O pokorze

arsiv

Home Category : Blog Pastora

Exemple

O pokorze


W ostatnią niedzielę uszanowałem w pełni tzw. ciszę wyborczą i wygłosiłem w naszym kościele kazanie pt. „Pyszny czy pokorny – jaki jestem?”. Temat ten nie miał nic wspólnego z toczącym się procesem wyborów prezydenckich, natomiast zachęcił słuchaczy do pomyślenia o własnej postawie i charakterze. Kościół nasz nie jest bowiem miejscem agitacji politycznej, więc zadawaliśmy sobie raczej pytania dotyczące naszych codziennych wyborów – małych i poważniejszych, które mają wpływ na nasze życie i na naszą przyszłość.

Przygotowując to kazanie wcześniej, chciałem również odpocząć od atmosfery kampanii wyborczej, tym razem krótkiej, więc chyba ostrzejszej niż zwykle i chwilami zbyt brutalnej. Niestety, będziemy musieli się z tą atmosferą zmagać przez kolejne dwa tygodnie aż do drugiej tury.

W swoim życiu byłem wybierany parokrotnie na pewne stanowiska w Kościele Chrześcijan Baptystów, ale nigdy nie prowadziłem żadnej „kampanii wyborczej” na rzecz swojej kandydatury. Demokratyczne reguły są co prawda stosowane w naszej denominacji, ale dla mnie osobiście czymś obcym jest promowanie siebie samego w taki sposób, aby w końcu mnie wybrano. Piastowałem więc parę funkcji bez konieczności autopromocji, wszak uważałem i nadal uważam, że moje miejsce w pracy kościelnej to kwestia Bożego powołania, a nie reguł demokratycznych. I tak się rzeczywiście działo. Nie musiałem z nikim konkurować bezpośrednio, ani też nie dyskredytowałem nikogo, kto potencjalnie pretendował do objęcia tego stanowiska, które w końcu stało się moim udziałem. Za to jestem Panu Bogu bardzo wdzięczny.

W czasie ostatniego niedzielnego nabożeństwa przywoływałem słynne zdanie z Listu Jakuba: „Bóg się pysznym przeciwstawia, lecz pokornych darzy łaską” (4,6). Prawda ta jest obecna w kilku innych miejscach Pisma Świętego, gdzie wspomina się wielu ludzi wielkich, choć bardzo pokornych i posłusznych Bogu, takich jak: Mojżesz, Jan Chrzciciel, Apostoł Paweł czy wreszcie sam Pan Jezus, który kiedyś powiedział do swoich słuchaczy: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,29).

Taka metoda postępowania i taka cecha charakteru nie ma jednak racji bytu w polityce, choć bardzo szkoda. Brutalne reguły kampanii wyborczych stoją bowiem w jaskrawej sprzeczności z duchem pokory wyrażającej się również w szacunku do drugiego człowieka. Podobnie nieprzydatne w polityce jest również zdanie napisane przez Apostoł Piotra, które brzmi następująco: „Wszyscy przyjmijcie postawę pokory względem siebie nawzajem, gdyż Bóg pysznym się przeciwstawia, a pokornych obdarza łaską (…). Uniżcie się pod mocną ręką Boga” (1 P 5,5-6). Jeśli nie potrafię uszanować innych, których widzę, nie mogę się oszukiwać, że szanuję Boga, którego nie widzę i że jestem Mu posłuszny! Takich standardów Bóg spodziewa się od swoich dzieci. Tylko dlaczego politycy nie mieliby nimi być?

Zanim więc poszliśmy zagłosować, uczyliśmy się w naszym kościele, że ważna jest nie tylko nasza wiedza o Bogu i znajomość Słowa Bożego, ale także nasz charakter: przesiąknięty albo pokorą, albo pychą. Pan Bóg obserwuje nasze życie i nasze postawy, a ponadto reaguje zarówno na pokorę, by pokornych wywyższyć, jak i na pychę, by pysznych poniżyć, przeciwstawić się im bądź nawet ich ukarać.

Nie ma bowiem w sercu człowieka prawdziwej pokory bez miłości do Boga i bliźnich oraz szacunku do autorytetów! Ponadto pokora jest znakiem, że jestem prawdziwym naśladowcą mojego pokornego Zbawiciela! Jeśli natomiast mam serce pyszne, dumne, aroganckie, wyniosłe, zbyt pewne siebie – to oznacza, że jestem świadomym lub nieświadomym naśladowcą, wręcz dzieckiem diabła – ojca nie tylko wszelkiego kłamstwa, ale również buntu i permanentnego nieposłuszeństwa Bogu.

Pokora ma być więc nieodłącznym elementem naszego charakteru, naszej postawy oraz codziennym stylem naszego życia! Przez niekłamaną pokorę wyrażam moją miłość i szacunek do Boga i do innych ludzi, a także do ustanowionych praw i porządków – Bożych i ludzkich! Najwięcej dobra dla ludzkości uczynili bowiem ludzie wielcy w swej pokorze, natomiast najwięcej zła uczynili ludzie pyszni, aroganccy, mający chore ambicje i zbrodnicze plany!

Pan Bóg przeciwstawia się pysznym. Nie chciałbym więc nigdy przeżyć upokorzenia ze strony Boga. Pragnę żyć tak, aby być przez Niego doceniony, wywyższony i móc doświadczyć od Niego przychylności. Bo jeśli Bóg będzie mi się sprzeciwiał, to upokorzy mnie i sprawi, że upadnę bardzo nisko! Kara za pychę jest bardzo bolesna i dotkliwa i może mnie zaprowadzić do piekła.

Pan Bóg w swoim Słowie lojalnie uprzedza nas dzisiaj przed katastrofalnymi skutkami ludzkiej pychy, buty i wyniosłości, zaś Pan Jezus zachęca nas dzisiaj: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokorny sercem”. Drodzy chrześcijanie: bądźmy dobrymi uczniami i posłusznymi naśladowcami naszego pokornego, a przez to wielkiego Zbawcy i Pana!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

a) Job 22,29-30 – Bóg utrąca pychę, a pokornym zsyła wybawienie,

b) Ps 147,6 – bezbożnych poniża do ziemi, bo są pyszni,

c) Ps 149,4 – Bóg ozdabia pokornych zbawieniem,

d) Przyp 3,34 – pokornym Bóg okazuje przychylność,

d) Przyp 29,23 – pyszni upadają bardzo nisko, pokorni dostępują czci,

e) Mt 23,8-12 – „kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się będzie uniżał – zostanie wywyższony”,

f) 1 P 5,5-6 – „wszyscy przyjmijcie postawę pokory względem siebie nawzajem, gdyż Bóg pysznym….. Uniżcie się pod mocną ręką Boga”.

Jeśli nie potrafię uszanować innych, których widzę, nie mogę się oszukiwać, że szanuję Boga, którego nie widzę i że jestem Mu posłuszny!

Przykład: ten czas ograniczeń jest testem sprawdzającym naszą pokorę!

2. Przykłady ludzi pysznych, których Bóg poniżył:

a) Daniela 4,26-31 – upokorzenie Nebukadnesara: Bóg dał mu 12 miesięcy na opamiętanie – nie skorzystał,

b) Dz 12,21-23 – upokorzenie Heroda Agryppy I (wnuka Heroda Wielkiego) – nie oddał on bowiem chwały Bogu!

c) 1 Sam 10,20-24 – Bóg wywyższa pokornego Saula i czyni go królem Izraela,

     1 Sam 15,9-12 – Saul staje się pysznym,

     1 Sam 15,13-23 – Bóg odrzuca Saula i pozbawia go tronu (zginął w bitwie)

3. Pokora – cnotą i wyróżnikiem prawdziwych dzieci Boga:

a) Mojżesz – najpokorniejszy człowiek na ziemi (Liczb – 4M 12,3) – wywyższony przez Boga jako zakonodawca i wielki duchowy przywódca Izraela,

b) Jan Chrzciciel – J 3,30 – największy z proroków w opinii Pana Jezusa

c) Ap. Paweł – 1 Kor 2,1-5 – nieśmiały i niepewny,

                           1 Kor 8,13 – gotowy na poświęcenia dla dobra braci.

d) Pan Jezus: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy (albo: łagodności – NP) i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,29

4. WNIOSKI:

– ważna jest nie tylko nasza wiedza o Bogu i znajomość Słowa Bożego, ale także nasz charakter: przesiąknięty albo pokorą, albo pychą,

– Pan Bóg obserwuje mnie i ciebie i reaguje zarówno na pokorę (by wywyższyć) jak i na pychę (by poniżyć, przeciwstawić się bądź ukarać),

– nie ma pokory bez miłości do Boga i bliźnich oraz szacunku do autorytetów!

– pokora znakiem, że jestem prawdziwym naśladowcą mojego pokornego Zbawiciela!

– pokora zapewnia nam ukojenie duszy!

– jeśli natomiast mam serce pyszne, dumne, aroganckie, wyniosłe, zbyt pewne siebie – to oznacza, że jestem świadomym lub nieświadomym naśladowcą/dzieckiem diabła – ojca nie tylko wszelkiego kłamstwa, ale również buntu i permanentnego nieposłuszeństwa Bogu.

– pokora ma być więc nieodłącznym elementem naszego charakteru/postawy oraz stylem naszego życia!

– przez niekłamaną pokorę wyrażam moją miłość i szacunek do Boga i do innych ludzi, a także do ustanowionych praw i porządków – Bożych i ludzkich!

– pokora nie ma nic wspólnego z kompleksem niższości czy nieudacznictwem, niewiarą w siebie czy też niskim poczuciem wartości,

– tylko pokora prowadzi do wywyższenia i chwały, uznania i prawdziwej wielkości! Najwięcej dobra dla ludzkości uczynili ludzie wielcy w swej pokorze, natomiast najwięcej zła uczynili ludzie pyszni, aroganccy, mający chore ambicje i zbrodnicze plany!

– Nie chciałbym nigdy przeżyć upokorzenia ze strony Boga. Pragnę żyć tak, aby być przez Niego doceniony, wywyższony, móc doświadczyć od Niego przychylności, być przyozdobionym zbawieniem i łaską.

– Bo jeśli Bóg będzie mi się sprzeciwiał, to upokorzy mnie i sprawi, że upadnę bardzo nisko! Kara za pychę jest bardzo bolesna i dotkliwa i może mnie zaprowadzić do piekła.

– Pan Bóg w swoim Słowie lojalnie uprzedza nas dzisiaj przed katastrofalnymi skutkami ludzkiej pychy, buty i wyniosłości, zaś Pan Jezus zachęca nas dzisiaj: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokorny sercem”. Bądźmy dobrymi uczniami i posłusznymi naśladowcami naszego pokornego, a przez to wielkiego i uwielbionego przez Boga – naszego Zbawcy i Pana!

Read More →
Exemple

Gdzie jest prawda?


Jednym z najbardziej deficytowych towarów w naszych czasach jest prawda. Ponieważ żyjemy w świecie Internetu i nieprawdopodobnego zalewu informacji z różnych stron i źródeł, więc czujemy się bardzo często zagubieni. Tym bardziej, że informacje, które do nas docierają, nieraz wykluczają się wzajemnie. Dlatego też współczesny człowiek bardzo często zadaje sobie dręczące pytanie: To gdzie w końcu jest prawda? Które informacje są prawdziwe, a które nie? Co jest faktem o co „fejkniusem” – czyli świadomie zmanipulowaną pseudoinformacją, która ma ludzi wprowadzić w błąd, oszukać i wyprowadzić w pole.

Pamiętam czasy jeszcze przed wszechobecnym dziś Internetem, kiedy mieliśmy w roku tylko jeden dzień, mianowicie 1 kwietnia, czyli tzw. Prima Aprilis, kiedy to robiliśmy sobie psikusy, rozpowiadając wymyślone „fakty”, które bulwersowały lub drażniły mniej zorientowanych bądź naiwnych ludzi. Również w radiu czy telewizji, w serwisach informacyjnych z powagą na twarzach podawano informacje, które były po prostu primaaprilisowym żartem, który zresztą następnego dnia dementowano, by rozwiać wszelkie wątpliwości.

Kiedyś było chyba trochę łatwiej pod tym względem, ponieważ ludzie bardziej szanowali swoje słowa, byli bardziej honorowi, a mniej skłonni do kłamania w żywe oczy. Nie było tylu co dzisiaj hejterów i innych speców od rozpuszczania w sieci nieprawdziwych informacji, które sieją tyle zamętu i niejasności niemal na każdy temat. Nawet poważne instytucje potrafią nas wprowadzać często w błąd, co jest szczególnie dotkliwe. Kiedyś bowiem ludzie mieli więcej zaufania do słowa pisanego czy głoszonego na antenie radiowej czy w telewizyjnych programach informacyjnych, choć i w przeszłości zbyt wielu ludzi i zbyt często „mijało się z prawdą” – mówiąc delikatnie.

Już wczesną wiosną poważne instytucje meteorologiczne z amerykańskimi włącznie wieszczyły nam suszę tej wiosny i w czasie tego lata. Co prawda lato mamy zaledwie od wczoraj, ale wiosnę mieliśmy chłodną i ze sporymi – dzięki Bogu – opadami, zaś ostatnie wiadomości szczególnie z południa Polski mówią wręcz o lokalnych powodziach, podtopieniach, zalanych domach i polach. Nie wiemy oczywiście, czy lato ostatecznie nie przysmaży nas i jednak ta susza nastanie, ale wolelibyśmy mieć bardziej stabilną pogodę, a jak najmniej anomalii. Dawaliśmy wiarę wcześniejszym długoterminowym prognozom, które wieszczyły ogromną suszę w całej Europie. Póki co, one nie sprawdziły się, choć z drugiej strony współczuję bardzo tym ludziom, których domy zalała woda z wezbranych rzek, bądź mieli pozrywane dachy w wyniku działania pojawiających się oraz częściej trąb powietrznych.

Gorąca jak nigdy wcześniej kampania wyborcza, którą obecnie obserwujemy, obfituje w liczne badania opinii publicznej w kontekście preferencji wyborczych naszych rodaków. Wyniki tych sondaży są bardzo różne, często wzajemnie się wykluczają i znowu wielu ludzi zadaje sobie pytanie: To gdzie w końcu jest prawda? Które sondaże są obiektywne, a które zmanipulowane, bo wykonane na zlecenie określonych środowisk politycznych. Sami zresztą politycy i kandydaci startujący w tych ważnych wyborach również chcieliby być pewni tych badań, które są publikowane w różnych mediach niemal codziennie.

Kolejny strumień informacji i zapowiedzi płynie z ust kandydatów ubiegających się o najwyższy urząd w państwie, którzy składają liczne obietnice przedwyborcze mające zachęcić do głosowania na nich właśnie, a nie na ich konkurentów politycznych.  Które z tych obietnic są realne i wiarygodne, a które są zwyczajną „kiełbasą wyborczą”, o której nikt po wyborach nie będzie specjalnie pamiętał ani brał odpowiedzialności za ich realizację w praktyce? Znowu pytanie, na które nie ma obiektywnych odpowiedzi.

Gdzie jest prawda? Przecież potrzebujemy jej tak samo, jak poczucia bezpieczeństwa czy stabilizacji. Gdzie wiarygodność i prawdomówność ludzi, szczególnie tych, którzy chcą w naszym imieniu sprawować władzę i decydować o naszym losie w przyszłości? Mamy chyba prawo tego od nich oczekiwać. Podobnie jak od dziennikarzy, sędziów, autorytetów różnych dziedzin – od nich wszystkich oczekujemy prawdy i wiarygodności. Gdzie nam się one podziały – szczególnie w tym czasie, kiedy również na temat pandemii koronawirusa krąży tyle opinii i sądów wypowiadanych przez różnych i często bardzo utytułowanych ludzi. Mamy totalny bałagan informacyjny, setki spiskowych teorii dziejów, jak i zupełnie ignoranckich i bezmyślnych wręcz wypowiedzi. Gdzie jest prawda? – pytamy znowu jako ludzie zagubieni i zdezorientowani.

Kiedy patrzymy na ten problem z biblijnego punktu widzenia, to musimy stwierdzić, że „prawda jest w Jezusie”, który powiedział kiedyś: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem” (J 14,6). Tylko Pan Bóg i Jego Syn umiłowany Jezus Chrystus – mówią prawdę. Duch Święty jest nazwany Duchem prawdy” (J 14,17). Zaś w modlitwie arcykapłańskiej Jezus modlił się do swojego Niebiańskiego Ojca, mając na myśli apostołów oraz Jego naśladowców w kolejnych pokoleniach: „Poświęć ich do życia w prawdzie: Słowo Twoje jest prawdą” (J 17,17). Widzimy więc, że nasz Trójjedyny Bóg jest prawdą i kwintesencją prawdy, a Jego święte i natchnione Słowo Boże jest jej świadectwem, a jednocześnie wyzwaniem dla nas, żebyśmy kierowali się prawdą, mówili prawdę i postępowali zgodnie z nią.

Skoro prawdy tak bardzo brakuje w dzisiejszym, zeświecczonym świecie, niech jej nie zabraknie wśród chrześcijan, ludzi wierzących i oddanych Bogu, w którym zawsze mieszka prawda. Nie okłamujmy siebie nawzajem, bo kłamcy Królestwa Bożego nie odziedziczą.

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

W cieniu skrzydeł

W ostatnią niedzielę przyjechał do nas z Warszawy nasz najstarszy syn, który wracał od swoich teściów mieszkających w Kętrzynie i wraz z naszą synową i trzema naszymi wnuczkami a jego córkami znowu po drodze zawitał do naszego mieszkania. To zawsze miłe, kiedy nasze dorosłe dzieci z radością odwiedzają swoich rodziców, przywożąc ze sobą całe swoje rodziny. Sprawiają nam tym wielką radość, kiedy możemy pobyć razem, porozmawiać o ważnych sprawach i pocieszyć się naszymi wnuczkami.

A jeszcze zdawałoby się nie tak dawno nasi dwaj synowie i córka mieszkali z nami jako małe, a potem coraz większe dzieci. Byliśmy z nimi cały czas, troszcząc się i opiekując nimi oraz pomagając im rozwijać się pod każdym względem aż do osiągnięcia samodzielności. Wychowywaliśmy je w jak najlepszej wierze, troszczyliśmy się o ich edukację, a nade wszystko wskazywaliśmy im na Boga oraz na biblijne wartości ukazane w Piśmie Świętym.

Ten czas jednak nieuchronnie się skończył i każde z nich po kolei opuściło swój dom rodzinny, by rozpocząć własne życie, zakładając rodziny i podejmując życie już na własny rachunek. Pozwoliliśmy im na to mając świadomość, że taka już kolej rzeczy. Nie zapomnieliśmy bowiem tych chwil, kiedy jakby nie tak dawno sami opuszczaliśmy rodzinne pielesze i rozpoczynaliśmy własne, samodzielne życie. Na szczęście nie utraciliśmy więzi z naszymi rodzicami, to znaczy z moimi teściami a rodzicami żony, bo swoich rodziców już nie mam na tej ziemi od lat.

Kiedy w ostatnią niedzielę patrzyliśmy na nasze wnuczki, które jeszcze nie tak dawno były malutkie i pocieszne, a teraz stają się powoli dziewczętami i nastolatkami, zaś najstarsza to tegoroczna maturzystka, powiedziałem synowi, że „jego dni są policzone” i nie obejrzą się oboje z żoną, jak te ich ukochane córeczki zaczną po kolei opuszczać ich rodzinne gniazdo. To tylko kwestia czasu. Trzeba się będzie z tym pogodzić, choć nie będzie to dla naszego syna i synowej łatwe. Ale pocieszałem ich mówiąc, że znowu będą żyli jak po ślubie – tylko we dwoje! Inna rzecz, że trzeba będzie się tego nauczyć i na nowo odkryć uroki życia bez dzieci, bo one są nam dane tylko na pewien określony czas. W końcu i tak odejdą z domu, ale zawsze pozostaną naszymi dziećmi i naszą radością.

Po niedzielnym nabożeństwie w kościele rozmawiałem z młodym małżeństwem, któremu jako pastor udzielałem ślubu niespełna rok temu. Wkrótce po założeniu rodziny oboje wyjechali ze Szczytna i rozpoczęli wspólne życie w innym mieście naszego regionu. Zapytałem, jak im się powodzi, a oni odpowiedzieli, że co prawda mieszkają przy rodzicach, ale oczekują z utęsknieniem na własne mieszkanie, które aktualnie się buduje. „Dobrze nam się mieszka przy rodzicach, ale już chcielibyśmy być na swoim, żyć i mieszkać zupełnie samodzielnie” – powiedzieli. To oczywiste i naturalne – życzyłem im więc cierpliwości na te kilka miesięcy przed nimi oraz radości z własnego gniazdka, które uwiją sobie w swoim własnym mieszkaniu.

Nie jest bowiem dobrze, zdrowo i właściwie, kiedy młodzi, ale już dorośli ludzie, nadal i zbyt długo żyją pod tzw. „skrzydełkami swojej mamusi”. Współczesne statystyki wskazują na to, że istnieje dość spory procent młodych mężczyzn i kobiet, którzy nadal żyją ze swoimi rodzicami i nie kwapią się do założenia własnej rodziny oraz wzięcia pełnej odpowiedzialności za swoje dorosłe już życie. Brak im odwagi, dojrzałości oraz zrozumienia, że to oni teraz powinni pomyśleć o wspieraniu starzejących się rodziców, a nie przedłużającym się życiu na ich koszt, co jest wygodne, ale niewłaściwe i krzywdzące naszych rodziców lub dziadków.

O wiele częściej jednak coraz młodsi ludzie, właściwie jeszcze dzieci,  chcą być samodzielni i dorośli. Choć brakuje im poczucia odpowiedzialności, ponieważ do takiego życia nie są jeszcze należycie przygotowani, chcą jak najszybciej uciec spod skrzydełek swojej mamusi i tatusia. Dość często kończy się to gorzkimi błędami, moralnymi upadkami, uzależnieniem lub depresją. Poobijani wracają wtedy do swoich rodziców, choć wstyd i trudność przyznania się do swojej niefrasobliwości i samowoli czasem i na te powroty nie pozwalają. Wtedy jest jeszcze gorzej i trudniej pozbierać się życiowo takim młodym „dorosłym”.

Kiedy jednak patrzymy na duchową sferę naszego życia, to wtedy dostrzegamy w młodych ludziach silną tendencję do uciekania spod skrzydeł Bożej opieki i podejmowanie życia na własny rachunek bez żadnych zahamowań i ograniczeń. Młodzi ludzie bardzo szybko przestają się liczyć z Bożymi przykazaniami i wymogami życia chrześcijańskiego. Postanawiają iść własną drogą – bez Boga i bez liczenia się z Jego opiniami i radami.

Tymczasem szczególnie w Księdze Psalmów pojawia się często motyw będący zachętą do życia i chronienia się pod skrzydłami Pana Boga. Oto czytamy: „Ukryj mnie w cieniu swoich skrzydeł” – woła do Boga psalmista Dawid (Ps 17,8b) i dodaje, że dzięki łasce okazywanej nam przez Boga ludzie mogą się chronić w cieniu Jego skrzydeł (Ps 36,8), aż przeminie nieszczęście (Ps 57,2b). A ponieważ przy Bogu możemy się czuć bezpieczni i chronieni, więc psalmista powiada o Stwórcy: „On okryje cię swoimi piórami, pod swymi skrzydłami zapewni schronienie” (Ps 91,4a). Dlatego też psalmista dodaje, że w cieniu Bożych skrzydeł będzie śpiewał również pieśni radości (Ps 63,8).

Tak więc dobrze jest, kiedy młody człowiek dorasta, przestaje być dzieckiem i ucieka „spod skrzydełek swojej mamusi”. W sensie duchowym jednak jest inaczej i lepiej będzie, jeśli pozostaniemy nadal dziećmi Boga, a spod Jego skrzydeł nigdy nie będziemy chcieli uciekać!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Egzamin dojrzałości


Matura – znowu i jak zawsze, choć w tym roku jednak inna i wyjątkowa. Po pierwsze – odbywa się w czerwcu i dokładnie dzisiaj się zaczęła, a więc później niż zwykle. Po drugie – nie będzie w tym roku egzaminów ustnych, a po trzecie – skoro o ustach mowa, nasi tegoroczni maturzyści musieli pojawić się na egzaminie dojrzałości wyposażeni w maseczki. To coś nowego i niespotykanego dotychczas. Sorry, takie mamy obostrzenia.

Mimo, że od mojej matury minęły wieki, wciąż pamiętam te egzaminy z języka polskiego, matematyki i historii, które zaliczyłem powyżej moich oczekiwań i możliwości. Używam świadomie słowa „powyżej”, ponieważ muszę wyznać z dumą, że choć humanista mam na świadectwie maturalnym czwórkę z matematyki, co mi się wcześniej nie zdarzało. Pewnie ktoś zacznie mnie podejrzewać, że ściągałem, ale mój matematyczny sukces zawdzięczam koleżance z liceum, która maglowała mnie z tego przedmiotu przez całą klasę maturalną. Dlatego też – jak każdy zdolny leń – w końcu zrozumiałem tę dziedzinę, a na egzaminie ustnym odpowiadałem z taką swobodą, że obecny w komisji dyrektor szkoły znający mnie jako „cienkiego bolka” z przedmiotów ścisłych, nie mógł wyjść z podziwu, by nie powiedzieć osłupienia.

Tak więc swoją maturę wspominam bardzo miło, tym bardziej, że potem z takim świadectwem mogłem dostać się na studia, co wiązało się oczywiście z dodatkowymi egzaminami wstępnymi, a potem długim oczekiwaniem na wyniki. Udało się przez te wszystkie stresy przejść zwycięsko i tak oto osiągnąłem dojrzałość (?!). Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, bo wcześniej moja babcia Zofia mawiała, że kiedy jej wnusio Andrusia będzie miał osiemnaście lat, to wtedy zmądrzeje. Zajęło mi to trochę więcej czasu niż myślałem na początku, ale trzeba było wejść w dorosłość i wyjeżdżając z domu wziąć życie za bary, a przy tym również odpowiedzialność za swoje świadome czyny i wybory.

Minęło trochę lat i przyszło nam jako rodzicom zdawać z żoną matury naszych synów i córki, które z nie mniejszym strachem zaliczyliśmy jednak pomyślnie. Dziś oni sami są już dostatecznie dorośli i mądrzy, by uznać, że osiągnęli dojrzałość i życiową mądrość. Czy dojście do dojrzałości zajęło im mniej czasu niż mnie? – nie jestem w stanie odpowiedzieć. Ważne, że od jakiegoś czasu gadają coraz bardziej do rzeczy, a nawet coraz częściej mówimy jednym głosem! Alleluja – warto było cierpliwie na to czekać!

Dziś mój najstarszy syn zdaje – razem z nami zresztą – maturę swojej własnej córki. Ma pewnie nadzieję, że jej pójdzie bardziej gładko niż jemu przed laty, choć historia jego przygotowań do matury to odmienna i długa historia. Kiedy jednak pomyślę, że moja najstarsza wnuczka za chwilę będzie w wieku pomaturalnym, to nieuchronnie nachodzi mnie myśl, że chyba już taki młody nie jestem, jak mi się często wydaje. Niech więc powiedzie się jej na tych egzaminach i niech idzie w dorosłość mądra i coraz bardziej dojrzała. Łatwo nie będzie, bo czasy mamy wredne i niespokojne.

W tym kontekście rodzi się pytanie: kiedy właściwie człowiek staje się dojrzały? Wtedy, kiedy kończy osiemnaście lat, wyrabia sobie dowód osobisty i osiąga pełną zdolność do czynności prawnych – jak mawiają prawnicy? A może dopiero wtedy, kiedy zda pomyślnie egzamin dojrzałości, co, jak sama nazwa wskazuje, daję ten upragniony bilet wstępu do dorosłości?

Obserwując życie i historie różnych ludzi możemy stwierdzić, że bardzo trudno jest odpowiedzieć na to pytanie. Dzieje się bowiem tak, że niektórzy osiągają tę dojrzałość wcześniej, a inni później. Są też i tacy, którzy nie osiągają jej nigdy, bo są nieudacznikami życiowymi, żyją beztrosko i za cudze pieniądze, są lekkoduchami i ludźmi nieodpowiedzialnymi. Nie chcą się uczyć na cudzych błędach, nie uczą się zresztą niczego, bo sami wiedzą najlepiej, a swoje prymitywne często poglądy uporczywie narzucają innym. Takie duże dzieci – powiadamy często.

Myślę, że podobnie jest w życiu duchowym chrześcijanina. Jedni z nas robią widoczne postępy duchowe, rozwijają się, dojrzewają i dorośleją w swojej relacji z Bogiem oraz w praktykowanej na co dzień pobożności. Inni zaś są bardzo słabi duchowo, niedojrzali, prymitywni w postrzeganiu Boga i siebie samego. Nie inwestują w swój duchowy rozwój i są również takimi dużymi, duchowymi dziećmi.

Takie zjawisko istniało zawsze wśród chrześcijan, skoro autor nowotestamentowego Listu do Hebrajczyków napisał do adresatów, że oni powinni być już nauczycielami dla innych, a tymczasem są ciągle jeszcze niemowlętami w wierze i potrzebują duchowego mleka, czyli uczenia ich podstawowych zasad wiary. Nadal nie potrafili pójść dalej i wyżej w swojej duchowości (zob. Hbr 5,11-14). Dlaczego byli tak niedojrzali w wierze? Otóż dlatego, że byli „ociężali w słuchaniu” (w. 11). Prosta odpowiedź i jakże trafna diagnoza.

Kiedy młody człowiek – uczeń czy student – nie słucha swoich nauczycieli i profesorów, nie przykłada się do nauki i lekceważy sobie wszystko oraz wszystkich, wtedy staje się niedojrzały i nieporadny życiowo, co kończy się wieloma błędami, porażkami i kłopotami w życiu. Podobnie w życiu duchowym: kiedy ktoś nie słucha Boga, lekceważy Jego natchnione Słowo, nie bierze sobie do serca kazań, napomnień i nauki słyszanej w kościele czy w domu, wtedy staje się duchowo niedojrzały, nieporadny i zeświecczały. Nadal pozostaje niedorozwiniętym duchowym kaleką, który ciągle upada, powtarza grzechy, jest zniewolony przez różne uzależnienia, ulega pokusom i boleśnie upada. Nie bądźmy zatem duchowymi niemowlętami, ale dążmy do duchowej dojrzałości, bo bez niej zginiemy wcześniej czy później! Oby tak się nie stało!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Dzień Dziecka


Zabrałem się do pisania tego felietonu jak zwykle w poniedziałek, a jest on dniem szczególnym, bo to 1 czerwca, czyli Dzień Dziecka. Każdy z nas ma zapewne różne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to nasi rodzice urządzali nam to święto na miarę swoich sił i możliwości finansowych. Ci bardziej usytuowani dawali swoim pociechom dość drogie prezenty, ci skromniej żyjący zabierali dzieci na wycieczki, na lody czy po prostu kupowali dużą michę truskawek, którymi zajadaliśmy się w tym szczególnym dniu.

Miłe to święto, bo nam rodzicom przypomina ono o przywileju rodzicielstwa – ojcostwa i macierzyństwa oraz o szczęściu posiadania własnych dzieci, co nie jest dla wszystkich takie oczywiste. A jeśli jeszcze do tego one chowały się zdrowo i wyrosły na przyzwoitych ludzi, to tylko dalej się cieszyć i choć dzisiaj to „stare konie” albo dojrzałe kobiety, to dla nas zawsze pozostaną naszymi synkami i córeczkami. Jeśli oczywiście nadal pielęgnujemy z nimi dobre relacje i łączy nas więź rodzinnej miłości oraz obustronnego szacunku. Nie wszyscy tak mają, niestety. Ale miłość do własnych dzieci jest czymś pięknym i szlachetnym – mimo wszystko!

Kiedy obserwuję życie albo niektóre filmowe historie, dość często pojawia się w nich wątek zerwanych albo bardzo chorych relacji pomiędzy rodzicami i ich dorosłymi już dziećmi. Bolesne, a czasem wręcz traumatyczne przeżycia albo ewidentne zaniedbania rodzicielskie pozostają w sercach dorosłych już ludzi jako wciąż nie zabliźnione rany i emocjonalne „dziury”, które nie sposób niczym wypełnić. Kiedy więc – czasem po latach – te relacje zostają uleczone, choć to nie jest takie łatwe i proste, wtedy zarówno rodzice jak również ich dorosłe dzieci doświadczają uwolnienia, emocjonalnego uzdrowienia. Wtedy jedni i drudzy pragną nadrobić stracony czas.

Dobrze, jeżeli tego czasu jeszcze trochę mają, bo niekiedy zdarza się i tak, że ludzie nie potrafią sobie wybaczyć, a dzieci emocjonalnie i geograficznie od swoich rodziców, pojawiają się dopiero na pogrzebie swojego ojca lub matki, z gorzkim wyrzutem, że teraz jest już za późno na jednanie i naprawę. Współczuję zawsze takim ludziom. Dlatego też śpieszmy się kochać ludzi, a szczególnie swoich rodziców lub swoje dzieci, bo ani my rodzice nie jesteśmy doskonali, ani też nasze dzieci takie nie są. Tu potrzeba miłości pomimo wszystko, bo tylko taka miłość jest dojrzała, odpowiedzialna i zdolna do najwyższych poświęceń.

Powyższe dywagacje prowadzą mnie do rozmyślań nad relacją nas, dorosłych ludzi, z Panem Bogiem. Przecież w sensie bardzo ogólnym – wszyscy jesteśmy Jego dziećmi. To przecież On nas stworzył dla siebie i zachęca nas, abyśmy traktowali Go jako naszego Niebiańskiego Ojca, skoro w Modlitwie Pańskiej możemy do Niego wołać: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie”. Takiej relacji nie zbudujemy jednak na bazie rodzinnych tradycji religijnych, czy wręcz braku znajomości tegoż Ojca. A możemy Go przecież poznawać w Słowie Bożym, rozumiejąc Jego przykazania i doświadczać osobiście Jego działania w naszym życiu, o ile tym przykazaniom jesteśmy posłuszni. Nie z obowiązku lub strachu, lecz z miłości do swojego Ojca.

Jeśli więc zrywamy kontakty z Bogiem niekiedy na długie lata swojego życia, jak to się dzieje czasami w naszych rodzinach, kiedy dzieci wychodzą z domu rodzinnego i rozpoczynają życie na własny rachunek, to niestety nie poznajemy naszego Stwórcy i nie doświadczamy Jego obecności w naszym życiu. Stajemy się wtedy marnotrawnymi synami i córkami Boga Ojca, którego wyrzekamy się i usuwamy ze swojego życia. Wtedy – nie zdając sobie z tego sprawy – stajemy się w końcu dziećmi kogoś zupełnie innego. Nie muszę chyba wyjaśniać, kogo mam tutaj na myśli. Jeśli jednak ktoś nie wie, niech zajrzy do 1 Listu Ap. Jana 3,10 – macie przecież Pismo Święte w swoich domach.

Ale kto właściwie jest dzieckiem Boga i co o tym świadczy? – może ktoś zapyta. Są dwie proste definicje dziecka Bożego w Piśmie Świętym. Oto pierwsza z nich: „Tym wszystkim, którzy Go [tzn. Jezusa Chrystusa] przyjęli, dał przywilej stania się dziećmi Boga – tym, którzy wierzą w Jego imię” (Ew. Jana 1,12). A druga definicja brzmi następująco: „Bo wszyscy, których prowadzi Duch Boży, są dziećmi Boga” (Rzym 8,14). Tak więc istnieją dwa duchowe wyróżniki dzieci Boga: ich osobista i świadoma wiara albo zawierzenie Bogu Ojcu za sprawą Ducha Świętego, który ich prowadzi w codziennym życiu. Oto prawdziwy obraz Bożych dzieci – Jego synów i córek. Zaliczamy się do nich? Należysz do rodziny Bożych dzieci? To ważne pytanie!

Czasem dorosłe dzieci uświadamiają sobie, że zerwane na wiele lat relacje z ojcem lub matką były ich niepowetowaną stratą i nieszczęściem. Czasem ta świadomość przychodzi za późno, a czasem nie zdarza się wcale. Podobnie może się dziać w naszej relacji z Bogiem Ojcem. Bo o ile ziemscy ojcowie czy matki czasami niektórych z nas boleśnie zranili i zawiedli, o tyle nasz Niebiański Ojciec nigdy tego nie czyni. Jeśli więc te relacje z Nim są zerwane, to z pewnością z naszego powodu. Masz jednak czas, by je naprawić, byle tylko nie było za późno.

Wszystkim dzieciom – tym małym i tym dorosłym – składam spóźnione nieco, ale serdeczne życzenia, by kochali swoich rodziców, a my rodzice – ich. Zaś wszystkim, małym i dużym, życzę z całego serca w Dniu Dziecka, abyśmy byli również prawdziwymi dziećmi Boga – najwspanialszego Ojca!

pastor Andrzej Seweryn

                                                                                                          (andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Głosić warto i trzeba


Dziś odwiedziłem mojego kolegę po fachu – pastora baptystycznego pracującego od lat w naszym kościele w Katowicach. Odżyły wspomnienia wspólnych przeżyć sprzed lat, a także pracy jego ojca – również wieloletniego pastora, który należał w przeszłości do liderów powojennego Kościoła Baptystycznego w Polsce.

Ten pastor- senior nie żyje już od kilku lat, a ja pamiętam jego poczucie humoru i dystans do siebie, który pozwolił mu dożyć sędziwych lat. Miałem przywilej uczestniczyć w uroczystości jubileuszowej 70-lecia jego urodzin, a było to w 1999 roku, choć pierwszy raz zobaczyłem go na własne oczy, kiedy przyjechał do mojego rodzinnego zboru baptystycznego w Chełmie i przez kilka wieczorów głosił nam Słowo Boże. Poza tym zagrał nam na gitarze i nauczył nowej pieśni chrześcijańskiej, co w latach 60. ubiegłego wieku było swoistym ewenementem.

Należał do grona cenionych ewangelistów, czyli kaznodziejów Słowa Bożego, którzy mieli dar przekazywania prawd Bożych ludziom poszukującym prawdy i relacji z Bogiem. Dziś jego syn, również pastor, pokazał mi niewielką kartkę z zapisanym drobnymi literami konspektem jednego z kazań swojego ojca wraz z adnotacjami miejsc, w których on to kazanie głosił. A czynił to przez całe dekady. Ilu ludzi doprowadził do Boga, ilu wierzących pocieszył, jak wielu ostrzegł przed konsekwencjami życia bez Boga? Trudno powiedzieć. Bo tak to już jest w naszym pastorskim życiu, że owoce naszej kaznodziejskiej i duszpasterskiej pracy będziemy mogli oglądać dopiero w wieczności.

Dziś też mój przyjaciel w służbie kościelnej skorzystał z okazji, by zaprosić mnie do nagrania kazania na Dzień Zesłania Ducha Świętego, który będziemy obchodzić w ostatnią niedzielę maja i to nagranie ukaże się na stronie zboru katowickiego kościoła baptystycznego. To był dla mnie przywilej głosić Słowo Boże, które pójdzie w „internetowy eter” i zapewne dotrze do wielu ludzi. Jaki będzie tego skutek i jaki będzie owoc duchowy tego kazania? Tylko Pan Bóg to wie.

A tak przy okazji tego święta, które jest przed nami, pewnie pamiętamy, że w Dzień Zielonych Świąt apostoł Piotr – natchniony przez Ducha Świętego – wygłosił płomienne kazanie i 3 tysiące osób nawróciło się do Jezusa, uznając go za Mesjasza i osobistego Zbawiciela (Dz. Ap. 2,41). Dziś natomiast, używając hiperboli, trzeba wygłosić trzy tysiące kazań, aby w końcu jeden człowiek się nawrócił. Takie czasy i tacy ludzie…

Czasem więc nachodzi nas, pastorów, pytanie o sens naszej żmudnej pracy nad ludźmi i ich duchowością. Czy biorą sobie do serca to, co głosimy im ze Słowa Bożego? Jakie to ma dla nich znaczenie i wartość? Może dzisiaj, w obliczu pandemii, ludzie trochę chętniej i uważniej słuchają tego, co Pan Bóg ma im do powiedzenia, ale obostrzenia wciąż nie pozwalają nam wszystkim spotykać  się w kościele na nabożeństwach. Nie potrafię więc obiektywnie ocenić, czy dzisiaj i jutro ludzie będą bardziej otwarci na głoszone im prawdy Boże, niż to było dotychczas. Tak chciałoby się widzieć więcej i więcej owoców naszej duszpasterskiej pracy.

Gdy tak sobie rozmyślałem nad służbą kościelną naszych poprzedników oraz naszą dzisiaj, podeszła do mnie kobieta w moim mniej więcej wieku, która jest od lat członkinią katowickiej wspólnoty baptystów. Ku mojemu miłemu zresztą zaskoczeniu powiedziała do mnie tak: Miło mi spotkać pastora po latach. Pamiętam bowiem, jak w 1983 roku był pastor na ewangelizacji w naszym katowickim zborze i po jednym z kazań, które wtedy wygłosiłeś nawróciłam się do Boga. Jakież to było miłe i budujące dla mnie i dla jej pastora, a mojego przyjaciela. Obaj byliśmy wzruszeni tym przykładem, że głoszone Słowo Boże nie wraca do Boga puste, lecz wykonuje swoją pracę i działa na rzecz zbawienia tych, którzy tego zbawienia pragną i poszukują łaski pojednania z Bogiem.

To przypomniało mi inny fakt sprzed lat, kiedy byłem gościem i przemawiałem w innym zborze baptystycznym w Polsce. Po skończonym nabożeństwie podszedł do mnie młody człowiek i powiedział mi coś takiego: Miło mi wreszcie spotkać pastora osobiście, bo dotychczas słyszałem pastora głos w czasie radiowych nabożeństw naszego Kościoła. Pamiętam szczególnie kazanie z lipca tego roku. I tu podał mi temat tego kazania i jego główne przesłanie, po czym dodał: I właśnie ja po tym kazaniu powierzyłem swoje życie Bogu. Nawróciłem się – dziękuję pastorowi za głoszone wtedy Słowo Boże, dzięki któremu doznałem Bożej łaski przebaczenia grzechów i zbawienia.

Warto więc trudzić się dla dobra duchowego innych. To jest nasze powołanie, które winniśmy wykonywać z pasją, umiłowaniem Boga i ogromnym szacunkiem do Jego Słowa, które ma moc przekonać, przeobrazić ludzkie życie i nadać mu wieczną wartość. Dlatego zawsze dziękuję za wszystkich słuchaczy moich kazań – tych w kościele, jak również tych, którzy słuchają ich w Internecie. Miałem taki przywilej, głosząc ewangelię w ostatnią niedzielę w zborze warszawskim. Tę samą radość czułem, nagrywając dziś kazanie w Katowicach i z taką samą radością będę służył moim braciom i siostrom w naszym Zborze w Szczytnie w najbliższą niedzielę. Oby było jak najwięcej duchowych owoców i błogosławionych skutków tej służby w życiu moich słuchaczy, ale najbardziej zależy mi na tym, by moja praca i głoszenie Dobrej Nowiny przyniosły chwałę Bogu i Jezusowi – mojemu Panu i Zbawicielowi!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Epoka lodowcowa

E

Nie ma wątpliwości, że wszyscy jesteśmy już bardzo zmęczeni nienormalnością, która się przedłuża, choć zapowiadane są dalsze, ostrożne poluzowania obostrzeń nałożonych na nas przez rządzących. O ich decyzjach usłyszymy pewnie lada dzień. Oby przywracały normalność, za którą już bardzo tęsknimy, choć z drugiej strony mamy poważne wątpliwości, czy ta normalność powróci do nas na dobre, czy też nasz świat i styl życia zmieni się jednak nieodwracalnie i bezpowrotnie.

Kiedy widzę czasem obrazy z filmów czy innych materiałów reporterskich sprzed pandemii, to reaguję dziwnie i z zaskoczeniem, kiedy oglądam tłumy ludzi na ulicach, plażach, w parkach, czy siedzących blisko siebie przy kawiarnianych stolikach, wszak przez ostatnie miesiące odwykliśmy od tego. Miejsca publiczne tak wyraźnie się wyludniły, że czasami wręcz opustoszały. Te ostatnie obrazy zieją pustką, emocjonalnym chłodem, a opustoszałe ulice i lotniska wyglądają jak kadry z amerykańskich filmów katastroficznych.

Świat bez ludzi, bez bliskich i bezpośrednich kontaktów międzyludzkich jest martwy i obcy. Narzekaliśmy ostatnimi czasy na to, że zatraciliśmy się w wirtualnych kontaktach, a zaniedbaliśmy osobiste spotkania, bezpośrednie rozmowy i wspólne chwile wypoczynku lub relaksu. Nie przypuszczaliśmy w najgorszych przewidywaniach, że pandemiczne realia zgotują nam jeszcze większy dystans między nami i odepchną nas od siebie. Czy na zawsze, czy tylko na jakiś czas?

Nawet w kolejkach na pocztę czy do sklepu stoimy oddaleni od siebie, odzwyczajamy się od podawania rąk na powitanie, o młodzieżowych „hagach” już chyba zapomnieliśmy. Jeśli takie nowe zachowania utrwalą się w nas, będziemy od siebie oddaleni jeszcze bardziej – zarówno fizycznie jak i emocjonalnie, w tym także duchowo, co mnie najbardziej interesuje. Będziemy bać się siebie, okazywanej bliskości czy objawów zwyczajnej ludzkiej życzliwości i sympatii. Czy grozi nam więc swoista „epoka lodowcowa”, w której będziemy oziębli, zdystansowani do siebie, będziemy omijać się z daleka, a jeśli ktoś w pobliżu nas kaszlnie lub kichnie, będziemy go obchodzić łukiem, a najlepiej będziemy przechodzić na drugą stronę ulicy? To byłoby straszne.

Kiedy na niebie po dłuższej przerwie pojawiły się pierwsze, przelatujące nad naszymi głowami samoloty, pomyślałem przez chwilę, że może jeszcze i to niedługo będzie normalnie, a i nasze najbliższe lotnisko w Szymanach też w końcu ożyje, ludzie będą mogli polecieć w świat, albo choćby do Krakowa – królewskiego miasta przecież. Mam tam teraz nie tylko brata, ale i córkę! Chciałoby się do nich znowu polecieć! Tak normalnie, bez żadnych przeszkód. Na wakacje też, ale czy tylko ewentualnie na Węgry lub na Słowację – jak prognozują ludzie odpowiedzialni za turystykę?

Czekamy również niecierpliwie na normalność w naszych kościołach. Posłuszni zaleceniom władz staramy się zachowywać w kościele według obowiązujących reguł. Mając na uwadze ograniczenia liczby uczestników nabożeństw, w ostatnie dwie niedziele zorganizowaliśmy po dwa nabożeństwa po kolei, by choć część naszych wyznawców mogła bezpośrednio uczestniczyć w nabożeństwie, które zresztą nagrywamy i umieszczamy potem na Facebook’u i na naszej stronie internetowej. Dziwnie się jednak czujemy siedząc w ławkach kościelnych z zasłoniętymi twarzami, zachowując stosowny dystans od siebie, który jednak stoi w jaskrawej sprzeczności z ideą duchowej wspólnoty i bliskości, której doświadczamy w sposób szczególny właśnie w kościele.

Sytuacja, jaką obecnie przeżywamy, jest bardzo dotkliwa szczególnie w kościołach, bo przecież w takich trudniejszych doświadczeniach ludzie jeszcze bardziej potrzebują Boga, pociechy i zachęty do wiary i wytrwałości. Tymczasem jako duszpasterze nie możemy swobodnie zaspokoić potrzeb naszych duchowych sióstr i braci, bo nie możemy być wszyscy razem, blisko siebie, nie możemy spędzać czasu wspólnie w naszej zborowej kawiarence, rozmawiając ze sobą o naszych codziennych troskach i bolączkach, siedząc obok siebie – ramię w ramię.

Jest to tym bardziej dziwne, że otworzyły się sklepy, powoli życie wraca do galerii handlowych, coraz więcej ludzi na ulicach i w parkach, a życie kościelne, albo lepiej mówiąc – duchowe w kościele – jest nadal mocno skrępowane i pozbawione elementów wspólnotowych, co doskwiera nam wszystkim i to bardzo. Modlimy się więc o mądrość dla ludzi odpowiedzialnych za stan zdrowotny naszego społeczeństwa, by podejmowali decyzje słuszne, racjonalne, zgodne z rzetelną wiedzą, ale i zdrowym rozsądkiem i żeby ta pandemia, która zabija ciała ludzkie, nie zabijała w nas ducha, naszej duchowości i chrześcijańskiej wspólnoty, której zwykle doświadczamy właśnie i przede wszystkim w kościele.

Modlimy się więc do Boga prosząc Go, by wróciła normalność do naszych domów, do naszych miejsc pracy, do szkół i miejsc publicznych, ale także do naszych kościelnych realiów, byśmy znowu i bez przeszkód przychodzili wszyscy do domu Bożego i oddawali Mu chwałę za zdrowie, ochronę i siły, których nadal potrzebujemy. Dość tej epoki lodowcowej – czas na odwilż! Wyprośmy ją u Pana naszych losów!

pastor Andrzej Seweryn

 (andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Pobyć trochę na pustyni


Czytając ostatnio książkę J.D. Watsona pt. „Słowa hebrajskie na każdy dzień roku. Inspiracje ze Starego Testamentu”, poznałem bliżej słowo „pustynia” (hbr.  mitbar), które występuje w Starym Testamencie prawie 250 razy i oznacza: bezwodną pustynię, odludny obszar, pustkowie, rozległe odludne pastwiska. Istnieje również przenośne, symboliczne znaczenie słowa „mitbar” (pustyni) jako miejsca albo czasu próby i doświadczenia w życiu człowieka.

To słowo w Biblii kojarzone jest z czterdziestoletnią wędrówką narodu wybranego przez pustynię do ziemi obiecanej, która jest opisana aż w czterech księgach: Wyjścia, Kapłańskiej, Liczb oraz Powtórzonego Prawa. Czytelnicy Pisma Świętego z pewnością pamiętają, że ta wieloletnia tułaczka po pustyni była konieczna, by rozprawić się z pokoleniem ludzi powyżej 20. roku życia za ich niewierność i odwrócenie się od Boga, a także by ukształtować i wychować nowe pokolenie tych, którzy pod wodzą następcy Mojżesza – Jozuego weszli w końcu do ziemi obiecanej!

Czytając inne fragmenty Biblii możemy dostrzec bez trudu, że Pan Bóg często kształtował mężów wiary właśnie na pustyni lub na pustkowiu, w odosobnieniu, by mieli czas na zbliżenie się do Stwórcy oraz przygotowanie się do wielkich zadań zlecanych im przez samego Boga. Tak działo się w przypadku króla Dawida w odosobnieniu, na pustyni, gdzie doświadczał wyciszenia przed Bogiem. W jednym ze swoich psalmów napisał takie słowa: „Gdyby tak ktoś mi dał skrzydła gołębia, uleciałbym i odpoczął (…). Osiadł gdzieś na pustyni” (Ps 55,7-8).

Jeszcze wcześniej sam Mojżesz spędził na pustkowiu aż 40 lat, pasąc trzodę teścia Jetra (Wj 3,1), zanim Bóg powołał go do przewodzenia narodowi w czasie wyjścia z Egiptu i 40-letniej wędrówki po pustyni. Również Jan Chrzciciel przebywał i głosił na Pustyni Judzkiej – był głosem wołającym na pustkowiu (Mt 3,1-3). Wreszcie i sam Pan Jezus spędził 40 dni na wyżynnym pustkowiu, gdzie pościł i był poddany próbie przez diabła (Mt 4,1-2), często też modlił się na ustronnych miejscach (Łk 5,16).

Dlaczego piszę o tym w dzisiejszym felietonie. Otóż uważam, że i my potrzebujemy czasem „pustyni” w sensie metaforycznym jako testu naszego charakteru. Chodzi tu bowiem o to, by uciec od zgiełku tego świata, by wyciszyć się przed Bogiem, by odpocząć fizycznie, emocjonalnie i duchowo, by wreszcie przemyśleć wiele ważnych spraw, radząc się swojego Pana i Zbawiciela.

Trzeba nam jako chrześcijanom pozytywnie zaliczyć ten „test pustyni”, by potem móc wejść do „ziemi obiecanej”, czyli innymi słowy pozbierać się i wyjść na prostą w swoim często zagmatwanym i pokrzywionym życiu. Warto więc przy tej okazji zadać sobie pytanie: Kiedy ostatnio miałem czas odosobnienia, wyciszenia, rozmyślań i szczerej rozmowy tylko z Bogiem?

Ostatnio spotkałem człowieka, który od ponad 20 lat ma własny warsztat i ciężko w nim pracuje na siebie i swoją rodzinę. Powiedział mi jednak, że już nie pamięta, kiedy miał z rodziną prawdziwy urlop. To oznacza, że nie miał również okazji na wyciszenie i odosobnienie, by być sam na sam z Bogiem. Tymczasem Pan Bóg dał nam ostatnio dużo czasu – swoistej „pustyni”, przez którą trzeba przejść i przetrwać ten niewygodny i trudny dla nas wszystkich czas, by w końcu wrócić do normalności, za którą wszyscy przecież tęsknimy.

Ten okres może stać się dla nas czasem udręki, buntu, zwątpienia, depresji, co może prowadzić do śmierci – dosłownej lub duchowej! Tak było z pokoleniem Izraelitów od 20. roku wzwyż, których ciała zasłały pustynię! Nie doszli do Ziemi Obiecanej. Może to być jednak czas wyciszenia, swoistego testu naszej wiary, zaufania do Boga, posłuszeństwa Jego nakazom i przykazaniom oraz niezłomnego i silnego przekonania, że On nas przez ten trudny czas przeprowadzi, wyprowadzi, a następnie zaprowadzi do lepszej, wiecznej przyszłości.

A oto ważny cytat z książki, o której wspomniałem na początku: „Drogi Przyjacielu. Wierz mi, że jeśli nawet mieszkasz w milionowym mieście, i tak żyjesz na pustyni, która zwie się światem. Twoja wiara będzie poddawana próbom i doświadczana każdego dnia. Zrozum, że Bóg używa tych prób i doświadczeń, aby przygotować cię do standardów swojego Królestwa, gdyż Jemu zależy na tobie”.

Jak wygląda nasz czas w czasie kwarantanny domowej? Czy jest to czas wyciszenia i głębszych przemyśleń o swoim życiu oraz bliższej niż dotychczas więzi z Bogiem? Czy w naszym domu panuje cisza, czy też telewizor lub komputer gra głośno i bez ustanku, przerywany naszymi emocjonalnymi dialogami lub wręcz kłótniami z powodu tego czasu nie do zniesienia?

Czy na tej „pustyni” chcę umrzeć ze strachu i beznadziei, czy też mam w swoim sercu ducha Jozuego i Kaleba, którzy zaufali Bogu i razem z nowym pokoleniem weszli do ziemi obiecanej: ziemi pięknej i bogatej, miodem i mlekiem płynącej! A skoro już mówimy o tym, to warto byłoby zapytać: Gdzie jest twoja ziemia obiecana? Tu, na ziemi – czy tam, w górze? „Nasza zaś ojczyzna jest w niebie” (Fil 3,20) – pisał apostoł Paweł. „Uważaj więc, abyś nie zapomniał o Panu, twoim Bogu” (Pwt 8,11a).

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

„Fejsbukowe” towarzystwo

Jeszcze nie tak dawno krążył po sieci taki sobie żart, że ktoś miał na Facebook’u setki znajomych, ale kiedy umarł, na jego pogrzeb przyszło tylko kilka osób. W ten sposób starano się zdyskredytować zamiłowanie niektórych rekordzistów, którzy chcieli mieć na swoim profilu jak najwięcej tzw. znajomych. Określenie „znajomy” zdewaluowało się, bo nie dotyczyło już tylko tych, których rzeczywiście znamy bliżej, albo przyjaźnimy się ze sobą, lecz włączyło wielu nieznajomych i przypadkowych ludzi, których bezrefleksyjnie zaczęli niektórzy dołączać do listy swojego „fejsbukowego” towarzystwa.

Już jakiś czas temu, kiedy jeszcze nie istniałem na tym profilu, mój syn stwierdził, że kogo nie ma na Facebook’u, ten nie istnieje. Pewnego więc dnia postanowiłem zaistnieć, by nie pójść w zapomnienie. Do grona swoich znajomych starałem się więc zapraszać jedynie tych, których znam trochę bliżej i lepiej, natomiast odrzucałem propozycje zawiązania znajomości z tymi, których nazwiska i imiona nie mówiły mi nic lub bardzo niewiele. Byłem więc bardzo powściągliwy w rozszerzaniu listy moich znajomych, by nie doświadczyć takiego zaskoczenia, że na mój pogrzeb przyjdzie zaledwie kilka osób…

Żarty żartami, ale obecnie zostaliśmy pozamykani w swoich domach i zauważyłem ostatnio, że zdecydowanie więcej osób zaproponowało mi znajomość na Facebook’u, niż to było dotychczas. Widocznie brak ludziom tych kontaktów, więc wszelkimi sposobami chcą się komunikować z innymi. Ale dlaczego ze mną właśnie? Może dlatego – pomyślałem – że wielu zna mnie jako długoletniego pastora, ewangelistę czy nauczyciela Słowa Bożego i w okresie, który przeżywamy, może potrzebują kontaktu ze mną, z moimi kazaniami czy wypowiedziami, którymi czasem dzielę się w Internecie, na blogu pastora, czy na łamach naszego Tygodnika.

Ostatnio mam też okazję nagrywania kazań i całych nabożeństw internetowych naszego Zboru w Szczytnie, przez co mogę dotrzeć z przesłaniem Pisma Świętego do wielu mi nieznanych ludzi, jeśli oczywiście chcą z tych programów czy też pisanych przeze mnie tekstów skorzystać. W ostatni weekend miałem również okazję wraz z żoną poprowadzić zajęcia online w Zborowej Szkole Biblijnej w Pierwszym Zborze Kościoła Chrześcijan Baptystów w Warszawie (sobota), a potem w czasie transmisji niedzielnego nabożeństwa w tym Zborze miałem przywilej wygłosić kazanie (można to obejrzeć na YouTube pod nazwą tego Zboru) . Kiedy zaś wracałem z Warszawy do Szczytna, słuchaliśmy z żoną na YouTube nagranego wcześniej nabożeństwa przygotowanego przez ludzi z naszego lokalnego Zboru w Szczytnie.

Robimy to wszystko po to, by być duchowym wsparciem dla członków naszej wspólnoty, z którymi nie możemy nadal spotykać się w kościele, ale nie tylko dla nich. Jest to również otwarta możliwość dla innych ludzi, naszych znajomych i nieznajomych, by podzielić się z nimi prawdami Pisma Świętego, których tak obecnie potrzebujemy. Prawdami, które mogą nas pocieszyć, dodać nam odwagi i nadziei na przyszłość, albo też ostrzec przed duchową ospałością. Tak czyni wiele lokalnych zborów i parafii, bo kościół – mimo zamkniętych drzwi – ma i powinien mieć otwarte ramiona i serca dla wszystkich, którzy potrzebują pomocy – szczególnie tej duchowej i emocjonalnej.

Taki był sens i przesłanie nabożeństwa warszawskiego, natomiast na naszym szczycieńskim nabożeństwie podkreślaliśmy fakt, jak bardzo tęsknimy za nabożeństwami i spotkaniami w naszym kościele. Myślę, że wielu ludzi myśli i czuje to samo. Zaczynamy coraz bardziej dostrzegać i doceniać wartość realnej wspólnoty ludzkiej, która wyraża się nie tylko w kościele, ale tam chyba najgłębiej, bo to przecież nasza duchowa rodzina i nasz drugi dom!

Tak to już jest, że bardzo wielu ludzi nie znamy wcale. Oni są dla nas obcy i obojętni. Niektórych znamy bardzo mało i niewiele o sobie wiemy, bo może znamy się tylko z widzenia: z windy, z klatki schodowej, ze sklepu czy widząc się czasem na kawie w kawiarence. Niektórych znamy dość dobrze, ale jest to znajomość za pośrednictwem ekranu telewizyjnego czy komputerowego, a więc jednostronna, bo my znamy ich twarze i nazwiska, ale oni nie wiedzą o nas nic, bo nigdy nie spotkaliśmy się z nimi twarzą w twarz.

Dopiero tych, którzy są naszymi bliskimi w rodzinie lub naszymi przyjaciółmi, znamy naprawdę i czasem bardzo blisko. Znamy też nasze dzieci lub wnuki, a one znają nas także bardzo dobrze. Nie mówię już o znajomości i więzi małżeńskiej, kiedy dwoje ludzi – mąż i żona – znają się na wylot, bo przeżywają ze sobą dziesiątki lat. To jest więź, która buduje się i umacnia przez lata, podobnie jak dobra i wierna przyjaźń.

Podobnie jest z naszą relacją z Jezusem i z Bogiem. Możemy o Nich wiedzieć tylko ze słyszenia, pobieżnie, bo tak naprawdę nic głębszego nie łączy nas ze Stwórcą i Jego Synem, którego śmierć i zmartwychwstanie wspominaliśmy tak niedawno. Możemy jednak nawiązać z Nim o wiele głębszą i poważniejszą relację opartą na wierze i pragnieniu odwzajemnienia Jego miłości do nas. Jest to oczywiście kwestia niewymuszonej i osobistej oraz świadomej decyzji każdego człowieka, który chce wiedzieć o Bogu więcej, poznać Go bliżej, związać się z Nim duchowymi więzami i żyć według Jego standardów spisanych na kartach Pisma Świętego.

Chyba, że ktoś nie chce tego. Wtedy – co najwyżej – może zaprosić Jezusa jako nowego „znajomego” na Facebook’u – oczywiście w sensie metaforycznym. Tylko że będzie to kiepska i płytka znajomość. Jemu to nie wystarczy! On chce się z tobą związać bardzo blisko. Tylko czy pozwolisz Mu na to?

pastor Andrzej Seweryn (andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Życie potrafi zaskoczyć

Tuż przed świętami, w godzinach przedpołudniowych, udałem się do jednego z naszych szczycieńskich sklepów po odbiór małej paczuszki. Kiedy wszedłem do środka, młoda i miła pani ekspedientka zaskoczyła mnie, mówiąc grzecznie, lecz stanowczo: Przepraszam pana, ale musi pan opuścić sklep, bo teraz jest pora, kiedy obsługujemy tylko seniorów. Tak miłego zaskoczenia nie przeżyłem już od dawna! Z promiennym uśmiechem okraszonym nutką rozbawienia odpowiedziałem: Pani jest naprawdę bardzo miła dla mnie dzisiaj!

Nie wiem, czy to mój urok osobisty przeważył nad jej wątpliwościami, ale ta miła ekspedientka pozwoliła mi pozostać w sklepie i nie kazała mi się wylegitymować, by sprawdzić mój nieubłagalny PESEL. Od razu bardzo polubiłem tę panią i chyba znowu pójdę do jej sklepu między 10.00 a 12.00. Pod byle pretekstem, byleby chciała mnie znowu tak mile z niego wyprosić. To dla mnie takie odmładzające!

Nie zawsze doświadczamy jednak tak miłych i odświeżających przygód. Jakieś kilka lat temu, jadąc w Warszawie tramwajem, doświadczyłem z kolei czegoś odwrotnego. Oto jakaś miła nastolatka wstała na mój widok i ustąpiła mi miejsca. Miłe dziecko – pomyślałem, ale po raz pierwszy ktoś mi ustąpił miejsca w tramwaju lub autobusie. Po raz pierwszy też poczułem się starszym panem, co było dla mnie dość zaskakującą i niezbyt miłą niespodzianką, bo zawsze to ja – młody ciałem i duchem – ustępowałem miejsca starszym. Aż „przyszła kryska na Matyska” i cóż, trzeba pogodzić się z nieubłagalnym upływem czasu, wszak PESEL nie kłamie, choć twarz potrafi. Przestanę chyba jeździć w Warszawie tramwajami. Wolę Szczytno i swój ulubiony sklep…

No cóż, przeżyliśmy jakoś te dziwne i niespodziewane dla nas wszystkich Święta Wielkanocne. Bez odwiedzin znajomych i przyjaciół, bez wizyt naszych najbliższych i wreszcie bez odwiedzin kościoła oraz udziału w tych szczególnych nabożeństwach: wielkopiątkowym i wielkanocnym. Wtedy to zwykle gromadziliśmy się tłumnie, by oddać chwałę Panu Bogu za dzieło zbawienia dokonane przez Jezusa Chrystusa, Jego Syna, na Golgocie, a także cieszyć się faktem triumfalnego zmartwychwstania naszego Pana oraz naszą wiarą w to, że i my będziemy z Nim żyć wiecznie.

Na szczęście przygotowaliśmy oba te nabożeństwa w trybie online (można je obejrzeć na naszej stronie: www.szczytno.baptysci.pl  lub na YouTube) i w ten sposób, za pośrednictwem Internetu, mogłem jako pastor głosić wszystkim Słowo Boże. Podobnie zresztą czyniło wielu duchownych różnych kościołów, by w ten sposób utrzymać duchową więź i wspólnotę wiernych, bo na tym przecież polega istota Kościoła. Transmitowano wiele nabożeństw bezpośrednio, publikowano też w Internecie nabożeństwa bądź pojedyncze kazania w trybie online. Mimo odizolowania każdy mógł obejrzeć i posłuchać tego, co najważniejsze, a co mogliśmy jako chrześcijanie przeżywać w te smutne trochę – mimo wszystko – Święta Wielkanocne.

Życie potrafi nas ciągle zaskakiwać. Może właśnie dlatego jest ono ciekawe, choć nie zawsze jest dla nas miłe i przyjemne. Przerabiamy to właśnie w ostatnich tygodniach, które uświadamiają nam na nowo, jak ważna jest bezpośrednia relacja i więź z bliskimi i przyjaciółmi. Dobrze, że mogliśmy obejrzeć nabożeństwa ze swojego lub z innych kościołów. Ludzie jednak zgodnie podkreślają, że to jednak nie to samo. Brakuje nam bowiem tych serdecznych uścisków dłoni, bycia razem, oddawania wspólnie chwały Bogu w śpiewanych pieśniach, wypowiadanych modlitwach czy opowiadaniach o tym, jak Pan Bóg prowadził nas w ostatnim czasie.

Byłem bardzo wzruszony, kiedy zadzwoniłem do jednej z naszych rodzin. Telefon odebrała mała dziewczynka. Zanim oddała słuchawkę swojemu tacie, zapytała: Pastorze, a kiedy znowu będziemy razem w kościele? Tak samo zapytał mnie kilka dni później kilkunastoletni chłopiec. Dzieci tęsknią, dorośli też. A ty? Stęskniłeś lub stęskniłaś się za duchową wspólnotą w kościele?

W poranek wielkanocny bardzo dziwnie wyglądał nasz kościelny parking – pusty, bez aut i wysiadających z nich moich bliskich i przyjaciół. Patrzyłem z okna z tęsknotą za dniem, kiedy znowu miejsce wokół kościoła zapełni się autami, zaś sam kościół znowu wypełni się wiernymi pragnącymi słuchać Słowa Bożego. Przywitamy się znowu, uściśniemy ręce, usiądziemy razem i powiemy w sercu z przekonaniem: Duchowa wspólnoto, ty jesteś jak zdrowie. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił! Oby tylko nie na długo.

Chyba, że przywykniemy do internetowych nabożeństw, rozleniwimy się i choć kiedyś (oby jak najszybciej!) restrykcje i ograniczenia zostaną cofnięte, to my w niedzielne przedpołudnia pozostaniemy w domu i pooglądamy sobie nabożeństwo w kapciach i siedząc we własnym fotelu…. Oby tak się jednak nie stało. Ceńmy sobie wzajemne więzi! Nauczmy się je starannie pielęgnować, zarówno w rodzinach czy kręgach towarzyskich, jak i w kościele – tam przede wszystkim! Naszą nadzieję na lepsze i spokojniejsze jutro pokładamy przecież w Bogu. Dlatego warto z Nim się spotkać, zarówno osobiście, na osobności, w intymnej modlitwie, jak i we wspólnocie, kiedy tylko będzie to znowu możliwe i bezpieczne! Co daj, Panie Boże! Amen.

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Człowiecza historia

Był młodym mężczyzną po trzydziestce. Pochodził z prowincji, od dziecka ojciec uczył go szacunku do pracy, a także szacunku do innych ludzi, którzy – gdy dorastał – widzieli w nim miłego i zdyscyplinowanego młodzieńca. Rodzice nie mogli posłać go do szkoły, bo żyli bardzo skromnie. Niemniej jednak ten młody chłopak zadziwiał niespotykaną mądrością i dociekliwością. Umiał zadawać ważne i trudne pytania, a co najważniejsze – umiał słuchać tego, co mówią inni mądrzy ludzie. Z każdym dniem stawał się coraz bardziej dojrzały fizycznie, emocjonalnie i duchowo, bo bardzo poważnie traktował Boga, z którym od najmłodszych lat liczył się bardzo poważnie.

Pewnego dnia postanowił opuścić dom rodzinny. Zaczął śmiało obracać się między ludźmi, prezentując im swoje poglądy i zapatrywania na wiele życiowych spraw. Co ciekawe, często w swych wypowiedziach powoływał się na Boga w niebie, o którym mówił zawsze z pasją i nadzwyczajnym żarem w sercu. Ludzie podziwiali tego młodego człowieka za odwagę, błyskotliwość wypowiedzi, a nade wszystko za szczerość i bardzo szlachetne podejście do wszystkich ludzi. Stał się postacią bardzo lubianą, więc ludzie gromadzili się chętnie wokół niego, aby posłuchać tego, co miał im do powiedzenia.

Umiał chwytać za serce, choć nie był jak populistyczny polityk. Niczego nie robił pod publiczkę ani nie stawiał siebie na pierwszym miejscu. Raczej starał się czynić dobro wokół, troszcząc się o zaspokojenie potrzeb innych, często biednych i nieszczęśliwych ludzi. Nawet bronił ich przed tymi, którzy ich krzywdzili i wykorzystywali. Z tego więc powodu w swoich wypowiedziach zdobywał się czasami na dość ostre i bezkompromisowe oceny tych ludzi, którzy byli po prostu podłymi i fałszywymi hipokrytami. Tych szczególnie nie cierpiał i odważnie krytykował.

Nic więc dziwnego, że zaczął narażać się takim ludziom, którzy zaczęli go najpierw krytykować, potem chcieli go oskarżyć o cokolwiek, byle postawić go przed sądem i w końcu wsadzić za kratki. Kiedy jednak zwykli ludzie stawali za nim murem, by go bronić, ci podli ludzie potajemnie zwarli swoje szyki i postanowili go zabić. Chodziło tylko o to, by zrobić to po kryjomu i po cichu zlikwidować go.

Zastraszano go na różne sposoby, wyzywano od najgorszych. Krążyły o nim nieprawdziwe opinie, że tylko z pozoru jest on tak miły i sympatyczny, a tak naprawdę to jest żarłokiem, pijakiem, przyjacielem różnych typów spod ciemnej gwiazdy, a nawet wręcz posądzano go o satanizm. To szczególnie go bolało i było okropnie niesprawiedliwe, ponieważ ten młody mężczyzna bardzo wielkim szacunkiem, by nie powiedzieć wielką czcią otaczał Boga, którego zresztą miał czelność nazywać swoim własnym Ojcem. Dla wielu był to szczyt megalomanii i szaleństwa. Tym bardziej, że nawet jego własna rodzina w pewnym momencie obawiała się, że postradał zmysły.

Dodatkowej pikanterii dodawały nieprawdopodobne relacje niektórych ludzi, którzy twierdzili, że ma on jakąś nadzwyczajną moc.  Niektórzy opowiadali, że byli podobno świadkami tego, że ten mężczyzna uleczył kogoś z trądu, otworzył oczy jakiemuś ślepcowi, a najbardziej nieprawdopodobnie brzmiały plotki, jakoby kogoś umarłego wskrzesił z martwych do życia. To nie mieściło się w głowie! Przecież nigdy wcześniej nie słyszano o takich przypadkach. Widocznie szaleństwo tego samozwańczego cudotwórcy udzieliło się innym, którzy stali się zresztą jego fanatycznymi naśladowcami.

Ludzie mieli skrajnie odmienne opinie o tym człowieku, więc strasznie kłócili się między sobą. Jedni uważali go za świętego, inni zaś za wysłannika samego diabła. Te silne kontrowersje przeniosły się w końcu na ulice i place, gdzie dochodziło do demonstracji jego poparcia, jak i do kontrmanifestacji jego zażartych przeciwników. Doszło w końcu do silnych niepokojów społecznych, które nasiliły się szczególnie w stołecznym mieście. Rozruchów tym dziwniejszych, że przecież wywołanych z powodu jakiegoś jednego człowieka z prowincjonalnego miasteczka.

Władza miała więc poważny kłopot, który trzeba było jakoś rozwiązać. Próbowano negocjacji i zabiegów „dyplomatycznych”, zwaśnione strony nawoływano do ugody. Kłopot polegał jednak na tym, że przeciwnicy domagali się od władz najwyższego wymiaru kary dla tego dziwaka, a więc kary śmierci. Tymczasem nikt nie był w stanie udowodnić mu, że złamał prawo i to w taki sposób, żeby za swoje domniemane przestępstwa zasłużyć na śmierć. Presja przeciwników była jednak bardzo silna, a podsycona polityczną intrygą stała się pułapką dla rządzących, którzy w końcu dla świętego spokoju postanowili im ulec – również w trosce o własną skórę i zachowanie stołków oraz intratnych posad. Zgodzili się przy tym z przebiegłą sugestią najważniejszych religijnych autorytetów, że lepiej będzie, jeśli ten jeden niewygodny człowiek zostanie zgładzony, byle wrócił społeczny spokój i wtedy nikt inny nie ucierpi. Prosta matematyka. Zabijmy go dla przykładu, by nikt nigdy więcej nie podważał naszego autorytetu – postanowili definitywnie.

Dla zyskania jeszcze większej satysfakcji, po aresztowaniu go pod osłoną nocy, poddano go męczącym przesłuchaniom i okrutnym, bezlitosnym torturom. Potem został sponiewierany, wyśmiany i w końcu dokonano na nim publicznej egzekucji, która trwała na oczach tłumów aż sześć bitych godzin. Wszyscy jego wrogowie odetchnęli z ulgą, a i sam szatan, który cieszy się z każdego draństwa i niesprawiedliwości, zacierał ręce z dziką satysfakcją. Dziwne to trochę, bo przecież niektórzy mówili, że ten człowiek był jego wysłannikiem i sługą. Coś tu nie grało, a najbardziej zaskoczyło wszystkich trzygodzinne całkowite zaćmienie słońca, którego nikt wcześniej nie zapowiadał, a do tego jeszcze silne trzęsienie ziemi. Na szczęście trzęsienie ustało, znowu zaświeciło słońce. Najważniejsze, że ten człowiek w końcu wyzionął ducha – fatalnie skończył. Pewnie na to zasługiwał….

Zasługiwał?  TAK i NIE. NIE, bo nikt Mu żadnej winy nie udowodnił. Z drugiej strony TAK, bo wziął na siebie moje podłości, grzechy, błędy i upadki i za to wszystko sam poniósł odpowiedzialność, płacąc najwyższą cenę – mianowicie oddał swoje życie za mnie w kwiecie swojego wieku. Wydawałoby się, że w ty momencie poniósł totalną klęskę. Ale to był dopiero piątek. Wielu nienawistnych wrogów Tego Człowieka nie przeczuwało, że nadchodzi niedziela. Nadeszła. Znowu zatrzęsła się ziemia, zabłysło wielkie światło z nieba! Trzy dni temu pusty krzyż, teraz pusty grób, za to puste serca wielu wypełniła nieopisana radość – radość zmartwychwstania i zbawienia. Ten, który wszystko to przeszedł z nieopisaną godnością i konsekwencją, wszedł pewnego dnia również do mojego pustego serca i jest w nim aż do dziś. JEZUS ŻYJE I WCIĄŻ ZBAWIA! Ciebie też może – dzisiaj! Czy pozwolisz, by nadal twoje serce było puste?

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Wiosenne porządki

Zmieniliśmy znowu czas z zimowego na letni. Bardzo lubię tę zmianę, chociaż tej nocy, kiedy przesuwamy zegarki do przodu, śpimy przecież o godzinę krócej. Czas letni zaś lubię dlatego, że i tak rano było zbyt jasno, by pospać, zaś dzień automatycznie wydłużył się o godzinę i z każdym dniem będzie utrzymywał tę wiosenno-letnią tendencję. Co by nie powiedzieć, wiosna za pasem, choć chłodem jeszcze nas liże po licach, jeśli odważamy się na chwilę spaceru choćby wokół naszego mniejszego jeziora. Na Jezioro Domowe Duże przyjdzie czas, gdy zrobi się naprawdę ciepło i przyjemnie.

Zadziwia mnie przyroda, która co prawda dość leniwie budzi się do życia, ale jej odgłosy i zapachy czuć w powietrzu coraz intensywniej. Coraz głośniej i radośniej śpiewają ptaki, w Piasutnie zadomowiły się znowu pierwsze bociany, które widzieliśmy z żoną kilka dni temu. Nie obejrzymy się, a wokół zrobi się zielono, kolorowo od kwiatów i po prostu pięknie. Będziemy znowu świadkami budzącego się życia – tego fenomenu, który pochodzi niezmiennie od samego Stwórcy, w którym jest sama esencja życia.

To niezwykłe, że mimo różnych turbulencji na świecie oraz destrukcyjnej działalności człowieka, otaczająca go przyroda rządzi się swoimi prawami, które przecież sam Stwórca ustanowił, a po potopie zapewnił, że „dopóki trwać będzie ziemia, siew oraz żniwo, chłód i gorąco, lato i zima, dzień oraz noc – nie ustaną” (Ks. Rodzaju 8,22). Możemy więc być pewni, że kalendarz nas nie oszuka, dnia będzie nam przybywać, przyjdzie ciepło, a potem gorąco. Przed nami więc piękne pory roku: wiosna i lato. Oby były spokojne, bezpieczne i szczęśliwe – tego życzymy sobie wszyscy!

A ponieważ zbliżają się również Święta Wielkanocne, więc w najbliższych dniach czekają nas pewnie kolejne wiosenne porządki: w ogródkach, na działkach, na podwórkach i wokół naszych domów. Po tej długiej i szarej zimie trzeba będzie wygrabić wszystkie śmiecie i zbutwiałe liście, których nie zdążyliśmy jesienią dokładnie wygrabić. To zazwyczaj miła robota, bo jej efekty widać bardzo wyraźnie, nie mówiąc już o tym, że cieszy nasze oczy.

Są w naszym życiu takie okresy, kiedy zbierają się nam różne śmieci: niezałatwione lub zaniedbane sprawy, nierozwiązane konflikty, spory i kłótnie, odłożone do lamusa postanowienia, których nie dotrzymaliśmy oraz dobre chęci, którymi podobno wybrukowane jest piekło. Wiele jest takich „zbutwiałych śmieci”, które też dobrze byłoby wysprzątać, pozamiatać i oczyścić. Takie wiosenne porządki w sercach, sumieniach i myślach. Akurat mamy chyba teraz trochę więcej czasu wolnego, bo jesteśmy w domach, więc warto w końcu chwycić za grabie…..

Tego rodzaju porządków nikt za nas nie zrobi i dobrze byłoby, aby każdy z nas pozamiatał na swoim własnym podwórku, a nie na cudzym, jak często mamy zwyczaj czynić. Tego rodzaju przywarę opisał kiedyś Pan Jezus w czasie wygłaszania słynnego Kazania na Górze, mówiąc do swoich słuchaczy tak: „Dlaczego widzisz drzazgę w oku swojego brata, a belki we własnym nie dostrzegasz? Albo jak możesz powiedzieć swemu bratu: Pozwól, że wyjmę drzazgę z twego oka, gdy belka tkwi w twoim własnym? Obłudniku, usuń najpierw belkę z własnego oka, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć drzazgę z oka swego brata” (Ew. Mateusza 7,3-5).

Nie patrzmy na nieporządki w życiu swoich bliźnich, choć oni sami mają rzeczywiście co posprzątać. Skoncentrujmy się raczej na swoich nieporządkach i sami własnymi rękami zróbmy stosowne porządki, zanim ktoś z zewnątrz zechce się za nie zabrać. Wtedy bowiem będzie więcej wstydu i będzie bardziej bolało.

Są oczywiście ludzie, którzy są bardzo przywiązani do swoich rupieci. Inni z kolei wszystko co stare lub zużyte albo „półpotrzebne” lubią wyrzucać na śmietnik. Ja osobiście należę do tych drugich i miałem ku temu wiele okazji, ponieważ z żoną przeprowadzaliśmy się siedem albo więcej razy w naszym dotychczasowym życiu. Za każdym razem, kiedy się pakowaliśmy, widziałem tyle rzeczy, które przewoziliśmy z jednego miejsca do drugiego, a potem ich nie używaliśmy i za jakiś czas znowu je pakowałem i przewoziłem do kolejnego miejsca naszego zamieszkania. Zawsze jednak starałem się jak najwięcej tych nieużywanych rzeczy wyrzucić po prostu na śmietnik.

W życiu naszym bywa podobnie. Czasem zmieniamy adresy, przenosimy się z miejsca na miejsce, ale stare i niezałatwione sprawy ciągniemy za sobą jak stare szpargały, którymi wypełniamy piwnice, strychy czy garaże. Dziś jednak żyjemy w taki sposób, że nie naprawiamy rzeczy, lecz kiedy one się zepsują, wyrzucamy je i kupujemy po prostu nowe.

W sprawach życiowych – niedotyczących przedmiotów i sprzętów – musimy jednak postępować nieco inaczej. Są sprawy, które bezwzględnie wymagają naprawy. Nie wszystko da się po prostu wyrzucić do śmieci, bo takie niezałatwione, lecz ważne życiowe sprawy są jak niezabliźnione rany, które wciąż krwawią i bolą. Trzeba więc je opatrzyć, by się zagoiły i wtedy dopiero możemy pójść do przodu bez żadnych obciążeń z przeszłości.

Mamy teraz trochę więcej czasu niż zwykle. Zamiast więc się nudzić lub dręczyć, pomyślmy o szeroko pojętych wiosennych porządkach: tych w ogródkach czy na działkach, ale także tych, które dotyczą naszych sumień, serc i umysłów. Zróbmy je, a wtedy odczujemy różnicę, poczujemy wielką ulgę i z nowymi siłami pójdziemy do przodu. To będzie nasza bardzo udana, emocjonalna i duchowa wiosna!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple


Niektórym ludziom mediów odgryzłbym rękę albo uciął język, gdy widzę, jak wypisują lub wypowiadają katastroficzne przepowiednie dotyczące tego wszystkiego, co jeszcze ma się zdarzyć. Nie znaczy to wcale, że jestem lekkoduchem i bagatelizuję tę trudną sytuację, w której się wszyscy znaleźliśmy. Chodzi mi raczej o to, że media ogólnie rzecz biorąc naprężają i tak napiętą spiralę strachu, która paraliżuje wielu ludzi, szczególnie tych, którzy są słabsi emocjonalnie lub łatwowierni i „łykają” jak gorzką pigułkę każdy dramatyczny nagłówek, który odbiera ludziom spokój, a sieje panikę i trwożliwy niepokój o siebie, swoich bliskich oraz o naszą przyszłość.

A może by tak dać ludziom trochę otuchy, zdroworozsądkowego myślenia i zwyczajnej pociechy? Tego tak bardzo potrzebujemy dzisiaj, gdy zmagamy się z wyzwaniem, którego wcześniej nie przerabialiśmy w takiej skali jak obecnie. A przecież są i powinny być w tej sytuacji również dobre wiadomości, którymi powinniśmy się dzielić ku pokrzepieniu serc. To właśnie – jako niepoprawny optymista – chciałbym zrobić za pośrednictwem tego felietonu.

Otóż pierwsza dobra wiadomość jest taka, że nagle uświadomiliśmy sobie, jak ważne są nasze bezpośrednie więzi, których wcześniej nie docenialiśmy. Mogliśmy się bez przeszkód spotykać, podawać sobie ręce i wymieniać serdeczne uściski, spędzać czas w kawiarniach czy restauracjach, iść do kina albo odwiedzić dziadków lub rodziców. Takie to było oczywiste i normalne. Dopiero teraz uświadomiliśmy sobie, ile tracimy nie mogąc się spotkać, odwiedzić czy serdecznie przywitać. Być blisko siebie – bez obaw i żadnych przeszkód.

Może więc to doświadczenie, które wszyscy przechodzimy, na nowo rozbudzi w nas tęsknotę za bliskimi relacjami, a nie wirtualnymi, którymi często zadowalaliśmy się, choć mogliśmy być ze sobą częściej. Ale się nie chciało, bo woleliśmy zamknąć się w swoim małym świecie i nie dopuszczać do niego innych ludzi – nawet najbliższych. Teraz dopiero zaczynamy rozumieć, że nie wystarcza Internet, telefony i komputerowe ekrany, by siebie oglądać od czasu do czasu, bo to nie to samo, co być razem, widzieć się bezpośrednio i okazywać sobie ciepłe, człowiecze uczucia. Kiedy więc wrócimy do normalności – oby tak się stało jak najszybciej – obyśmy wtedy stali się bardziej normalni i bardziej ludzcy.

W tych dniach dzwonię do swoich bliskich oraz do swoich duchowych braci i sióstr o wiele częściej niż to robiłem wcześniej, bo czuję potrzebę wspólnoty i bliskości, która nam została odebrana, choć dla naszego dobra i fizycznego zdrowia przecież. Razem z żoną spotykamy się z naszymi trzema wnuczkami, by rozmawiać z nimi i zagłębiać się w lekturze chrześcijańskich książek dla dzieci a i samego Pisma Świętego. To wspaniałe doświadczenie. Zrozumieliśmy bowiem, że szkoda zmarnować ten niepowtarzalny czas, gdy nasze dzieci i wnuki są w domach, a my możemy im poświęcić więcej czasu i uwagi, niż to czyniliśmy wcześniej. Kiedy więc skończy się ten czas, postarajmy się kontynuować nasze spotkania z bliskimi, zarówno te przez Internet, jak i te bezpośrednie, kiedy będziemy wreszcie mogli się ze sobą spotykać bez przeszkód i obaw.

Jako pastor i duszpasterz jestem głęboko przekonany, że powierzeni mi przez Boga ludzie jeszcze mocniej zwiążą się duchowo i będą cenić w przyszłości chwile, kiedy znowu bez przeszkód przyjdziemy wszyscy do kościoła na nabożeństwo i będziemy po prostu razem i blisko siebie, by wspólnie oddawać chwałę Bogu, który chce nas chronić od zła. Starajmy się zatem czynić również swoje powinności, okazując rozwagę, ostrożność i respektując nowe zasady sanitarne i higieniczne. W ten sposób będziemy mieli przed Bogiem czyste sumienie i będziemy mogli oczekiwać, że nadal i skutecznie uchroni nas od choroby i śmierci.

Cieszy mnie fakt, że w naszych lokalnych zborach baptystycznych rozsianych po całej Polsce pastorzy wykorzystują w sposób kreatywny wszelkie możliwości, by dotrzeć do ludzi z przesłaniem nadziei i pociechy płynącej od Boga za pośrednictwem Pisma Świętego. Odbywają się nabożeństwa online, bo staramy się respektować obowiązujące obostrzenia dotyczące zakazu publicznych zgromadzeń. Staramy się chronić szczególnie osoby starsze, chore i słabe, a także młode rodziny z dziećmi, by pozostawały w domu i modliły się w swoich rodzinach.

Również nasz kościół w Szczytnie przygotował specjalne internetowe nabożeństwo, które można znaleźć na Facebook’u (Kościół Chrześcijan Baptystów w Szczytnie). Można na tym specjalnie przygotowanym filmie obejrzeć i posłuchać pięknej piosenki Kasi i Kamila – naszych liderów zespołu muzycznego, a potem mojego kazania, którego tytuł brzmi: „Jak być duchowym zwycięzcą w obliczu nowych wyzwań?”. Zachęcam do skorzystania z tego pozytywnego przesłania, które w tym kazaniu zawarłem. Będziecie mieli Państwo okazję mnie zobaczyć i posłuchać na żywo. Nie mnie, ale Bożego Słowa, które w tym kazaniu przekazuję ku pokrzepieniu naszych serc. Mam nadzieję, że będziecie zbudowani.

Rozdzieleni, a jednak sobie bliscy! Skorzystajmy ze zdobyczy techniki, by na przekór uciążliwym obostrzeniom z powodu epidemii, być jak najbliżej siebie i modlić się o siebie nawzajem, by Pan Bóg powstrzymał tę pandemię i uwolnił świat od tej zarazy. Tak czynili to chrześcijanie na całym świecie w ostatnią niedzielę i tak będziemy trwać w modlitwach nadal. I choć jesteśmy od siebie oddaleni, zachowując stosowny dystans i pozostając w domu, to jednak postarajmy się w tych dniach zbliżyć do naszego Boga-Ojca. Nawiążmy z nim jak najbliższą więź. Nie bójmy się – od Niego na pewno się nie zarazimy!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Areszt domowy

Wygląda na to, że wielu z nas pozostanie nadal w domach wraz ze swoimi dziećmi przez najbliższe dni, a może i zalecane dwa tygodnie kwarantanny. Pan Bóg z pewnością chce nas uchronić od tego zagrożenia i oczekuje o nas zdrowego rozsądku oraz poczucia odpowiedzial- ności za siebie i za innych ludzi. Musimy być zatem ostrożni i przewidujący, ale nie spanikowani lub działający chaotycznie, szczególnie jeśli chodzi o robienie zapasów żywnościowych. I tak codziennie za dużo jedzenia marnuje się w naszym kraju.


Z drugiej strony – może ten czas w zaciszu domowym został nam dany jako szansa na podrepe- rowanie naszej duchowości przytłumionej codziennymi obowiązkami, a więc mamy niepowta-rzalną szansę na osobistą ewangelizację lub rekolekcje sam na sam z Bogiem – jakkolwiek byśmy tego nie nazwali. Spróbujmy więc nadrobić zaległości w lekturze Pisma Świętego, poświęćmy trochę więcej czasu na szczerą modlitwę o swoich bliskich, o innych ludzi, którzy cierpią lub boją się, wreszcie o mądrość dla ludzi pracujących nad tym, aby tę pandemię powstrzymać i opanować.

Młodzi rodzice – macie teraz świetną okazję, by spędzać czas z waszymi dziećmi. Sięgnijcie po chrześcijańskie książki dla dzieci, czytajcie z nimi Pismo Święte lub opowiadajcie im wiele fascynujących historii biblijnych. Pogadajcie z nimi o ich potrzebach i marzeniach, pobawcie się z nimi mądrze i twórczo!

Drodzy dziadkowie – możecie użyć Internetu, by przez Skype – jeśli nie możecie być z wnukami osobiście – też mieć z nimi dobry, duchowy kontakt, rozmawiać z nimi i przekazywać im wiele życiowych mądrości oraz dodawać im otuchy. One może też boją się tego, co się dzieje wokół nas w tych dniach.

Ten niezaplanowany czas “aresztu domowego” może stać się dla nas albo wielkim błogosła-wieństwem, albo czasem udręki, jeśli będziemy całymi godzinami gapić się w telewizor, a nasze dzieci i wnuki w ekrany komputerów i telefonów. Decyzja należy do nas! Posłuchajcie jednak doświadczonego duszpasterza. Może to, co napisałem powyżej jest naiwne i nieżyciowe dla wielu, ale może ktoś z was, Drodzy Czytelnicy, zechce jednak spróbować i pójść w tym kierunku.

„Ten czas to rodzaj egzaminu, jakimi ludźmi jesteśmy” – powiedziała aktorka Małgorzata Kożuchowska. I rzeczywiście mamy okazję, by pomyśleć o innych, na przykład o sędziwych sąsiadach, którzy potrzebują naszej pomocy przy zakupach. Szczególnie ci, którzy nie mają w pobliżu swoich dzieci lub wnuków. Miło słyszeć w mediach o spontanicznych akcjach wolontariuszy, przede wszystkim harcerzy, którzy są gotowi śpieszyć z pomocą ludziom potrzebującym, starszym i samotnym. To szlachetne i myślę, że ci młodzi i pełni pasji ludzie już zdają celująco ten egzamin z człowieczeństwa. Warto takich ludzi doceniać i wspierać.

Naprawdę budujące są te obrazy w mediach, które ukazują budzące się na nowo poczucie wspólnoty. Na przykład we Włoszech, gdzie ludzie w czasie kwarantanny domowej spotykają się na balkonach, pozdrawiają się wzajemnie, dodając sobie otuchy. Niektórzy śpiewają arie ku pokrzepieniu serc, inni wyrażają swoją głęboką wdzięczność tym, którzy są pracownikami służby zdrowia i bardzo ciężko pracują z narażeniem własnego życia i zdrowia, by pomóc innym wyzdrowieć i nie stracić spokoju ducha. Solidaryzujemy się w tych dniach z lekarzami i pielęgniarkami, ratownikami medycznymi i laborantami, a także wieloma innymi pracownikami szpitali, klinik i przychodni, bo pracują ponad siły i z wielkim poświęceniem.

„Dziś jest jutro, na które nikt nie był gotowy” – napisała w mediach społecznościowych pani Klaudia, jedna z polskich lekarek. Nasze władze muszą się więc zmierzyć z problemami, których nie doświadczaliśmy wcześniej. Warto więc pomodlić się o tych, którym przychodzi podejmować bardzo trudne decyzje i dokonywać bardzo trudnych wyborów, które dotyczą nas wszystkich, dotkną boleśnie wielu ludzi biznesu czy na przykład artystów, ale w konsekwencji mogą pomóc w powstrzymaniu tej epidemii. Na to przecież wszyscy liczymy.

Ten wyjątkowy i niespodziewany dla nas wszystkich okres jest również swoistym testem naszej wiary w Bożą opatrzność oraz nasze bezpieczeństwo. To właśnie w momentach kryzysowych i nieoczekiwanych okazuje się, na ile wierzymy Bogu, czy stać nas na zdrowy rozsądek i zwyczajną samodyscyplinę, by nie być potencjalnym zagrożeniem dla innych ani samemu nie doświadczyć bolesnych skutków czyjejś niefrasobliwości i lekceważenia zasad oraz pewnych ograniczeń, które są konieczne, by opanować ten epidemiczny żywioł.

Jestem również głęboko przekonany, że od nas, ludzi wierzących, powinien emanować spokój, zrównoważenie i rozsądek, a nade wszystko wiara, która może pomóc ludziom spanikowanym, a przy tym myślącym nieracjonalnie. Dodawajmy sobie nawzajem otuchy, wspierajmy się nawzajem. Choć fizycznie trochę bardziej od siebie oddaleni – stańmy się dla siebie emocjonalnie i duchowo bliżsi. Razem damy radę i zdamy ten egzamin dojrzałości!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Ciebie nie dotknie

Dopóki przypadki zachorowań na koronawirusa były daleko od naszych granic, dopóty czuliśmy się dość bezpiecznie i spokojnie. Ale, niestety, epidemie mają to do siebie, że się rozprzestrzeniają dość szybko, więc ta ostatnia zawitała w końcu i do naszego kraju jako nieproszony gość, a ostatnio również do naszych okolic. Nie chciałbym dodatkowo niepokoić nas i siać panikę, tylko chciałbym, abyśmy uchronili się od tej choroby, zachowując się roztropnie i odpowiedzialnie, nie lekceważąc przy tym podstawowych zaleceń dotyczącej naszej higieny i kontaktów z dużymi skupiskami ludzkimi.

Wszyscy na świecie czekają, aż liczba zachorowań zacznie spadać i powoli ta epidemia wygaśnie. Oby stało się tak jak najszybciej, bo przecież nikt z nas nie chciałby doświadczyć tego zagrożenia na własnej skórze, a i gospodarka naszego kraju i nie tylko naszego narażona jest na poważne tarapaty. Nam chrześcijanom powinno zależeć na gorliwej modlitwie o to, by Pan Bóg uwolnił ludzkość od tego poważnego zagrożenia. Oczywiście, że jest wiele innych, może bardziej jeszcze śmiercionośnych plag na naszej planecie, takich, jak zawały serca, rak, narkomania i alkoholizm, które również zbierają śmiertelne żniwo wokół nas. O wypadkach komunikacyjnych nie wspominając.

No cóż, musimy zmagać się z wieloma zagrożeniami i obawami, bo one realnie istnieją i potencjalnie grożą nam z każdej strony. Reagując na nie możemy wpaść w panikę, stracić radość życia i cieszenia się dobrym zdrowiem. Możemy też obojętnie ignorować je i śmiać się z tych zatroskanych ludzi chodzących w maseczkach po ulicach czy na lotniskach. Trzeba jednak dalej żyć, trzeba czasem podróżować i spotykać się z ludźmi, choćby w kościele czy w urzędzie, w którym ja sam dzisiaj spędziłem kilka godzin w kolejce. Na szczęście nikt nie kasłał, a kiedy mnie zadrapało w gardle na chwilę, bałem się zakasłać zbyt energicznie, by nie sprawiać dyskomfortu ludziom stojącym i siedzącym obok mnie na korytarzu w miejskim urzędzie.

Możemy jednak przyjąć jeszcze inną postawę, jednakże ma ona związek z poziomem naszej wiary w Bożą ochronę i Jego opatrzność czuwającą nad nami. Taką postawę mogą jednak przyjąć tylko ci z nas, którzy nie tylko w chwili zagrożenia, ale na co dzień ufają Bogu, któremu wierzą i w którym pokładają nadzieję we wszystkich sferach życia. Jeśli ktoś ma taką perspektywę, to łatwiej mu poradzić sobie z obawami czy lękami, które niesie ze sobą codzienne życie.

Dlatego w tych ostatnich dniach ożywają w naszych sercach teksty biblijne, które pozwalają nam wierzyć, że Pan Bóg zachowa nas również od tej tajemniczej choroby, z którą walczy dziś cały świat. Jednym z najbardziej pozytywnych i pełnych nadziei myśli jest fragment Psalmu 91, gdzie czytamy o obietnicy, która mówi, że Pan Bóg „ochroni przed zgubną zarazą. On okryje cię swoimi piórami, pod swymi skrzydłami zapewni schronienie (…). Nie dotknie cię zaraza czyhająca w ciemności ani klęska, co pustoszy w południe. Nawet jeśli u twojego boku padłby tysiąc walecznych albo dziesięć tysięcy po twej prawej stronie – ty będziesz bezpieczny” (Psalm 91,3-4.6-7).

Prawda, że piękna to obietnica? Ale pytanie brzmi: dla kogo jest dostępna i dla kogo aktualna? Początek tego Psalmu mówi wyraźnie, że te słowa nadziei są udziałem tych, którzy mieszkają pod osłoną Najwyższego i nocują w cieniu Wszechmocnego (w. 1). Słowa „mieszkać” i „nocować” lub „przebywać” – to w tym tekście poetyckim określenia opisujące trwanie człowieka w ustawicznej i bardzo bliskiej relacji ze Stwórcą. On nie jest gościem od czasu do czasu, tylko w święta czy niedzielne poranki, lecz mieszka stale z nami, dzieląc z nami naszą codzienność.

Problem w tym, że tak trudno wielu chrześcijanom utrzymać dzisiaj tak bliską więź z Bogiem. Jest bardzo wiele przyczyn takiego stanu rzeczy, ale wszystkie one wynikają z winy naszej, a nie Boga, który stale i zawsze chce być blisko swoich dzieci. Tylko czy my czujemy się Jego dziećmi, czy stale Go potrzebujemy i czy naszemu Ojcu w niebie jesteśmy stale posłuszni, pełni bojaźni i respektu przed Jego świętością? Jeśli bowiem ten nasz Bóg jest daleko od nas, a raczej my daleko od Niego, to nie mamy prawa ufać zacytowanym wcześniej obietnicom, bo On nie mieszka z nami na co dzień, jako że często nie potrzebujemy Go w naszym życiu.

Chciałoby się więc powiedzieć słowami pewnego człowieka z ewangelii, który powiedział do Jezusa: „Wierzę, pomóż niedowiarstwu memu”. Może właśnie to panoszące się coraz bardziej zagrożenie naszego zdrowia niech stanie się przyczynkiem do tego, żebyśmy przemyśleli sobie na nowo kwestię naszej wiary i zaufania do Boga, w którego ręku jest przecież nasze zdrowie i życie.

Zamiast bać się lub panikować, zamiast ignorować to zagrożenie, zweryfikujmy stan naszej chrześcijańskiej wiary i prośmy Boga o wzmocnienie nas. Przybliżmy się do Boga, a On przybliży się do nas (List Jakuba 4,8). Niech On sam weźmie nas pod swoje opiekuńcze skrzydła i uchroni od zła, które nas otacza. Pan Bóg jest ze wszech miar godny, by właśnie Jemu i tylko Jemu zaufać w kwestii naszego poczucia bezpieczeństwa. Niech chroni nas od wszelkiej zarazy – ciała i ducha!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →