Exemple

Dziś w naszym kościele w Szczytnie nasz pastor Andrzej Seweryn wygłosił kazanie, które wygłosił tydzień temu, w niedzielę 17 maja w I Zborze w Warszawie.

Retransmisję tego kazania możecie obejrzeć i posłuchać na YouTube, na kanale Pierwszego Zboru Kościoła Chrześcijan Baptystów w Warszawie. 

Kazanie naszego pastora zaczyna się w 48 minucie transmisji.

Posłuchajmy Bożego Słowa i budujmy się jego treścią!

Read More →
Exemple

Głosić warto i trzeba


Dziś odwiedziłem mojego kolegę po fachu – pastora baptystycznego pracującego od lat w naszym kościele w Katowicach. Odżyły wspomnienia wspólnych przeżyć sprzed lat, a także pracy jego ojca – również wieloletniego pastora, który należał w przeszłości do liderów powojennego Kościoła Baptystycznego w Polsce.

Ten pastor- senior nie żyje już od kilku lat, a ja pamiętam jego poczucie humoru i dystans do siebie, który pozwolił mu dożyć sędziwych lat. Miałem przywilej uczestniczyć w uroczystości jubileuszowej 70-lecia jego urodzin, a było to w 1999 roku, choć pierwszy raz zobaczyłem go na własne oczy, kiedy przyjechał do mojego rodzinnego zboru baptystycznego w Chełmie i przez kilka wieczorów głosił nam Słowo Boże. Poza tym zagrał nam na gitarze i nauczył nowej pieśni chrześcijańskiej, co w latach 60. ubiegłego wieku było swoistym ewenementem.

Należał do grona cenionych ewangelistów, czyli kaznodziejów Słowa Bożego, którzy mieli dar przekazywania prawd Bożych ludziom poszukującym prawdy i relacji z Bogiem. Dziś jego syn, również pastor, pokazał mi niewielką kartkę z zapisanym drobnymi literami konspektem jednego z kazań swojego ojca wraz z adnotacjami miejsc, w których on to kazanie głosił. A czynił to przez całe dekady. Ilu ludzi doprowadził do Boga, ilu wierzących pocieszył, jak wielu ostrzegł przed konsekwencjami życia bez Boga? Trudno powiedzieć. Bo tak to już jest w naszym pastorskim życiu, że owoce naszej kaznodziejskiej i duszpasterskiej pracy będziemy mogli oglądać dopiero w wieczności.

Dziś też mój przyjaciel w służbie kościelnej skorzystał z okazji, by zaprosić mnie do nagrania kazania na Dzień Zesłania Ducha Świętego, który będziemy obchodzić w ostatnią niedzielę maja i to nagranie ukaże się na stronie zboru katowickiego kościoła baptystycznego. To był dla mnie przywilej głosić Słowo Boże, które pójdzie w „internetowy eter” i zapewne dotrze do wielu ludzi. Jaki będzie tego skutek i jaki będzie owoc duchowy tego kazania? Tylko Pan Bóg to wie.

A tak przy okazji tego święta, które jest przed nami, pewnie pamiętamy, że w Dzień Zielonych Świąt apostoł Piotr – natchniony przez Ducha Świętego – wygłosił płomienne kazanie i 3 tysiące osób nawróciło się do Jezusa, uznając go za Mesjasza i osobistego Zbawiciela (Dz. Ap. 2,41). Dziś natomiast, używając hiperboli, trzeba wygłosić trzy tysiące kazań, aby w końcu jeden człowiek się nawrócił. Takie czasy i tacy ludzie…

Czasem więc nachodzi nas, pastorów, pytanie o sens naszej żmudnej pracy nad ludźmi i ich duchowością. Czy biorą sobie do serca to, co głosimy im ze Słowa Bożego? Jakie to ma dla nich znaczenie i wartość? Może dzisiaj, w obliczu pandemii, ludzie trochę chętniej i uważniej słuchają tego, co Pan Bóg ma im do powiedzenia, ale obostrzenia wciąż nie pozwalają nam wszystkim spotykać  się w kościele na nabożeństwach. Nie potrafię więc obiektywnie ocenić, czy dzisiaj i jutro ludzie będą bardziej otwarci na głoszone im prawdy Boże, niż to było dotychczas. Tak chciałoby się widzieć więcej i więcej owoców naszej duszpasterskiej pracy.

Gdy tak sobie rozmyślałem nad służbą kościelną naszych poprzedników oraz naszą dzisiaj, podeszła do mnie kobieta w moim mniej więcej wieku, która jest od lat członkinią katowickiej wspólnoty baptystów. Ku mojemu miłemu zresztą zaskoczeniu powiedziała do mnie tak: Miło mi spotkać pastora po latach. Pamiętam bowiem, jak w 1983 roku był pastor na ewangelizacji w naszym katowickim zborze i po jednym z kazań, które wtedy wygłosiłeś nawróciłam się do Boga. Jakież to było miłe i budujące dla mnie i dla jej pastora, a mojego przyjaciela. Obaj byliśmy wzruszeni tym przykładem, że głoszone Słowo Boże nie wraca do Boga puste, lecz wykonuje swoją pracę i działa na rzecz zbawienia tych, którzy tego zbawienia pragną i poszukują łaski pojednania z Bogiem.

To przypomniało mi inny fakt sprzed lat, kiedy byłem gościem i przemawiałem w innym zborze baptystycznym w Polsce. Po skończonym nabożeństwie podszedł do mnie młody człowiek i powiedział mi coś takiego: Miło mi wreszcie spotkać pastora osobiście, bo dotychczas słyszałem pastora głos w czasie radiowych nabożeństw naszego Kościoła. Pamiętam szczególnie kazanie z lipca tego roku. I tu podał mi temat tego kazania i jego główne przesłanie, po czym dodał: I właśnie ja po tym kazaniu powierzyłem swoje życie Bogu. Nawróciłem się – dziękuję pastorowi za głoszone wtedy Słowo Boże, dzięki któremu doznałem Bożej łaski przebaczenia grzechów i zbawienia.

Warto więc trudzić się dla dobra duchowego innych. To jest nasze powołanie, które winniśmy wykonywać z pasją, umiłowaniem Boga i ogromnym szacunkiem do Jego Słowa, które ma moc przekonać, przeobrazić ludzkie życie i nadać mu wieczną wartość. Dlatego zawsze dziękuję za wszystkich słuchaczy moich kazań – tych w kościele, jak również tych, którzy słuchają ich w Internecie. Miałem taki przywilej, głosząc ewangelię w ostatnią niedzielę w zborze warszawskim. Tę samą radość czułem, nagrywając dziś kazanie w Katowicach i z taką samą radością będę służył moim braciom i siostrom w naszym Zborze w Szczytnie w najbliższą niedzielę. Oby było jak najwięcej duchowych owoców i błogosławionych skutków tej służby w życiu moich słuchaczy, ale najbardziej zależy mi na tym, by moja praca i głoszenie Dobrej Nowiny przyniosły chwałę Bogu i Jezusowi – mojemu Panu i Zbawicielowi!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Epoka lodowcowa

E

Nie ma wątpliwości, że wszyscy jesteśmy już bardzo zmęczeni nienormalnością, która się przedłuża, choć zapowiadane są dalsze, ostrożne poluzowania obostrzeń nałożonych na nas przez rządzących. O ich decyzjach usłyszymy pewnie lada dzień. Oby przywracały normalność, za którą już bardzo tęsknimy, choć z drugiej strony mamy poważne wątpliwości, czy ta normalność powróci do nas na dobre, czy też nasz świat i styl życia zmieni się jednak nieodwracalnie i bezpowrotnie.

Kiedy widzę czasem obrazy z filmów czy innych materiałów reporterskich sprzed pandemii, to reaguję dziwnie i z zaskoczeniem, kiedy oglądam tłumy ludzi na ulicach, plażach, w parkach, czy siedzących blisko siebie przy kawiarnianych stolikach, wszak przez ostatnie miesiące odwykliśmy od tego. Miejsca publiczne tak wyraźnie się wyludniły, że czasami wręcz opustoszały. Te ostatnie obrazy zieją pustką, emocjonalnym chłodem, a opustoszałe ulice i lotniska wyglądają jak kadry z amerykańskich filmów katastroficznych.

Świat bez ludzi, bez bliskich i bezpośrednich kontaktów międzyludzkich jest martwy i obcy. Narzekaliśmy ostatnimi czasy na to, że zatraciliśmy się w wirtualnych kontaktach, a zaniedbaliśmy osobiste spotkania, bezpośrednie rozmowy i wspólne chwile wypoczynku lub relaksu. Nie przypuszczaliśmy w najgorszych przewidywaniach, że pandemiczne realia zgotują nam jeszcze większy dystans między nami i odepchną nas od siebie. Czy na zawsze, czy tylko na jakiś czas?

Nawet w kolejkach na pocztę czy do sklepu stoimy oddaleni od siebie, odzwyczajamy się od podawania rąk na powitanie, o młodzieżowych „hagach” już chyba zapomnieliśmy. Jeśli takie nowe zachowania utrwalą się w nas, będziemy od siebie oddaleni jeszcze bardziej – zarówno fizycznie jak i emocjonalnie, w tym także duchowo, co mnie najbardziej interesuje. Będziemy bać się siebie, okazywanej bliskości czy objawów zwyczajnej ludzkiej życzliwości i sympatii. Czy grozi nam więc swoista „epoka lodowcowa”, w której będziemy oziębli, zdystansowani do siebie, będziemy omijać się z daleka, a jeśli ktoś w pobliżu nas kaszlnie lub kichnie, będziemy go obchodzić łukiem, a najlepiej będziemy przechodzić na drugą stronę ulicy? To byłoby straszne.

Kiedy na niebie po dłuższej przerwie pojawiły się pierwsze, przelatujące nad naszymi głowami samoloty, pomyślałem przez chwilę, że może jeszcze i to niedługo będzie normalnie, a i nasze najbliższe lotnisko w Szymanach też w końcu ożyje, ludzie będą mogli polecieć w świat, albo choćby do Krakowa – królewskiego miasta przecież. Mam tam teraz nie tylko brata, ale i córkę! Chciałoby się do nich znowu polecieć! Tak normalnie, bez żadnych przeszkód. Na wakacje też, ale czy tylko ewentualnie na Węgry lub na Słowację – jak prognozują ludzie odpowiedzialni za turystykę?

Czekamy również niecierpliwie na normalność w naszych kościołach. Posłuszni zaleceniom władz staramy się zachowywać w kościele według obowiązujących reguł. Mając na uwadze ograniczenia liczby uczestników nabożeństw, w ostatnie dwie niedziele zorganizowaliśmy po dwa nabożeństwa po kolei, by choć część naszych wyznawców mogła bezpośrednio uczestniczyć w nabożeństwie, które zresztą nagrywamy i umieszczamy potem na Facebook’u i na naszej stronie internetowej. Dziwnie się jednak czujemy siedząc w ławkach kościelnych z zasłoniętymi twarzami, zachowując stosowny dystans od siebie, który jednak stoi w jaskrawej sprzeczności z ideą duchowej wspólnoty i bliskości, której doświadczamy w sposób szczególny właśnie w kościele.

Sytuacja, jaką obecnie przeżywamy, jest bardzo dotkliwa szczególnie w kościołach, bo przecież w takich trudniejszych doświadczeniach ludzie jeszcze bardziej potrzebują Boga, pociechy i zachęty do wiary i wytrwałości. Tymczasem jako duszpasterze nie możemy swobodnie zaspokoić potrzeb naszych duchowych sióstr i braci, bo nie możemy być wszyscy razem, blisko siebie, nie możemy spędzać czasu wspólnie w naszej zborowej kawiarence, rozmawiając ze sobą o naszych codziennych troskach i bolączkach, siedząc obok siebie – ramię w ramię.

Jest to tym bardziej dziwne, że otworzyły się sklepy, powoli życie wraca do galerii handlowych, coraz więcej ludzi na ulicach i w parkach, a życie kościelne, albo lepiej mówiąc – duchowe w kościele – jest nadal mocno skrępowane i pozbawione elementów wspólnotowych, co doskwiera nam wszystkim i to bardzo. Modlimy się więc o mądrość dla ludzi odpowiedzialnych za stan zdrowotny naszego społeczeństwa, by podejmowali decyzje słuszne, racjonalne, zgodne z rzetelną wiedzą, ale i zdrowym rozsądkiem i żeby ta pandemia, która zabija ciała ludzkie, nie zabijała w nas ducha, naszej duchowości i chrześcijańskiej wspólnoty, której zwykle doświadczamy właśnie i przede wszystkim w kościele.

Modlimy się więc do Boga prosząc Go, by wróciła normalność do naszych domów, do naszych miejsc pracy, do szkół i miejsc publicznych, ale także do naszych kościelnych realiów, byśmy znowu i bez przeszkód przychodzili wszyscy do domu Bożego i oddawali Mu chwałę za zdrowie, ochronę i siły, których nadal potrzebujemy. Dość tej epoki lodowcowej – czas na odwilż! Wyprośmy ją u Pana naszych losów!

pastor Andrzej Seweryn

 (andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Pobyć trochę na pustyni


Czytając ostatnio książkę J.D. Watsona pt. „Słowa hebrajskie na każdy dzień roku. Inspiracje ze Starego Testamentu”, poznałem bliżej słowo „pustynia” (hbr.  mitbar), które występuje w Starym Testamencie prawie 250 razy i oznacza: bezwodną pustynię, odludny obszar, pustkowie, rozległe odludne pastwiska. Istnieje również przenośne, symboliczne znaczenie słowa „mitbar” (pustyni) jako miejsca albo czasu próby i doświadczenia w życiu człowieka.

To słowo w Biblii kojarzone jest z czterdziestoletnią wędrówką narodu wybranego przez pustynię do ziemi obiecanej, która jest opisana aż w czterech księgach: Wyjścia, Kapłańskiej, Liczb oraz Powtórzonego Prawa. Czytelnicy Pisma Świętego z pewnością pamiętają, że ta wieloletnia tułaczka po pustyni była konieczna, by rozprawić się z pokoleniem ludzi powyżej 20. roku życia za ich niewierność i odwrócenie się od Boga, a także by ukształtować i wychować nowe pokolenie tych, którzy pod wodzą następcy Mojżesza – Jozuego weszli w końcu do ziemi obiecanej!

Czytając inne fragmenty Biblii możemy dostrzec bez trudu, że Pan Bóg często kształtował mężów wiary właśnie na pustyni lub na pustkowiu, w odosobnieniu, by mieli czas na zbliżenie się do Stwórcy oraz przygotowanie się do wielkich zadań zlecanych im przez samego Boga. Tak działo się w przypadku króla Dawida w odosobnieniu, na pustyni, gdzie doświadczał wyciszenia przed Bogiem. W jednym ze swoich psalmów napisał takie słowa: „Gdyby tak ktoś mi dał skrzydła gołębia, uleciałbym i odpoczął (…). Osiadł gdzieś na pustyni” (Ps 55,7-8).

Jeszcze wcześniej sam Mojżesz spędził na pustkowiu aż 40 lat, pasąc trzodę teścia Jetra (Wj 3,1), zanim Bóg powołał go do przewodzenia narodowi w czasie wyjścia z Egiptu i 40-letniej wędrówki po pustyni. Również Jan Chrzciciel przebywał i głosił na Pustyni Judzkiej – był głosem wołającym na pustkowiu (Mt 3,1-3). Wreszcie i sam Pan Jezus spędził 40 dni na wyżynnym pustkowiu, gdzie pościł i był poddany próbie przez diabła (Mt 4,1-2), często też modlił się na ustronnych miejscach (Łk 5,16).

Dlaczego piszę o tym w dzisiejszym felietonie. Otóż uważam, że i my potrzebujemy czasem „pustyni” w sensie metaforycznym jako testu naszego charakteru. Chodzi tu bowiem o to, by uciec od zgiełku tego świata, by wyciszyć się przed Bogiem, by odpocząć fizycznie, emocjonalnie i duchowo, by wreszcie przemyśleć wiele ważnych spraw, radząc się swojego Pana i Zbawiciela.

Trzeba nam jako chrześcijanom pozytywnie zaliczyć ten „test pustyni”, by potem móc wejść do „ziemi obiecanej”, czyli innymi słowy pozbierać się i wyjść na prostą w swoim często zagmatwanym i pokrzywionym życiu. Warto więc przy tej okazji zadać sobie pytanie: Kiedy ostatnio miałem czas odosobnienia, wyciszenia, rozmyślań i szczerej rozmowy tylko z Bogiem?

Ostatnio spotkałem człowieka, który od ponad 20 lat ma własny warsztat i ciężko w nim pracuje na siebie i swoją rodzinę. Powiedział mi jednak, że już nie pamięta, kiedy miał z rodziną prawdziwy urlop. To oznacza, że nie miał również okazji na wyciszenie i odosobnienie, by być sam na sam z Bogiem. Tymczasem Pan Bóg dał nam ostatnio dużo czasu – swoistej „pustyni”, przez którą trzeba przejść i przetrwać ten niewygodny i trudny dla nas wszystkich czas, by w końcu wrócić do normalności, za którą wszyscy przecież tęsknimy.

Ten okres może stać się dla nas czasem udręki, buntu, zwątpienia, depresji, co może prowadzić do śmierci – dosłownej lub duchowej! Tak było z pokoleniem Izraelitów od 20. roku wzwyż, których ciała zasłały pustynię! Nie doszli do Ziemi Obiecanej. Może to być jednak czas wyciszenia, swoistego testu naszej wiary, zaufania do Boga, posłuszeństwa Jego nakazom i przykazaniom oraz niezłomnego i silnego przekonania, że On nas przez ten trudny czas przeprowadzi, wyprowadzi, a następnie zaprowadzi do lepszej, wiecznej przyszłości.

A oto ważny cytat z książki, o której wspomniałem na początku: „Drogi Przyjacielu. Wierz mi, że jeśli nawet mieszkasz w milionowym mieście, i tak żyjesz na pustyni, która zwie się światem. Twoja wiara będzie poddawana próbom i doświadczana każdego dnia. Zrozum, że Bóg używa tych prób i doświadczeń, aby przygotować cię do standardów swojego Królestwa, gdyż Jemu zależy na tobie”.

Jak wygląda nasz czas w czasie kwarantanny domowej? Czy jest to czas wyciszenia i głębszych przemyśleń o swoim życiu oraz bliższej niż dotychczas więzi z Bogiem? Czy w naszym domu panuje cisza, czy też telewizor lub komputer gra głośno i bez ustanku, przerywany naszymi emocjonalnymi dialogami lub wręcz kłótniami z powodu tego czasu nie do zniesienia?

Czy na tej „pustyni” chcę umrzeć ze strachu i beznadziei, czy też mam w swoim sercu ducha Jozuego i Kaleba, którzy zaufali Bogu i razem z nowym pokoleniem weszli do ziemi obiecanej: ziemi pięknej i bogatej, miodem i mlekiem płynącej! A skoro już mówimy o tym, to warto byłoby zapytać: Gdzie jest twoja ziemia obiecana? Tu, na ziemi – czy tam, w górze? „Nasza zaś ojczyzna jest w niebie” (Fil 3,20) – pisał apostoł Paweł. „Uważaj więc, abyś nie zapomniał o Panu, twoim Bogu” (Pwt 8,11a).

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

„Fejsbukowe” towarzystwo

Jeszcze nie tak dawno krążył po sieci taki sobie żart, że ktoś miał na Facebook’u setki znajomych, ale kiedy umarł, na jego pogrzeb przyszło tylko kilka osób. W ten sposób starano się zdyskredytować zamiłowanie niektórych rekordzistów, którzy chcieli mieć na swoim profilu jak najwięcej tzw. znajomych. Określenie „znajomy” zdewaluowało się, bo nie dotyczyło już tylko tych, których rzeczywiście znamy bliżej, albo przyjaźnimy się ze sobą, lecz włączyło wielu nieznajomych i przypadkowych ludzi, których bezrefleksyjnie zaczęli niektórzy dołączać do listy swojego „fejsbukowego” towarzystwa.

Już jakiś czas temu, kiedy jeszcze nie istniałem na tym profilu, mój syn stwierdził, że kogo nie ma na Facebook’u, ten nie istnieje. Pewnego więc dnia postanowiłem zaistnieć, by nie pójść w zapomnienie. Do grona swoich znajomych starałem się więc zapraszać jedynie tych, których znam trochę bliżej i lepiej, natomiast odrzucałem propozycje zawiązania znajomości z tymi, których nazwiska i imiona nie mówiły mi nic lub bardzo niewiele. Byłem więc bardzo powściągliwy w rozszerzaniu listy moich znajomych, by nie doświadczyć takiego zaskoczenia, że na mój pogrzeb przyjdzie zaledwie kilka osób…

Żarty żartami, ale obecnie zostaliśmy pozamykani w swoich domach i zauważyłem ostatnio, że zdecydowanie więcej osób zaproponowało mi znajomość na Facebook’u, niż to było dotychczas. Widocznie brak ludziom tych kontaktów, więc wszelkimi sposobami chcą się komunikować z innymi. Ale dlaczego ze mną właśnie? Może dlatego – pomyślałem – że wielu zna mnie jako długoletniego pastora, ewangelistę czy nauczyciela Słowa Bożego i w okresie, który przeżywamy, może potrzebują kontaktu ze mną, z moimi kazaniami czy wypowiedziami, którymi czasem dzielę się w Internecie, na blogu pastora, czy na łamach naszego Tygodnika.

Ostatnio mam też okazję nagrywania kazań i całych nabożeństw internetowych naszego Zboru w Szczytnie, przez co mogę dotrzeć z przesłaniem Pisma Świętego do wielu mi nieznanych ludzi, jeśli oczywiście chcą z tych programów czy też pisanych przeze mnie tekstów skorzystać. W ostatni weekend miałem również okazję wraz z żoną poprowadzić zajęcia online w Zborowej Szkole Biblijnej w Pierwszym Zborze Kościoła Chrześcijan Baptystów w Warszawie (sobota), a potem w czasie transmisji niedzielnego nabożeństwa w tym Zborze miałem przywilej wygłosić kazanie (można to obejrzeć na YouTube pod nazwą tego Zboru) . Kiedy zaś wracałem z Warszawy do Szczytna, słuchaliśmy z żoną na YouTube nagranego wcześniej nabożeństwa przygotowanego przez ludzi z naszego lokalnego Zboru w Szczytnie.

Robimy to wszystko po to, by być duchowym wsparciem dla członków naszej wspólnoty, z którymi nie możemy nadal spotykać się w kościele, ale nie tylko dla nich. Jest to również otwarta możliwość dla innych ludzi, naszych znajomych i nieznajomych, by podzielić się z nimi prawdami Pisma Świętego, których tak obecnie potrzebujemy. Prawdami, które mogą nas pocieszyć, dodać nam odwagi i nadziei na przyszłość, albo też ostrzec przed duchową ospałością. Tak czyni wiele lokalnych zborów i parafii, bo kościół – mimo zamkniętych drzwi – ma i powinien mieć otwarte ramiona i serca dla wszystkich, którzy potrzebują pomocy – szczególnie tej duchowej i emocjonalnej.

Taki był sens i przesłanie nabożeństwa warszawskiego, natomiast na naszym szczycieńskim nabożeństwie podkreślaliśmy fakt, jak bardzo tęsknimy za nabożeństwami i spotkaniami w naszym kościele. Myślę, że wielu ludzi myśli i czuje to samo. Zaczynamy coraz bardziej dostrzegać i doceniać wartość realnej wspólnoty ludzkiej, która wyraża się nie tylko w kościele, ale tam chyba najgłębiej, bo to przecież nasza duchowa rodzina i nasz drugi dom!

Tak to już jest, że bardzo wielu ludzi nie znamy wcale. Oni są dla nas obcy i obojętni. Niektórych znamy bardzo mało i niewiele o sobie wiemy, bo może znamy się tylko z widzenia: z windy, z klatki schodowej, ze sklepu czy widząc się czasem na kawie w kawiarence. Niektórych znamy dość dobrze, ale jest to znajomość za pośrednictwem ekranu telewizyjnego czy komputerowego, a więc jednostronna, bo my znamy ich twarze i nazwiska, ale oni nie wiedzą o nas nic, bo nigdy nie spotkaliśmy się z nimi twarzą w twarz.

Dopiero tych, którzy są naszymi bliskimi w rodzinie lub naszymi przyjaciółmi, znamy naprawdę i czasem bardzo blisko. Znamy też nasze dzieci lub wnuki, a one znają nas także bardzo dobrze. Nie mówię już o znajomości i więzi małżeńskiej, kiedy dwoje ludzi – mąż i żona – znają się na wylot, bo przeżywają ze sobą dziesiątki lat. To jest więź, która buduje się i umacnia przez lata, podobnie jak dobra i wierna przyjaźń.

Podobnie jest z naszą relacją z Jezusem i z Bogiem. Możemy o Nich wiedzieć tylko ze słyszenia, pobieżnie, bo tak naprawdę nic głębszego nie łączy nas ze Stwórcą i Jego Synem, którego śmierć i zmartwychwstanie wspominaliśmy tak niedawno. Możemy jednak nawiązać z Nim o wiele głębszą i poważniejszą relację opartą na wierze i pragnieniu odwzajemnienia Jego miłości do nas. Jest to oczywiście kwestia niewymuszonej i osobistej oraz świadomej decyzji każdego człowieka, który chce wiedzieć o Bogu więcej, poznać Go bliżej, związać się z Nim duchowymi więzami i żyć według Jego standardów spisanych na kartach Pisma Świętego.

Chyba, że ktoś nie chce tego. Wtedy – co najwyżej – może zaprosić Jezusa jako nowego „znajomego” na Facebook’u – oczywiście w sensie metaforycznym. Tylko że będzie to kiepska i płytka znajomość. Jemu to nie wystarczy! On chce się z tobą związać bardzo blisko. Tylko czy pozwolisz Mu na to?

pastor Andrzej Seweryn (andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Tomasz był trudnym apostołem Pana Jezusa Chrystusa, kiedy przyglądamy się nielicznym fragmentom Pisma wspominających jego imię, to widzimy, że był to człowiek, który był racjonalistą, trochę sceptykiem, może trochę też i pesymistą… Co stracił Tomasz nie będąc z uczniami?

Zapraszamy do obejrzenia kolejnego nabożeństwa z naszego kościoła z kazaniem pastora Andrzeja Seweryna pt. “Tomasz nieobecny, ale jednak wierny”.

Read More →
Exemple

Życie potrafi zaskoczyć

Tuż przed świętami, w godzinach przedpołudniowych, udałem się do jednego z naszych szczycieńskich sklepów po odbiór małej paczuszki. Kiedy wszedłem do środka, młoda i miła pani ekspedientka zaskoczyła mnie, mówiąc grzecznie, lecz stanowczo: Przepraszam pana, ale musi pan opuścić sklep, bo teraz jest pora, kiedy obsługujemy tylko seniorów. Tak miłego zaskoczenia nie przeżyłem już od dawna! Z promiennym uśmiechem okraszonym nutką rozbawienia odpowiedziałem: Pani jest naprawdę bardzo miła dla mnie dzisiaj!

Nie wiem, czy to mój urok osobisty przeważył nad jej wątpliwościami, ale ta miła ekspedientka pozwoliła mi pozostać w sklepie i nie kazała mi się wylegitymować, by sprawdzić mój nieubłagalny PESEL. Od razu bardzo polubiłem tę panią i chyba znowu pójdę do jej sklepu między 10.00 a 12.00. Pod byle pretekstem, byleby chciała mnie znowu tak mile z niego wyprosić. To dla mnie takie odmładzające!

Nie zawsze doświadczamy jednak tak miłych i odświeżających przygód. Jakieś kilka lat temu, jadąc w Warszawie tramwajem, doświadczyłem z kolei czegoś odwrotnego. Oto jakaś miła nastolatka wstała na mój widok i ustąpiła mi miejsca. Miłe dziecko – pomyślałem, ale po raz pierwszy ktoś mi ustąpił miejsca w tramwaju lub autobusie. Po raz pierwszy też poczułem się starszym panem, co było dla mnie dość zaskakującą i niezbyt miłą niespodzianką, bo zawsze to ja – młody ciałem i duchem – ustępowałem miejsca starszym. Aż „przyszła kryska na Matyska” i cóż, trzeba pogodzić się z nieubłagalnym upływem czasu, wszak PESEL nie kłamie, choć twarz potrafi. Przestanę chyba jeździć w Warszawie tramwajami. Wolę Szczytno i swój ulubiony sklep…

No cóż, przeżyliśmy jakoś te dziwne i niespodziewane dla nas wszystkich Święta Wielkanocne. Bez odwiedzin znajomych i przyjaciół, bez wizyt naszych najbliższych i wreszcie bez odwiedzin kościoła oraz udziału w tych szczególnych nabożeństwach: wielkopiątkowym i wielkanocnym. Wtedy to zwykle gromadziliśmy się tłumnie, by oddać chwałę Panu Bogu za dzieło zbawienia dokonane przez Jezusa Chrystusa, Jego Syna, na Golgocie, a także cieszyć się faktem triumfalnego zmartwychwstania naszego Pana oraz naszą wiarą w to, że i my będziemy z Nim żyć wiecznie.

Na szczęście przygotowaliśmy oba te nabożeństwa w trybie online (można je obejrzeć na naszej stronie: www.szczytno.baptysci.pl  lub na YouTube) i w ten sposób, za pośrednictwem Internetu, mogłem jako pastor głosić wszystkim Słowo Boże. Podobnie zresztą czyniło wielu duchownych różnych kościołów, by w ten sposób utrzymać duchową więź i wspólnotę wiernych, bo na tym przecież polega istota Kościoła. Transmitowano wiele nabożeństw bezpośrednio, publikowano też w Internecie nabożeństwa bądź pojedyncze kazania w trybie online. Mimo odizolowania każdy mógł obejrzeć i posłuchać tego, co najważniejsze, a co mogliśmy jako chrześcijanie przeżywać w te smutne trochę – mimo wszystko – Święta Wielkanocne.

Życie potrafi nas ciągle zaskakiwać. Może właśnie dlatego jest ono ciekawe, choć nie zawsze jest dla nas miłe i przyjemne. Przerabiamy to właśnie w ostatnich tygodniach, które uświadamiają nam na nowo, jak ważna jest bezpośrednia relacja i więź z bliskimi i przyjaciółmi. Dobrze, że mogliśmy obejrzeć nabożeństwa ze swojego lub z innych kościołów. Ludzie jednak zgodnie podkreślają, że to jednak nie to samo. Brakuje nam bowiem tych serdecznych uścisków dłoni, bycia razem, oddawania wspólnie chwały Bogu w śpiewanych pieśniach, wypowiadanych modlitwach czy opowiadaniach o tym, jak Pan Bóg prowadził nas w ostatnim czasie.

Byłem bardzo wzruszony, kiedy zadzwoniłem do jednej z naszych rodzin. Telefon odebrała mała dziewczynka. Zanim oddała słuchawkę swojemu tacie, zapytała: Pastorze, a kiedy znowu będziemy razem w kościele? Tak samo zapytał mnie kilka dni później kilkunastoletni chłopiec. Dzieci tęsknią, dorośli też. A ty? Stęskniłeś lub stęskniłaś się za duchową wspólnotą w kościele?

W poranek wielkanocny bardzo dziwnie wyglądał nasz kościelny parking – pusty, bez aut i wysiadających z nich moich bliskich i przyjaciół. Patrzyłem z okna z tęsknotą za dniem, kiedy znowu miejsce wokół kościoła zapełni się autami, zaś sam kościół znowu wypełni się wiernymi pragnącymi słuchać Słowa Bożego. Przywitamy się znowu, uściśniemy ręce, usiądziemy razem i powiemy w sercu z przekonaniem: Duchowa wspólnoto, ty jesteś jak zdrowie. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił! Oby tylko nie na długo.

Chyba, że przywykniemy do internetowych nabożeństw, rozleniwimy się i choć kiedyś (oby jak najszybciej!) restrykcje i ograniczenia zostaną cofnięte, to my w niedzielne przedpołudnia pozostaniemy w domu i pooglądamy sobie nabożeństwo w kapciach i siedząc we własnym fotelu…. Oby tak się jednak nie stało. Ceńmy sobie wzajemne więzi! Nauczmy się je starannie pielęgnować, zarówno w rodzinach czy kręgach towarzyskich, jak i w kościele – tam przede wszystkim! Naszą nadzieję na lepsze i spokojniejsze jutro pokładamy przecież w Bogu. Dlatego warto z Nim się spotkać, zarówno osobiście, na osobności, w intymnej modlitwie, jak i we wspólnocie, kiedy tylko będzie to znowu możliwe i bezpieczne! Co daj, Panie Boże! Amen.

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Czy prawda o zmartwychwstaniu Jezusa może zmienić czyjeś życie dzisiaj?

Zapraszamy do obejrzenia naszego nabożeństwa wielkanocnego z kolejnym kazaniem pastora Andrzeja Seweryna pt. “Zostań z nami, Zmartwychwstały”.

Zapraszamy do obejrzenia kazania z Niedzieli Wielkanocnej dziś o 17:00 Obserwuj nas tutaj lub na Facebook’u

Read More →
Exemple

Człowiecza historia

Był młodym mężczyzną po trzydziestce. Pochodził z prowincji, od dziecka ojciec uczył go szacunku do pracy, a także szacunku do innych ludzi, którzy – gdy dorastał – widzieli w nim miłego i zdyscyplinowanego młodzieńca. Rodzice nie mogli posłać go do szkoły, bo żyli bardzo skromnie. Niemniej jednak ten młody chłopak zadziwiał niespotykaną mądrością i dociekliwością. Umiał zadawać ważne i trudne pytania, a co najważniejsze – umiał słuchać tego, co mówią inni mądrzy ludzie. Z każdym dniem stawał się coraz bardziej dojrzały fizycznie, emocjonalnie i duchowo, bo bardzo poważnie traktował Boga, z którym od najmłodszych lat liczył się bardzo poważnie.

Pewnego dnia postanowił opuścić dom rodzinny. Zaczął śmiało obracać się między ludźmi, prezentując im swoje poglądy i zapatrywania na wiele życiowych spraw. Co ciekawe, często w swych wypowiedziach powoływał się na Boga w niebie, o którym mówił zawsze z pasją i nadzwyczajnym żarem w sercu. Ludzie podziwiali tego młodego człowieka za odwagę, błyskotliwość wypowiedzi, a nade wszystko za szczerość i bardzo szlachetne podejście do wszystkich ludzi. Stał się postacią bardzo lubianą, więc ludzie gromadzili się chętnie wokół niego, aby posłuchać tego, co miał im do powiedzenia.

Umiał chwytać za serce, choć nie był jak populistyczny polityk. Niczego nie robił pod publiczkę ani nie stawiał siebie na pierwszym miejscu. Raczej starał się czynić dobro wokół, troszcząc się o zaspokojenie potrzeb innych, często biednych i nieszczęśliwych ludzi. Nawet bronił ich przed tymi, którzy ich krzywdzili i wykorzystywali. Z tego więc powodu w swoich wypowiedziach zdobywał się czasami na dość ostre i bezkompromisowe oceny tych ludzi, którzy byli po prostu podłymi i fałszywymi hipokrytami. Tych szczególnie nie cierpiał i odważnie krytykował.

Nic więc dziwnego, że zaczął narażać się takim ludziom, którzy zaczęli go najpierw krytykować, potem chcieli go oskarżyć o cokolwiek, byle postawić go przed sądem i w końcu wsadzić za kratki. Kiedy jednak zwykli ludzie stawali za nim murem, by go bronić, ci podli ludzie potajemnie zwarli swoje szyki i postanowili go zabić. Chodziło tylko o to, by zrobić to po kryjomu i po cichu zlikwidować go.

Zastraszano go na różne sposoby, wyzywano od najgorszych. Krążyły o nim nieprawdziwe opinie, że tylko z pozoru jest on tak miły i sympatyczny, a tak naprawdę to jest żarłokiem, pijakiem, przyjacielem różnych typów spod ciemnej gwiazdy, a nawet wręcz posądzano go o satanizm. To szczególnie go bolało i było okropnie niesprawiedliwe, ponieważ ten młody mężczyzna bardzo wielkim szacunkiem, by nie powiedzieć wielką czcią otaczał Boga, którego zresztą miał czelność nazywać swoim własnym Ojcem. Dla wielu był to szczyt megalomanii i szaleństwa. Tym bardziej, że nawet jego własna rodzina w pewnym momencie obawiała się, że postradał zmysły.

Dodatkowej pikanterii dodawały nieprawdopodobne relacje niektórych ludzi, którzy twierdzili, że ma on jakąś nadzwyczajną moc.  Niektórzy opowiadali, że byli podobno świadkami tego, że ten mężczyzna uleczył kogoś z trądu, otworzył oczy jakiemuś ślepcowi, a najbardziej nieprawdopodobnie brzmiały plotki, jakoby kogoś umarłego wskrzesił z martwych do życia. To nie mieściło się w głowie! Przecież nigdy wcześniej nie słyszano o takich przypadkach. Widocznie szaleństwo tego samozwańczego cudotwórcy udzieliło się innym, którzy stali się zresztą jego fanatycznymi naśladowcami.

Ludzie mieli skrajnie odmienne opinie o tym człowieku, więc strasznie kłócili się między sobą. Jedni uważali go za świętego, inni zaś za wysłannika samego diabła. Te silne kontrowersje przeniosły się w końcu na ulice i place, gdzie dochodziło do demonstracji jego poparcia, jak i do kontrmanifestacji jego zażartych przeciwników. Doszło w końcu do silnych niepokojów społecznych, które nasiliły się szczególnie w stołecznym mieście. Rozruchów tym dziwniejszych, że przecież wywołanych z powodu jakiegoś jednego człowieka z prowincjonalnego miasteczka.

Władza miała więc poważny kłopot, który trzeba było jakoś rozwiązać. Próbowano negocjacji i zabiegów „dyplomatycznych”, zwaśnione strony nawoływano do ugody. Kłopot polegał jednak na tym, że przeciwnicy domagali się od władz najwyższego wymiaru kary dla tego dziwaka, a więc kary śmierci. Tymczasem nikt nie był w stanie udowodnić mu, że złamał prawo i to w taki sposób, żeby za swoje domniemane przestępstwa zasłużyć na śmierć. Presja przeciwników była jednak bardzo silna, a podsycona polityczną intrygą stała się pułapką dla rządzących, którzy w końcu dla świętego spokoju postanowili im ulec – również w trosce o własną skórę i zachowanie stołków oraz intratnych posad. Zgodzili się przy tym z przebiegłą sugestią najważniejszych religijnych autorytetów, że lepiej będzie, jeśli ten jeden niewygodny człowiek zostanie zgładzony, byle wrócił społeczny spokój i wtedy nikt inny nie ucierpi. Prosta matematyka. Zabijmy go dla przykładu, by nikt nigdy więcej nie podważał naszego autorytetu – postanowili definitywnie.

Dla zyskania jeszcze większej satysfakcji, po aresztowaniu go pod osłoną nocy, poddano go męczącym przesłuchaniom i okrutnym, bezlitosnym torturom. Potem został sponiewierany, wyśmiany i w końcu dokonano na nim publicznej egzekucji, która trwała na oczach tłumów aż sześć bitych godzin. Wszyscy jego wrogowie odetchnęli z ulgą, a i sam szatan, który cieszy się z każdego draństwa i niesprawiedliwości, zacierał ręce z dziką satysfakcją. Dziwne to trochę, bo przecież niektórzy mówili, że ten człowiek był jego wysłannikiem i sługą. Coś tu nie grało, a najbardziej zaskoczyło wszystkich trzygodzinne całkowite zaćmienie słońca, którego nikt wcześniej nie zapowiadał, a do tego jeszcze silne trzęsienie ziemi. Na szczęście trzęsienie ustało, znowu zaświeciło słońce. Najważniejsze, że ten człowiek w końcu wyzionął ducha – fatalnie skończył. Pewnie na to zasługiwał….

Zasługiwał?  TAK i NIE. NIE, bo nikt Mu żadnej winy nie udowodnił. Z drugiej strony TAK, bo wziął na siebie moje podłości, grzechy, błędy i upadki i za to wszystko sam poniósł odpowiedzialność, płacąc najwyższą cenę – mianowicie oddał swoje życie za mnie w kwiecie swojego wieku. Wydawałoby się, że w ty momencie poniósł totalną klęskę. Ale to był dopiero piątek. Wielu nienawistnych wrogów Tego Człowieka nie przeczuwało, że nadchodzi niedziela. Nadeszła. Znowu zatrzęsła się ziemia, zabłysło wielkie światło z nieba! Trzy dni temu pusty krzyż, teraz pusty grób, za to puste serca wielu wypełniła nieopisana radość – radość zmartwychwstania i zbawienia. Ten, który wszystko to przeszedł z nieopisaną godnością i konsekwencją, wszedł pewnego dnia również do mojego pustego serca i jest w nim aż do dziś. JEZUS ŻYJE I WCIĄŻ ZBAWIA! Ciebie też może – dzisiaj! Czy pozwolisz, by nadal twoje serce było puste?

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Wiosenne porządki

Zmieniliśmy znowu czas z zimowego na letni. Bardzo lubię tę zmianę, chociaż tej nocy, kiedy przesuwamy zegarki do przodu, śpimy przecież o godzinę krócej. Czas letni zaś lubię dlatego, że i tak rano było zbyt jasno, by pospać, zaś dzień automatycznie wydłużył się o godzinę i z każdym dniem będzie utrzymywał tę wiosenno-letnią tendencję. Co by nie powiedzieć, wiosna za pasem, choć chłodem jeszcze nas liże po licach, jeśli odważamy się na chwilę spaceru choćby wokół naszego mniejszego jeziora. Na Jezioro Domowe Duże przyjdzie czas, gdy zrobi się naprawdę ciepło i przyjemnie.

Zadziwia mnie przyroda, która co prawda dość leniwie budzi się do życia, ale jej odgłosy i zapachy czuć w powietrzu coraz intensywniej. Coraz głośniej i radośniej śpiewają ptaki, w Piasutnie zadomowiły się znowu pierwsze bociany, które widzieliśmy z żoną kilka dni temu. Nie obejrzymy się, a wokół zrobi się zielono, kolorowo od kwiatów i po prostu pięknie. Będziemy znowu świadkami budzącego się życia – tego fenomenu, który pochodzi niezmiennie od samego Stwórcy, w którym jest sama esencja życia.

To niezwykłe, że mimo różnych turbulencji na świecie oraz destrukcyjnej działalności człowieka, otaczająca go przyroda rządzi się swoimi prawami, które przecież sam Stwórca ustanowił, a po potopie zapewnił, że „dopóki trwać będzie ziemia, siew oraz żniwo, chłód i gorąco, lato i zima, dzień oraz noc – nie ustaną” (Ks. Rodzaju 8,22). Możemy więc być pewni, że kalendarz nas nie oszuka, dnia będzie nam przybywać, przyjdzie ciepło, a potem gorąco. Przed nami więc piękne pory roku: wiosna i lato. Oby były spokojne, bezpieczne i szczęśliwe – tego życzymy sobie wszyscy!

A ponieważ zbliżają się również Święta Wielkanocne, więc w najbliższych dniach czekają nas pewnie kolejne wiosenne porządki: w ogródkach, na działkach, na podwórkach i wokół naszych domów. Po tej długiej i szarej zimie trzeba będzie wygrabić wszystkie śmiecie i zbutwiałe liście, których nie zdążyliśmy jesienią dokładnie wygrabić. To zazwyczaj miła robota, bo jej efekty widać bardzo wyraźnie, nie mówiąc już o tym, że cieszy nasze oczy.

Są w naszym życiu takie okresy, kiedy zbierają się nam różne śmieci: niezałatwione lub zaniedbane sprawy, nierozwiązane konflikty, spory i kłótnie, odłożone do lamusa postanowienia, których nie dotrzymaliśmy oraz dobre chęci, którymi podobno wybrukowane jest piekło. Wiele jest takich „zbutwiałych śmieci”, które też dobrze byłoby wysprzątać, pozamiatać i oczyścić. Takie wiosenne porządki w sercach, sumieniach i myślach. Akurat mamy chyba teraz trochę więcej czasu wolnego, bo jesteśmy w domach, więc warto w końcu chwycić za grabie…..

Tego rodzaju porządków nikt za nas nie zrobi i dobrze byłoby, aby każdy z nas pozamiatał na swoim własnym podwórku, a nie na cudzym, jak często mamy zwyczaj czynić. Tego rodzaju przywarę opisał kiedyś Pan Jezus w czasie wygłaszania słynnego Kazania na Górze, mówiąc do swoich słuchaczy tak: „Dlaczego widzisz drzazgę w oku swojego brata, a belki we własnym nie dostrzegasz? Albo jak możesz powiedzieć swemu bratu: Pozwól, że wyjmę drzazgę z twego oka, gdy belka tkwi w twoim własnym? Obłudniku, usuń najpierw belkę z własnego oka, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć drzazgę z oka swego brata” (Ew. Mateusza 7,3-5).

Nie patrzmy na nieporządki w życiu swoich bliźnich, choć oni sami mają rzeczywiście co posprzątać. Skoncentrujmy się raczej na swoich nieporządkach i sami własnymi rękami zróbmy stosowne porządki, zanim ktoś z zewnątrz zechce się za nie zabrać. Wtedy bowiem będzie więcej wstydu i będzie bardziej bolało.

Są oczywiście ludzie, którzy są bardzo przywiązani do swoich rupieci. Inni z kolei wszystko co stare lub zużyte albo „półpotrzebne” lubią wyrzucać na śmietnik. Ja osobiście należę do tych drugich i miałem ku temu wiele okazji, ponieważ z żoną przeprowadzaliśmy się siedem albo więcej razy w naszym dotychczasowym życiu. Za każdym razem, kiedy się pakowaliśmy, widziałem tyle rzeczy, które przewoziliśmy z jednego miejsca do drugiego, a potem ich nie używaliśmy i za jakiś czas znowu je pakowałem i przewoziłem do kolejnego miejsca naszego zamieszkania. Zawsze jednak starałem się jak najwięcej tych nieużywanych rzeczy wyrzucić po prostu na śmietnik.

W życiu naszym bywa podobnie. Czasem zmieniamy adresy, przenosimy się z miejsca na miejsce, ale stare i niezałatwione sprawy ciągniemy za sobą jak stare szpargały, którymi wypełniamy piwnice, strychy czy garaże. Dziś jednak żyjemy w taki sposób, że nie naprawiamy rzeczy, lecz kiedy one się zepsują, wyrzucamy je i kupujemy po prostu nowe.

W sprawach życiowych – niedotyczących przedmiotów i sprzętów – musimy jednak postępować nieco inaczej. Są sprawy, które bezwzględnie wymagają naprawy. Nie wszystko da się po prostu wyrzucić do śmieci, bo takie niezałatwione, lecz ważne życiowe sprawy są jak niezabliźnione rany, które wciąż krwawią i bolą. Trzeba więc je opatrzyć, by się zagoiły i wtedy dopiero możemy pójść do przodu bez żadnych obciążeń z przeszłości.

Mamy teraz trochę więcej czasu niż zwykle. Zamiast więc się nudzić lub dręczyć, pomyślmy o szeroko pojętych wiosennych porządkach: tych w ogródkach czy na działkach, ale także tych, które dotyczą naszych sumień, serc i umysłów. Zróbmy je, a wtedy odczujemy różnicę, poczujemy wielką ulgę i z nowymi siłami pójdziemy do przodu. To będzie nasza bardzo udana, emocjonalna i duchowa wiosna!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →