznego wsparcia i dodania komuś otuchy. Jeśli to uczynisz komuś tylko dlatego, że jako chrześcijanin uznajesz to za swoją powinność i przywilej, Pan Bóg ucieszy się tobą i będzie cię nadal używał jako swoje proste, ale bardzo skuteczne i przydatne narzędzie.

Poziomica przypomina mi również o naszych dwóch życiowych wektorach: pionie i poziomie. „Utrzymać się w pionie” – oznacza mieć moralno-etyczny kręgosłup i nie zataczać się jak pijany lub chwiejny w poglądach, przekonaniach lub niekonsekwentnym postępowaniu. „Stać na baczność”, czyli w postawie wyprostowanej – oznacza postawę respektu, posłuszeństwa lub gotowości do wykonywania czyichś rozkazów lub poleceń. Czy mamy taką postawę wobec Boga i Jego przykazań oraz nakazów?

Albo jeszcze inne określenie: „człowiek na poziomie”. Jest to fraza określająca człowieka prawego, dobrze wychowanego, który nie zniża się do nędznych i podłych, niskich działań, postaw lub niegodziwego języka. Dobrze jest mieć kulturę osobistą na wysokim poziomie, duchowość na poziomie i taką samą wrażliwość. Utrzymanie poziomu – oznacza stabilność, równowagę, balans – tak potrzebne, by nie powiedzieć niezbędne, w każdej dziedzinie życia. Warto więc mieć w ręku taką duchową poziomicę, czyli Słowo Boże, które wskaże ci w życiu właściwy poziom i konieczny pion. I tego się trzymaj!

Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Gol samobójczy


Trwają Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, czyli Euro 2020, które odbywają się z rocznym opóźnieniem, jako że pandemia uniemożliwiła odbycie tego turnieju w ubiegłym roku – z wiadomych wszystkim powodów. Nasi, niestety, odpadli i znowu trzeba przypomnieć sobie oklepany przebój polskich kibiców z ostatnich dekad pt. „Polacy, nic się nie stało”. Może i nic się nie stało, ale smutno trochę, bo przecież mamy wielu zawodników w naszej reprezentacji, którzy na co dzień z powodzeniem grają w utytułowanych klubach europejskich. Dlaczego więc po raz kolejny nasze orły zawiodły oczekiwania kibiców?

Może i nic się nie stało, ale wszyscy wiemy, że kiedy w jakiejś dyscyplinie sportu zaczęliśmy odnosić sukcesy międzynarodowe, natychmiast przełożyło się to na zwiększone zainteresowanie dzieci i młodzieży uprawianiem tej właśnie dyscypliny. Dzisiaj wiele dzieciaków zapisuje się do klubów tenisowych, bo sukcesy Igi Świątek, a wcześniej Agnieszki Radwańskiej, spowodowały to ożywienie. Podobnie było ze spektakularnymi sukcesami skoczków narciarskich, naszych siatkarzy czy szczypiornistów. Nie będziemy mieli nowych mistrzów, jeśli teraz nasi zawodowi sportowcy nie będą odnosić sukcesów na wielkich turniejach. Mamy przecież miliony dzieci i młodzieży, a wśród nich są bezsprzecznie wielkie talenty. Muszą się one jednak ujawnić, a stanie się to wtedy, kiedy zostaną zainspirowane zwycięstwami naszych reprezentantów, potem zapiszą się do klubów i zaczną trenować z pasją i marzeniami.

A tak, zamiast do klubów i na boiska, zamiast ruchu i ćwiczeń na świeżym powietrzu i w halach sportowych, nasze młode pokolenie zatopi się jeszcze bardziej w fotelach przed ekranami komputerów i smartfonów, z pokrzywionymi kręgosłupami i sieczką w mózgu. Taki to mamy rezultat naszych sportowych, narodowych porażek. Nieprawdą jest więc, kiedy z sarkazmem kibice znowu śpiewają: „Polacy, nic się nie stało”. Otóż stało się i to ze szkodą dla nas wszystkich. Kibicujmy więc na przykład Czechom czy Duńczykom, bo choć to małe liczebnie narody, to jednak wiedzie się im lepiej niż nam. Nie tylko w futbolu.

A skoro o Euro 2020 mowa, to ciekawostką tego turnieju jest fakt, że w dotychczasowych rozgrywkach padło aż dziesięć goli samobójczych, co nie zdarzyło się dotychczas na żadnym z turniejów tej rangi. Mając szacunek do tych czytelników naszej gazety, którzy nie interesują się piłką nożną, śpieszę wyjaśnić, że gol samobójczy pada wtedy, kiedy któryś z obrońców drużyny, która odpiera atak przeciwnika, albo odbija ciałem piłkę skierowaną do jego bramki przez atakującą ich drużynę w sposób niefortunny, zmienia jej lot i piłka wpada do siatki, albo czasem podaje piłkę do swojego bramkarza w tak nieoczekiwany sposób, że ten nie jest w stanie wybronić tego podania i również pada ten nieszczęsny gol.  Jest on zapisany na konto tego obrońcy, choć przecież nie chciał on strzelić celnie do własnej bramki. Ale taki już los obrońców.

Był jednak i taki gol samobójczy, który wpakował niefortunnie do własnej bramki sam…bramkarz, który przecież ma strzec swoją drużynę przed utratą gola. Najlepiej, kiedy zachowuje on czyste konto, czyli w całym meczu broni skutecznie wszystkie strzały przeciwników. No cóż, dola bramkarzy jest również dość trudna, bo bramka jest szeroka i wysoka, zaś czołowi napastnicy to istni snajperzy, którzy bezlitośnie wykorzystują każdą nadarzającą się okazję, by zdobywać bramki i wygrywać mecze. Tacy są zwykle liderami i idolami kibiców, prezesów oraz sponsorów.

Samo określenie „gol samobójczy” jest bardzo wymowne. Strzelenie do własnej bramki to czasem sportowe samobójstwo, bo prowadzi do porażki drużyny z powodu jej własnych błędów. Tacy nieszczęśliwi zawodnicy czasami wyręczają przeciwników i sprawiają, że mecz kończy się przegraną, a czasem klęską. Samobójcze gole odbierają drużynie ducha walki, a przeciwnicy skrzętnie to wykorzystują i dokładają kolejne gole. Mówimy wtedy o porażce niejako na własne życzenie. Takich przykrych meczów nie lubią ani sami zawodnicy i ich trenerzy, ani tym bardzie kibice.

Kiedy obserwujemy życie niektórych ludzi, możemy dostrzec podobne sytuacje jak na boisku. Ktoś żyje nieporządnie, nie jest ostrożny i rozważny, a życie atakuje z różnych stron. Padają niebezpieczne strzały, a my bronimy „własnej bramki”, by tego życia nie przegrać.  Czasem zdarzają się jednak niewytłumaczalne błędy, wpadki lub wręcz katastrofy życiowe i po bliższym poznaniu faktów okazuje się, że ktoś „strzelił sobie w stopę”, albo „strzelił sobie samobója”. To znaczy, że zadziałał na własną szkodę lub na szkodę swojej rodziny i stało się to na jego własne życzenie. Stracił szacunek, reputację i autorytet w oczach bliskich i przyjaciół, zrujnował własne życie i przekreślił wszystkie dotychczasowe dokonania. Żal mi takich ludzi, tak jak żal mi piłkarza, który strzelił gola samobójczego. W życiu jednak chodzi o większą stawkę niż w pojedynczym meczu, choćby o mistrzostwo świata czy Europy. Niech więc sam Pan Bóg stanie się naszym najlepszym Trenerem i uchroni każdego z nas od takich „samobójczych goli”.

Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Dzień Ojca


Kiedy weźmiecie do ręki dzisiejszy numer naszej gazety, będzie to nazajutrz po Dniu Ojca. W naszej powszechnej świadomości zagościło na dobre bardzo piękne skądinąd święto, czyli Dzień Matki, który przywołuje najcieplejsze wspomnienia o naszych rodzicielkach. To im dedykowane są najcieplejsze słowa, wierszyki i piosenki śpiewane i recytowane przez dzieci na całym świecie.

Natomiast chyba zdecydowanie skromniejsze są obchody Dnia Ojca, o czym staram się dziś napisać kilka słów, wszak sam jestem ojcem trojga dorosłych już dzieci oraz mężem babci, bo doczekaliśmy się trzech wnuczek. Celebrowałem więc wczoraj, a raczej nasze dzieci celebrowały dzień poświęcony pamięci o mnie i rzeczywiście nie zapomniały. To miłe, tym bardziej, że jakiś parytet musi być przecież zachowany.

Tak więc w duchu męskiej solidarności przesyłam wszystkim ojcom o jeden dzień spóźnione, ale nie mniej serdeczne życzenia. Kieruję je szczególnie pod adresem tych panów, o których ich dzieci zapomniały. Czasem bowiem te relacje są chore lub całkowicie zdemolowane i to z różnych powodów. Współczuję więc takim ojcom i takim synom lub córkom, których nie łączy z ojcami nic albo bardzo niewiele.

Pamiętam, jak kilka lat temu byłem w naszym kościelnym Domu Opieki w Białystoku. Czekając na spotkanie z kierowniczką tej placówki charytatywnej stałem na korytarzu i zobaczyłem starszego człowieka – pensjonariusza, który mieszkał w tym Domu Opieki już od jakiegoś czasu. Zagadnąłem go i zapytałem, ile ma dzieci i jak często go tu odwiedzają. Jego twarz nagle spochmurniała, a w jego oczach pojawiły się z trudem hamowane łzy. Po chwili łamiącym się głosem powiedział: „Nikt mnie tu nie odwiedza. Moje dzieci żyją własnym życiem”.

Ile jest takich złamanych ojcowskich serc dzisiaj? Ile dzieci zranionych w dzieciństwie lub zaniedbanych przez ojców szczególnie, nosi w sercu żal, ból, a czasem traumatyczne wspomnienia ciężkich lub samotnych dni bez ojcowskiego wsparcia, zrozumienia i uwagi. Modlę się o to, by moje dzieci nie nosiły w sercach żadnych złych wspomnień z dzieciństwa. Nie byliśmy przecież z żoną doskonałymi rodzicami. Nikt zresztą nie jest.

Nie jest łatwo być dobrym ojcem. Wie o tym każdy mężczyzna, który zaznał przywileju ojcostwa.  O ile bowiem kobiety mają zwykle bardzo silnie rozwinięty instynkt macierzyński i niezwykle gorące serca dla swoich dzieci, o tyle my ojcowie nie mamy wrodzonych zdolności do opiekowania się dziećmi i okazywania im uczuć, których od nas oczekują. Ponadto w naszej kulturze wciąż jest utrwalony stereotyp myślenia, że mężowie i ojcowie są szczególnie odpowiedzialni za zarabianie pieniędzy, by utrzymać swoją rodzinę, zaś wychowaniem, okazywaniem ciepłych uczuć, troski i uwagi winny się zajmować  matki i oczywiście babcie.

Ja też tak myślałem, kiedy mieliśmy małe dzieci, ale moja żona wciąż przypominała mi o tym, że ja również ponoszę odpowiedzialność za wychowanie naszych dzieci, za czytanie historii z Biblii oraz modlitwę z nimi wieczorem przed pójściem spać. Buntowałem się, jak niemal każdy facet ale z drugiej strony wiedziałem, czego ucz mnie Pismo Święte w tej materii. W Starym Testamencie obowiązywała bowiem zasada, że to ojcowie mieli wpajać dzieciom zasady Słowa Bożego. W Prawie judaistycznym to właśnie ojciec był duchową głową rodziny, który zawsze celebrował święta i szczególną troską miał otaczać swoich synów, dając im przykład męskości i bogobojności. Dlatego też powiedziane jest wyraźnie, że „przeklęty, kto lekceważy ojca swego” (Ks. Powt. Prawa 27,16).

W Nowym Testamencie czytamy z kolei o zasadzie skierowanej do ojców, by nie pobudzali swoich dzieci do gniewu, lecz wychowywali je według wyraźnych reguł oraz wskazań Pana (List do Efezjan 6,4), czyli według zasad, które zostawił nam Pan Jezus w swoim nauczaniu utrwalonym na kartach czterech Ewangelii. Chodzi o to, by dzieci nie uległy zniechęceniu (List do Kolosan 3,21). Tak więc my ojcowie-chrześcijanie również ponosimy odpowiedzialność przed Bogiem za wychowanie naszych pociech – razem z naszymi żonami. Dobrze się więc stało, że na rynku literatury chrześcijańskiej pojawiają się wciąż nowe i wartościowe książki – poradniki na temat tego, jak chrześcijańscy rodzice wini wychowywać swoje dzieci w bogobojności i prawości.

Do tego wszystkiego należałoby na koniec wspomnieć o naszym wspólnym Ojcu w niebie – o naszym Bogu, który nas wszystkich stworzył jako swoje dzieci i który na różne sposoby nas wychowuje, karci i smaga, kiedy trzeba (Hbr 12,5-10), żebyśmy nie zgubili właściwej drogi, nie wyrzekli się szlachetnych i słusznych wartości w swoim życiu i żebyśmy po prostu byli Mu wdzięczni za bezcenny dar życia, w tym również za dar życia wiecznego. Możemy to wszystko mieć, jeśli potraktujemy swojego Ojca w niebie poważnie i z respektem, poddając się Jego dyscyplinie i wychowaniu. Bo jeśli, podobnie jak czasem nasze dorosłe dzieci, dokonamy w swoim życiu wyboru, by żyć bez Boga i bez spełniania Jego woli – dobrej przecież dla nas, to na pewno pogubimy się w życiu i nie zaznamy pełnej satysfakcji, o perspektywie życia wiecznego nie wspominając.

Pamiętajmy więc zarówno o naszych ojcach biologicznych jak też o naszym wspólnym Ojcu – nie tylko w dniu ich święta.

Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Zwycięzcy EURO 2021


W ostatnią sobotę cały piłkarski świat zamarł z przerażenia obserwując, co wydarzyło się na ledwie rozpoczętych Mistrzostwach Europy w piłce nożnej, czyli na EURO 2021. Otóż – jak wielu z nas widziało to w czasie transmisji telewizyjnej – pod koniec pierwszej połowy meczu pomiędzy reprezentacjami Danii i Finlandii nagle i bez powodu upadł na murawę boiska najwybitniejszy obecnie duński piłkarz Christian Eriksen. Nikt z przeciwników nie sfaulował go, ani nie został uderzony piłką po silnym strzale, jak to czasem bywa w czasie meczu. Po prostu biegł i nagle padł twarzą na murawę nie podnosząc się z niej. Nie było to bowiem potknięcie czy wpadnięcie w poślizg, ale po prostu nagły i nienaturalny upadek.

Piłkarze obydwu drużyn zrozumieli natychmiast, że stało się coś strasznego, przybiegli na pomoc, a pierwszym był kapitan reprezentacji Danii. Zaraz potem dobiegli medycy, ratownicy medyczni i sanitariusze. Szybko stało się jasne, że na murawie stadionu trwa akcja reanimacyjna duńskiego gwiazdora, który – jak się później okazało – doznał w czasie meczu niespodziewanego ataku serca. Przerażona partnerka piłkarza, która widziała całe zdarzenie z trybun stadionu, wbiegła przerażona na murawę boiska i koledzy jej męża zaczęli ją pocieszać w tej strasznej dla niej chwili.

Walka o życie tego wybitnego piłkarza przeciągała się, mecz został oczywiście przerwany przez sędziego, zaś koledzy z reprezentacji Danii otoczyli kordonem miejsce, gdzie medycy reanimowali ich wybitnego kolegę, który jest filarem duńskiej reprezentacji. W ten sposób zasłonili całą akcję, by nie pozwolić kamerom telewizyjnym naruszać prywatności tej bardzo intymnej i niezwykle groźnej sytuacji. W tym momencie nie kręcono przecież filmu sensacyjnego, lecz tam, na stadionie, na oczach tysięcy kibiców działo się prawdziwe życie, a właściwie dramatyczna walka o życie tego wybitnego sportowca.

Był to tak szokujący moment, że wszyscy na stadionie i przed telewizorami zamarli z przerażenia i niepewności o los Christiana Eriksena, który jeszcze na boisku odzyskał przytomność, bo udało się przywrócić akcję serca, które się wręcz zatrzymało. Zawodnik został przetransportowany do szpitala. Tam lekarzom udało się ustabilizować jego stan zdrowotny na tyle, że sam piłkarz poprosił kolegów, by ci dokończyli przerwany z jego powodu mecz. Jako kibice byliśmy pełni podziwu dla obu drużyn, które po dłuższej przerwie kontynuowały mecz zakończony ostatecznie nieoczekiwanym zwycięstwem Finów.

Jedna z czołowych hiszpańskich gazet dała niezwykły tytuł na pierwszej stronie wydania weekendowego. Otóż dziennikarze napisali: „Znamy już zwycięzców EURO 2021 – to medycy”. I rzeczywiście, mimo faktu, że odbywają się dopiero pierwsze mecze Mistrzostw Europy, to jednak już mamy zwycięzców tej imprezy – medyków, którym udało się przywrócić akcję serca Christiana Eriksena, a więc de facto uratować mu życie, które było poważnie zagrożone.

Mamy jednak jeszcze innych zwycięzców EURO 2021. Mam tu na myśli kolegów z drużyny duńskiej, którzy zachowali się bardzo godnie i szlachetnie w stosunku do swojego kolegi w krytycznym dla niego momencie życia. Choć przegrali mecz z reprezentacją Finlandii, to jednak sam fakt, że pomimo wielkiego szoku jakiego doznali, byli w stanie kontynuować mecz, grając dla swojego wybitnego kolegi i przyjaciela z reprezentacji, czyni ich zwycięzcami tego przegranego meczu. Podobnie jak piłkarze z Finlandii, którzy zachowywali się godnie, współczując i przeżywając z niekłamaną empatią ten tragiczny wypadek na boisku. Oni również zasługują na słowa wielkiego uznania.

Są jednak jeszcze inni zwycięzcy tego sportowego, niezapomnianego w swej dramaturgii wydarzenia na boisku, mianowicie kibice na stadionie w Kopenhadze. Oni także pozostali na stadionie, przeżywając dramat, który rozegrał się na ich oczach. Nie poszli do domów lub do pubów na piwo, lecz czekali cierpliwie i w napięciu na wieści o stanie zdrowia Christiana Eriksena swojego idola, a po zakończonym meczu zgotowali aplauz zawodnikom obu drużyn i cieszyli się wieściami ze szpitala, które dawały nadzieję na to, że piłkarz, który wrócił do życia, wróci również do zdrowia. Czy wróci o wyczynowego sportu – trudne pytanie i za wcześnie wyrokować cokolwiek.

Aż trudno uwierzyć, że tak zdrowi i silni mężczyźni, jakimi są wyczynowi i zawodowi piłkarze, czasami doświadczają takich groźnych dla życia sytuacji. Znane są przypadki piłkarzy, którzy zasłabli na boisku i nie udało się ich uratować. Mimo szczegółowych badań lekarskich, prób wysiłkowych i sprawnościowych, również i im może się przytrafić niespodziewany atak serca, który może zabić. To nie są przecież maszyny nie do zdarcia, lecz ludzie z krwi i kości, którzy uprawiając sport wyczynowy, często przekraczają granice ludzkich możliwości. A to kosztuje – czasem życie.

Nie myślmy więc, że zawodowi piłkarze otoczeni sztabem lekarzy sportowych, masażystów, terapeutów i psychologów, nie są narażeni na takie niebezpieczeństwa. Również najsilniejszy, najbardziej wytrenowany, odporny i posiadający żelazną kondycję zawodnik może upaść, zemdleć lub nawet umrzeć na boisku. I tu kłania się zasada biblijna, która mówi: „Jeśli stoisz, uważaj abyś nie upadł”. Kiedy bowiem jesteśmy zbyt pewni siebie, swoich możliwości i odporności na zło, to wtedy możemy nagle potknąć się i boleśnie upaść. Szatan zrobi wszystko, by podstawić nam nogę, a potem będzie się szatańsko cieszył z naszego upadku. Dbajmy więc o naszą duchową kondycję i nie bądźmy zbyt pewni siebie. Liczmy raczej na Bożą pomoc i Jego możliwości, bo naszego Boga szatan nie jest w stanie pokonać!

Andrzej Seweryn

andrzej.seweryn@gmail.com

Read More →
Exemple


Tytuł dzisiejszego felietonu jest cytatem z Pisma Świętego, dokładnie z Listu Ap. Pawła do Rzymian (12,14). W najnowszym przekładzie zdanie to brzmi: „Dobrze życzcie, a nie przeklinajcie”. Jest to nakaz biblijny dotyczący naszych relacji nie tylko z naszymi prześladowcami, ale także ze wszystkimi ludźmi, z którymi mamy na co dzień do czynienia.

Relacje międzyludzkie nie są nigdy łatwe i zawsze przyjemne bądź przyjazne. Czasem załazimy sobie za skórę, krzywdzimy się nawzajem, ponieważ jako ludzie mamy skłonności do czynienia zła. Powodów takiego stanu rzeczy jest bardzo wiele, natomiast w dużym uproszczeniu możemy powiedzieć, że jednych lubimy lub nawet kochamy, a więc miło czynić im dobrze i życzyć wszystkiego najlepszego. Są jednak tacy, którzy są nam nieprzychylni, z przeróżnych zresztą powodów robią nam krzywdę, ranią czasem do szpiku kości i dlatego mamy pokusę i skłonność, by ich przeklinać, a tym samym życzyć im wszystkiego najgorszego.

Słowo „błogosławić” znaczy: życzyć i pragnąć szczęścia oraz dobra bądź pomyślności dla drugiej osoby, natomiast słowo „przeklinać” – to w tym kontekście nie oznacza bynajmniej, że ktoś używa niecenzuralnych słów, ale znaczy o wiele więcej. Przeklinać – to pragnąć i życzyć komuś nieszczęścia, wszelkiego zła, to rzucanie klątwy lub uroku. Najczęściej towarzyszy temu złość i gniew wyrażany w ostrych słowach opisujących, czego życzy osoba przeklinająca temu, kogo przeklina a także wzywanie nadprzyrodzonych sił duchowych, by zrobiły z kimś porządek. „Oby spadł na niego grom z jasnego nieba” – oto przykład łagodnego sformułowania przekleństwa, w którym wzywane jest niebo do interwencji względem kogoś, kto nas prześladuje lub nas krzywdzi.

Tymczasem w Piśmie Świętym odkrywamy, że Pan Jezus nauczał, abyśmy kochali naszych nieprzyjaciół i modlili się o nich (Mt 5,44-45a), błogosławili albo inaczej życzyli dobrze tym, którzy nas przeklinają i krzywdzą nas lub szkodzą nam Ew. Łk 6,28). Gdzie możemy spotkać ludzi, którzy nas krzywdzą, przeklinają nas i są do nas nastawieni nieprzyjaźnie? W różnych miejscach. Zaś Pan Jezus nauczał, mówiąc: „Skoro Mnie świat nienawidzi, więc i was będzie nienawidził ze względu na Mnie” (Ew. Jana 15,18-19).

Czy przeklinanie może być obecne również w Kościele, wśród chrześcijan? Niestety, tak. Kontekst cytatu: „Błogosławcie, nie przeklinajcie” wskazuje, że konflikty między chrześcijanami w kościele w Rzymie musiały istnieć, skoro napominał ich i korygował ich relacje prosząc, by nie przeklinali, lecz błogosławili siebie nawzajem. Z kolei Apostoł Jakub w swoim liście napisał, że nie możemy jednymi ustami błogosławić Boga i jednocześnie przeklinać innych ludzi. „Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo. Tak, drodzy bracia [i siostry], być nie powinno” (List Jakuba 3,10). Jest to poważne ostrzeżenie dla nas wszystkich przed pokusą przeklinania w słowach.

Jaka więc winna być nasza postawa wobec tego nakazu: „Błogosławcie, nie przeklinajcie”? Otóż niektórzy chrześcijanie powiadają: Nie przeklinam nikogo, bo boję się Boga! I to jest właściwa postawa, jeśli oczywiście jest szczera i zgodna z tą deklaracją. Inni z kolei powiadają tak: „Błogosławię, ale nie wszystkim, bo przychodzi mi to z trudnością: niektórym nie jestem w stanie błogosławić, a czasem mam pokusę, by im złorzeczyć”. Dziś pragnę zachęcić siebie i was, Drodzy Czytelnicy, abyśmy potrafili wyłącznie błogosławić wszystkim, bo taka jest wola Boża wobec nas. Tym się mamy różnić od ludzi bezbożnych!

Są jednak i tacy ludzie, którzy mówią: „Ani nie błogosławię, ani nie przeklinam”. Taka postawa oznacza jednak obojętność, lekceważenie i ignorowanie innych, cichą i skrywaną pogardę, którą ktoś nosi w sercu, a zakrywa fałszywymi uśmiechami. Cóż więc z tego, że ktoś powiada na przykład w ten sposób: „Przebaczam krzywdzicielom, ale omijam ich potem z daleka i wciąż pamiętam o krzywdach, które mi wyrządzili”. Tacy postępują w myśl błogosławieństwa cara za „Skrzypka na dachu”. Rabbi, a czy masz jakieś błogosławieństwo dla cara? Tak. Panie Boże, błogosław cara i trzymają go jak najdalej od nas.

Z dzisiejszych rozmyślań wynika więc kilka ważnych wniosków. Po pierwsze: mamy błogosławić ludzi, a nie przeklinać ich, zarówno tych w świecie, jak i tych w kościele, bo taka jest wola Boga i Pana Jezusa wobec nas. On sam dał nam przykład, modląc się z krzyża o przebaczenie Boga względem oprawców, którzy Go torturowali, a w końcu ukrzyżowali. Po drugie: mamy dbać o czystość naszego serca, bo z niego pochodzą złe i dobre rzeczy, złe i dobre myśli oraz intencje, które możemy starannie ukrywać. Po trzecie: mamy dbać o czystość naszego języka, by z naszych ust nie płynęły zarówno błogosławieństwa jak i przekleństwa jednocześnie. „Ten jednak, który nie uchybia w mowie, jest człowiekiem doskonałym” – czytamy w Liście Jakuba (3,2).

Pamiętaj więc – drogi przyjacielu: jeśli przeklinasz, będziesz przeklinany, jeśli będziesz błogosławił i to będzie stylem twojego życia oraz wyznacznikiem twoich relacji ze wszystkimi ludźmi – błogosławieństwo będzie do mnie powracać. Tak więc – drodzy chrześcijanie: błogosławcie, a nie przeklinajcie!

Andrzej Seweryn

andrzej.seweryn@gmail.com

Read More →
Exemple

Pan moim sztandarem

Kazanie pastora Andrzeja Seweryna pt. Pan moim sztandarem, wygłoszone w Kościele Droga Zbawienia w Białymstoku 30-go maja. Zapraszamy do oglądania. Kazanie z Białegostoku zaczyna się w 25,45 min.

Read More →
Exemple

W szkole życia


Matury już się właściwie skończyły, powoli zbliżają się wakacje, maturzyści kończą więc kolejny etapy swojej edukacji i przechodzą trudny moment wchodzenia w dorosłość. Będą teraz szukać nowego miejsca do życia, samodzielnej pracy oraz nowych perspektyw życiowego i intelektualnego rozwoju. Kończy się szkoła, za chwilę będą trzymali w rękach świadectwa dojrzałości i zacznie się szkoła życia – na własny rachunek i własną odpowiedzialność.

Już jakiś czas temu z dumą patrzyliśmy z żoną na naszą córkę, jak odbierała dwa dyplomy magisterskie i w ten sposób kończyła pewien ważny dla niej etap zdobywania wykształcenia. Zainwestowała wiele sił i czasu, by zdobyć nie tylko wiedzę, ale też inne niezbędne umiejętności, pracując w akademickiej bibliotece, a także – jako wolontariusz – z dziećmi mającymi za sobą trudne doświadczenia wczesnego dzieciństwa. Zdobyła nie tylko kolejne punkty do swojego CV, ale także kolejne życiowe doświadczenia, które z pewnością zaowocują w jej dalszym zawodowym życiu i karierze.

Kiedy ja studiowałem przed laty, nie było jeszcze Internetu i tak łatwego dostępu do wiedzy, jak to dzieje się obecnie. Jeden z moich profesorów na Uniwersytecie Warszawskim powiedział nam kiedyś na zajęciach zdanie, które do dziś pamiętam: „Nie chodzi o to, by wiedzieć wszystko. Sztuką jest wiedzieć, gdzie znaleźć to, czego będziemy w danej chwili potrzebować.

Minęło parę dekad i oto wiedzę mamy na wyciągnięcie ręki. Dosłownie. Nie trzeba wychodzić z domu, grzebać po bibliotekach, bo wystarczy kilka kliknięć myszką komputera i potrzebne nam informacje mamy wyświetlone na monitorze. A żeby było jeszcze wygodniej i jeszcze łatwiej, bezkresny ocean wiedzy nosimy w kieszeniach, bo mamy do niej dostęp dzięki telefonom komórkowym. Już wiemy, jak wiedzę znaleźć.

Teraz chodzi więc o coś bardziej ważnego i trudnego – trzeba nauczyć się myśleć i mądrze korzystać z tak łatwo dostępnej nam dzisiaj wiedzy. Tego nie nauczy nas komputer czy telefon komórkowy. Tu trzeba intelektualnego wysiłku, głębszych przemyśleń i wreszcie nauczenia się dokonywania słusznych wyborów oraz podejmowania życiowych, rozważnych decyzji. Potrzebny jest człowiek, doradca, mentor, mądry przyjaciel, a także umiejętność rozróżniania dobra od zła, prawdy od fałszu, tego co słuszne od tego co niesłuszne i niegodne człowieka myślącego. Nie bez znaczenia będzie więc również środowisko, jakie wybierzemy i w jakim będziemy się obracać, bo ludzie, z którymi przyjdzie nam żyć, będą mieli wpływ na nasz sposób myślenia i na styl naszego życia. O tym młodzi ludzie powinni pamiętać.

Podobnie rzecz się ma z duchową sferą naszego życia. Jak nigdy przedtem, mamy dzisiaj tak łatwy dostęp do Pisma Świętego, które możemy kupić w każdej księgarni czy kościele. W każdym formacie i kolorze okładki, dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Możemy mieć teksty biblijne i to w różnych przekładach, a także komentarze biblijne i słowniki w naszych telefonach komórkowych. Jeśli tylko chcemy z tego skorzystać – a powinniśmy.

Bo jako chrześcijanie – bez względu na wiek – potrzebujemy drogowskazu, wzorców i wartości, które pomogą nam poruszać się w tym skomplikowanym duchowo świecie. Mamy to wszystko dostępne na wyciągnięcie ręki – w Słowie Bożym! Nie możemy więc żyć z dnia na dzień, chaotycznie i bezrefleksyjnie, bo szkoła życia nie jest wcale łatwa i prosta. A trzeba tę szkołę ukończyć w dobrym stylu i nie zmarnować go, skoro otrzymaliśmy je od Boga jako najcenniejszy dar.

„Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały i do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany” – napisał Apostoł Paweł w 2 Liście do Tymoteusza (3,16-17). To Pismo Święte jest podręcznikiem i drogowskazem dla wszystkich chrześcijan, którzy chcą być uczniami Pana Jezusa i Jego naśladowcami. On sam zaś jest najlepszym Nauczycielem w szkole życia, w której – czy tego chcemy czy nie – wszyscy jesteśmy studentami. Chodzi tylko o to, abyśmy uczyli się pilnie, słuchali uważnie i poważnie naszego najlepszego duchowego Mentora. To będzie owocować w naszym życiu codziennym i przyniesie nam wiele błogosławieństw, a uchroni od wielu życiowych błędów i porażek.

Jeśli jednak nie będziemy dobrymi i pilnymi studentami w szkole życia, nigdy tej szkoły nie ukończymy z sukcesem. Nie będziemy robili postępów, nie będziemy się duchowo rozwijać, będziemy duchowymi karłami, których inni wyprzedzą, a my nie doświadczymy radości Apostoła Pawła, który u kresu swych dni napisał z dumą: „Toczyłem piękny bój. Bieg ukończyłem, wiarę zachowałem. Teraz czeka mnie wieniec sprawiedliwości, który w tym dniu da mi Pan” (2 Tym. 4,7-8).Drodzy Czytelnicy – życzę Wam powodzenia w codziennej szkole życia!

Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Grać do końca


Sport to taka dziedzina ludzkiej aktywności, która czasem pisze scenariusze przewyższające wyobraźnię najbardziej szalonych wizjonerów kina akcji. Ileż to razy przyszło nam oglądać filmy, w których na przykład ktoś rozbrajał tykającą bombę podłożoną w jakimś miejscu publicznym przez nawiedzonego szaleńca, który chciał w ten sposób zemścić się za swoje krzywdy i doznane nieszczęścia. Autorzy i scenarzyści konstruują takie sceny zazwyczaj w taki sposób, żeby napięcie sięgało zenitu. Dlatego jako widzowie zaciskamy zęby, wstrzymujemy oddechy, bo sekundy dzielące od eksplozji mijają w zawrotnym tempie, a życie saperów albo głównych bohaterów filmu wisi na włosku. Który kabel przeciąć: czerwony czy niebieski?  Ręka drży i w końcu następuję przecięcie. Bomba zostaje rozbrojona, zaś zegar zapalnika zatrzymał się czasem na ostatniej lub przedostatniej sekundzie.

Oddychamy wtedy z wielką ulgą, bo choć są to historie fikcyjne, to jednak wciągają nas emocjonalnie, a widzowie lubią przeżyć trochę podwyższonej adrenaliny. Zdajemy sobie sprawę, że jest to w końcu rozrywka z dreszczykiem, która nijak się ma do rzeczywistości i choć prawdziwi saperzy rozbrajają różne ładunki wybuchowe, to chyba nie czekają z ostateczną decyzją, który kabel przeciąć, do ostatniej sekundy. Tak czy owak – saper myli się tylko raz.

Miało być jednak coś ze sportu, a nie z życia saperów, więc przejdę od razu do rzeczy. Otóż sądzę, że wielu kibiców piłki nożnej – nie tylko w naszym kraju – obserwowało niesamowity sezon, jaki rozegrał nasz rodak i kapitan polskiej reprezentacji – Robert Lewandowski. Najpierw zgarnął on wiele wspaniałych trofeów z tytułem najlepszego piłkarza świata na czele, ale to nie było wszystko, na co go stać. Otóż w Bundeslidze tykał jeszcze jeden zegar zliczający kolejne bramki zdobyte przez napastnika Bayernu Monachium w kolejnych meczach ligowych. Z każdym niemal meczem pan Robert zbliżał się do magicznego rekordu ilości strzelonych bramek w jednym sezonie niemieckiej ekstraklasy, który od 49 lat należał do legendarnego napastnika i wybornego strzelca Bayernu Gerda Muellera. Ten genialny piłkarz zdobył ich aż 40 i wynik ten był nie do pobicia przez prawie 5 dekad, a sam rekordzista urósł do rangi bożyszcza i legendy niemieckiego futbolu.

Ale – jak to bywa w dynamicznych filmach akcji – kontuzja, jakiej doznał kapitan naszej narodowej jedenastki w niedawnym meczu z Andorą, zdawała się pozbawić go tej szansy pobicia rekordu wielkiego Gerda. Pan Robert wrócił jednak po przerwie do gry i w kilki kolejnych meczach doszedł do magicznej 40-tki goli, zrównując się tym samym z idolem sprzed pół wieku. Pozostał jeszcze ostatni mecz, a wraz z nim ostatnia szansa na pobicie tego wyśrubowanego rekordu. I ten mecz został rozegrany w ostatnią sobotę.

Był to z jednej strony dziwny, a z drugiej strony niezwykły i dramatyczny mecz, o którym kibicie nie tylko w Polsce i w Niemczech będą długo pamiętać i wspominać. Dziwny dlatego, że Bayern Monachium miał już wcześniej zapewnione kolejne mistrzostwo w Bundeslidze, zaś FC Augsburg miał także pewne miejsce w tabeli osiągnięć najlepszych niemieckich klubów piłkarskich. Był to więc mecz o przysłowiową pietruszkę, a jednak oczy milionów kibiców były skierowane na ten ostatni mecz w Monachium. Smaczku dodawał fakt, że naprzeciw Roberta Lewandowskiego w bramce gości stanął również nasz rodak Rafał Gikiewicz, który jako rasowy i lojalny wobec swojej drużyny sportowiec postanowił za wszelką cenę utrzymać czyste konto, czyli przeszkodzić swojemu utytułowanemu koledze w pobiciu rekordu i zdobyciu kolejnego gola.

Mecz ten był zresztą bardzo zacięty i obfitował w wiele akcji na bramkę Augsburga, a ich bramkarz, choć w ciągu prawie całego meczu puścił już 4 gole, to jednak obronił fenomenalnie aż 6 strzałów snajpera Bayernu. Mecz więc zbliżał się do końca i z każdą minutą topniały szanse i nadzieje na to, że Robertowi Lewandowskiemu uda się strzelić choćby jednego upragnionego gola. Tymczasem zdarzyła się dosłownie ostatnia w tym meczu sytuacja podbramkowa i ten upragniony gol wpadł dosłownie w ostatnich sekundach, gdyż zaraz potem sędzia odgwizdał koniec tego meczu. Cóż za dramaturgia! Gdyby coś takiego wydarzyło się w filmie, uznalibyśmy to za kiczowate i zupełnie nieprawdopodobne zakończenie. Ale tak było naprawdę i nie było w żaden sposób wyreżyserowane, bo bramkarz Augsburga minimalne nie dosięgnął dobitki.

Powszechnie uważa się, że szczególnie reprezentacja Niemiec słynie z tego, że gra konsekwentnie i do samego końca każdego meczu. Robert Lewandowski nauczył się tego od swoich niemieckich kolegów i zademonstrował nam konsekwentną grę do samego końca. Oczywiście, że miał przy tym szczęście, ale jak to się mówi w sporcie – szczęście zwykle sprzyja lepszym!

Przyznam, że szczerze kibicowałem naszemu genialnemu piłkarzowi, bo jest on nie tylko wzorem sportowca na boisku, ale też człowieka z klasą i pokorą również poza nim. Wzór dla wszystkich młodych piłkarzy i sportowców w szczególności. Dla mnie natomiast historia jego kariery piłkarskiej jest dla mnie obrazem tego, jak bardzo w życiu liczy się konsekwencja, ciężka praca, wytrwałość w dążeniu do ambitnych celów aż do końca. Takie cechy powinien mieć każdy chrześcijanin, który poważnie traktuje swoje duchowe życie z Bogiem. Tylko ten, kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony! Można bowiem dobrze zacząć, a potem zniechęcić się, zaniedbać w rozwoju duchowym i nie grać do końcowego gwizdka z wiarą i nadzieją, że osiągnę swój ambitny cel – ten najwyższy! Na przekór wielu duchowym przeciętniakom, których pełno wokół nas!

Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Morze, góry i Mazury


Jedną z dziedzin sportu, w której Polacy odnieśli wiele spektakularnych sukcesów, jest himalaizm, czyli zdobywanie najwyższych szczytów świata – latem i zimą. Takie nazwiska jak: Wanda Rutkiewicz, Krzysztof Wielicki, Jerzy Kukuczka czy Leszek Cichy – wpisały się złotymi zgłoskami na kartach historii światowego himalaizmu. Jako zwyczajni ludzie zadajemy sobie czasem pytanie: co nieodparcie ciągnie największych wspinaczy górskich na najwyższe szczyty i dlaczego ryzykują własnym życiem podejmując coraz bardziej niebezpieczne wyzwania na granicy ludzkich możliwości? Doświadczanie majestatu piękna niebotycznych szczytów, przezwyciężanie swoich własnych ograniczeń, przygoda, współzawodnictwo, pasja?  Pewnie wszystkie te czynniki razem.

 Dzisiaj będzie o górach i Mazurach, ponieważ wiele osób zadaje sobie teraz pytanie: gdzie najlepiej spędzić zbliżające się wakacje? Czy wybrać się na wycieczkę lub wczasy za granicę do ciepłych krajów, choć to nadal nie będzie tak łatwe jak dawniej z powodu pewnych obostrzeń związanych z podróżami – szczególnie lotniczymi? Czy też pozostać w kraju i zaszyć się gdzieś nad morzem, skoro zapowiadają ponoć upalne lato, a może w górach? A najlepiej na Mazurach – tak osobiście uważam.

Jedni bowiem lubią szum morskich fal i kąpiele w słonej wodzie, inni nostalgię i spokój nad mazurskimi jeziorami, oczywiście nie tymi obleganymi przez ludzi, bo tam spokoju i nostalgii latem nie uświadczysz. Jeszcze inni z kolei wolą góry, wspinaczki, czasem zmagania z niebezpieczną pogodą i inne przygody na górskich szlakach. Wszystko jest kwestią własnych upodobań i doprawdy trudno odkryć, dlaczego jedni lubią wodę, nieważne czy jest ona słona czy słodka, a inni skały i wchodzenie z wielkim wysiłkiem na niższe czy wyższe szczyty. Natomiast szczytem bezmyślności jest ciągłe siedzenie przed telewizorem i nieruszanie się wcale, choć niestety taką „dyscyplinę” uprawia całkiem sporo ludzi. I niech mi nie mówią, że ich nie stać na wycieczki i wakacje, bo na spacer do lasu można się wybrać nie raz i to bez wielkich nakładów finansowych.

A skoro zacząłem od himalaizmu i zdobywania najwyższych szczytów świata, więc chciałbym powiedzieć, że o górach można przeczytać w Biblii wielokrotnie. Tylko w Starym Testamencie słowo „góra” występuje ponad 500 razy. Ponadto warto wiedzieć, że góry albo szczyty mają głęboki sens teologiczny, symbolizują one bowiem bliskość Boga i człowieka oraz miejsca objawienia Bożej prawdy. Tak było na górze Synaj, gdzie Pan Bóg objawił Mojżeszowi i Izraelowi swoje Prawo (Wj r. 19-20). Z kolei na górze Moria Abraham był gotów złożyć syna Izaaka na ofiarę Bogu (Rdz r. 22). Po wielu latach obudowano to miejsce i zbudowano tam święte miasto Jerozolimę. Na szczycie góry Karmel Eliasz modlił się o deszcz, a wcześniej pokonał 450 proroków Baala (1 Król r.18).

Również w Nowym Testamencie spotykamy górę przemienienia, Górę Oliwną, górę Golgota czy też inne góry, gdzie Jezus szedł, by mieć rozmowę z Bogiem Ojcem na osobności. Wszystkie te miejsca łączy to, że na szczytach gór ludzie doświadczali szczególnych przeżyć z Bogiem, który był blisko nich! Były to jednak chwile szczególne, spędzane najczęściej na osobności, a nie w rozentuzjazmowanym tłumie, po których musieli schodzić w dół i prowadzić życie w dolinach. Ludzie nie mieszkają przecież na szczytach gór, bo tam jest niedostatek tlenu, panuje niska temperatura i brakuje pożywienia. Ludzie mieszkają w dolinach, gdzie budują domy, gdzie jest dość wody i pożywienia oraz jest ciepło i przyjaźnie.

Z symboliki górskich szczytów jako szczególnie wzniosłych przeżyć duchowych z Bogiem wynika ciekawa lekcja dla nas. Potrzebujemy takich chwil, nie w tłumie, ale sam na sam z Bogiem. Nie możemy jednak żyć tylko takimi wzniosłymi chwilami. Trzeba ze szczytów naszych duchowych uniesień wracać w dolinę naszej codzienności i żyć w sposób święty i podobający się Bogu, który zachęca nas, „abyśmy prowadzili życie ciche i spokojne, z całą pobożnością i godnością” (1Tym 2,2). Jeden z poetów- pieśniarzy napisał: „Po prostu z Jezusem żyć, zwyczajnie, bez wielkich słów, każdy dzień powierzać Mu, zawsze przy Nim być”.

Czy spędzasz czas z Bogiem na osobności i czy są to dla ciebie wzniosłe chwile na duchowych szczytach? Czy masz świadomość, że trzeba umieć żyć również i przede wszystkim w dolinie i na nizinach – tam okazywać się człowiekiem wiernym Bogu, żyjącym bez wielkich słów i egzaltacji, lecz w duchu wiernej miłości do Stwórcy? Psalmista powiedział: „Oczy moje wznoszę ku górom. Skąd nadejdzie mi pomoc? Pomoc moja jest od Pana, który uczynił niebo i ziemię” (Psalm 121,1-2) Skąd ty oczekujesz pomocy, kiedy w dolinie twojego życia zapada mrok lub ciemność? Czy potrafisz przejść przez nią zwycięsko – z wiarą i całkowitym zaufaniem do Pasterza twojej duszy?

W sensie duchowym my wszyscy powinniśmy więc kochać „góry”, by być bliżej Boga i doświadczać ekscytujących chwil w Jego obecności. Ale sztuką jest życie w dolinie, zwyczajnie i na co dzień z moim Bogiem. Najlepiej na Mazurach…

Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Kobieca uległość


Niejeden z nas otrzymuje maile czyli pocztę elektroniczną. Różne są to listy. Czasem miłe od życzliwych ludzi, czasem drażniące lub wręcz niemiłe od ludzi nieżyczliwych lub wręcz niewychowanych. Odpisywanie na te listy to też sztuka, a nasze odpowiedzi są wyrazem kultury osobistej bądź wiedzy, a czasami naszej życiowej dojrzałości lub ugruntowanej duchowości.

Kiedy ostatnio prowadziłem online studium biblijne z grupą ludzi i poruszaliśmy temat relacji małżeńskich Abrahama i jego żony Sary, wtedy poruszyliśmy również kwestię uległości żon względem swoich mężów, o czym czytamy w Piśmie Świętym. Jedna z uczestniczek nie zabierała specjalnie głosu w czasie tego interaktywnego studium, jednak napisała do mnie maila z bardzo ciekawymi i mądrymi przemyśleniami na ten temat. Postanowiłem, zresztą za jej zgodą, zacytować w pełni jej wypowiedź, którą warto rozważyć. Oto ona:

„Kilka słów na temat uległości. Chciałam się podzielić paroma przemyśleniami, ponieważ nie za bardzo lubię zabierać głos na forum publicznym. Pozostałe panie również nie lubią się wypowiadać na ten temat, bo „uległość” źle się kojarzy – myślę, że z typem bezradnej ofiary, a spacyfikowani feministycznym kijem panowie nie chcą się narażać, i dyplomatycznie milczą. A to naprawdę nie jest kontrowersyjny temat.

Czym jest jednak uległość kobiety wobec mężczyzny? Absolutnie nie jest to rola potakiwacza: „Tak mężu, masz rację, mężu, jak sobie życzysz, mężu”. Czy Sara taka była? Absolutnie nie. I bardzo dobrze, bo kobietę (i mężczyznę) o temperamencie kuchennego zydla można znieść przez parę dni. Może kilkanaście, jeżeli ktoś miał wcześniej nadmiernie kłótliwą niewiastę. Kobieta ma prawo, i też musi, kwestionować kontrowersyjne pomysły męża dotyczące ich domu i wspólnego życia, a mąż powinien wysłuchać swojej kobiety, gdyż niestety zdarza się panom mieć pomysły zarówno genialne, jak i też takie nieszczególnie lotne. Zasada jest prosta: obie strony muszą zachować szacunek i życzliwość nawet w najtrudniejszych chwilach, ale ostateczną decyzję podejmuje mężczyzna, i kobieta powinna tę decyzję uszanować. Dlaczego? „Jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać”. Dwóch kapitanów na statku to dryf na skały.

Co więcej, kapitana statku wybiera kobieta. To ona decyduje się na związek z tym czy innym, to kobieta mówi „tak”. I kobiety raczej szukają mężczyzn silniejszych od siebie – zarówno fizycznie, jak i intelektualnie (co jest zarówno logicznie jak i biologicznie uzasadnione). Nie zawsze się to udaje, ale sprytny nawigator może potem wspomagać kapitana, jeśli ten drugi nie do końca ogarnia żyrokompas. Ale od samego początku przewodnik stada jest jeden i wyznacza go kobieta. Późniejsze kwestionowanie jego przywództwa, to kwestionowanie własnego wyboru.

Czy bycie kapitanem jest łatwe? Nie, nie i jeszcze raz – nie. Podejmowanie ważnych decyzji naprawdę jest trudne, rzadko kiedy jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkie konsekwencje. I to osoba, która te ostateczne decyzje podejmuje, zmaga się później z poczuciem klęski, być może też z wyrzutami żony i całej rodziny. W Polsce ponad trzy czwarte samobójstw popełniają mężczyźni. Mimo swojej siły i domniemanej odporności psychicznej, w porównaniu z wrażliwością i emocjonalnością kobiet, to nie są cyborgi. I też potrzebują wsparcia, znacznie większego, niż się kobietom wydaje. Dom, w którym panuje miłość, życzliwość i zgoda to twierdza, w której każdy rycerz nabierze sił do walki z kolejnym dniem. A kobieta której mąż, mimo przeciwności losu, nie poddaje się, również czerpie z tego siłę. Wspaniałe sprzężenie zwrotne.

Na koniec: młode dziewczyny, chrześcijanki, powinny szukać chrześcijan na partnerów, bo uległość wobec mężczyzny ze świata może się skończyć śmiercią duchową albo nieustanną walką. Kobiety zaś, których mężowie są na duchowych bezdrożach, mogą znaleźć nadzieję w liście Apostoła Piotra: „Żony niech będą poddane swoim mężom, aby nawet wtedy, gdy niektórzy z nich nie słuchają nauki, przez samo postępowanie żon zostali [dla wiary] pozyskani bez nauki, gdy będą się przypatrywali waszemu, pełnemu bojaźni, świętemu postępowaniu.” Z tego płynie również wniosek: naszą ostateczną instancją i kierunkowskazem jest Bóg. Nadrzędność Boga i jego przykazań unieważnia wszelkie decyzje i wymagania, które Jego prawa łamią. Ktokolwiek – nieważne czy mąż, czy ojciec, czy przyjaciółka – ma takie oczekiwania wobec nas, mamy prawo zaprotestować z całą mocą i o żadnej uległości nie może być mowy”.

To ciekawe przemyślenia, prawda? Tym bardziej, że napisała to kobieta o imieniu Dorota. Bo kiedy mówią o tym mężczyźni, mogą być mniej wiarygodni – czyż nie tak?

Andrzej Seweryn

andrzej.seweryn@gmail.com

 
Read More →