Pokolenia wiernych Bogu

arsiv

Home Category : Blog Pastora

Exemple

Pokolenia wiernych Bogu


Kiedy przechodzę obok murów naszego zabytkowego kościoła w Szczytnie i patrzę na te czerwone cegły, myślę czasem o budowniczych, którzy 117 lat temu wznosili mury tego domu Bożego. Za kilka lat będziemy obchodzić okrągły jubileusz poświęcenia tego obiektu sakralnego. Pięć albo sześć pokoleń naszych duchowych poprzedników nieprzerwanie trwało przy Bogu mimo różnych kolei losów. Spotykali się oni na tym samym miejscu jak my dzisiaj i oddawali Bogu cześć, modląc się, śpiewając pieśni i słuchając Słowa Bożego. Mamy wielki przywilej kontynuować ich duchowe dziedzictwo i cieszymy się, że nasz kościół nie jest tylko pustym zabytkiem do zwiedzania przez turystów, ale kościołem żywych ludzi, którzy gromadzą się tu co tydzień, by spotkać się z Bogiem i ze sobą nawzajem.

Wiem nieco na temat historii kościoła baptystycznego w naszym mieście. Powiem tylko, że przed II wojną światową zbór nasz liczył aż 534 członków – ludzi ochrzczonych na wyznanie swojej osobistej wiary. Razem z dziećmi i sympatykami baptyści tworzyli więc w przedwojennym Szczytnie liczną i rozwijającą się wspólnotę. Ponieważ ludzie nie mieścili się w kościele w czasie nabożeństw, zarówno w głównej sali jak i na balkonach, więc podjęto decyzję o przebudowie i przedłużeniu budynku kościelnego aż do ulicy. Niestety, wybuchła wojna, która również zburzyła te ambitne plany. Zawierucha wojenna spowodowała też, że zaraz po wojnie zbór liczył już tylko 107 członków.

Kiedy czyta się lub bada historie baptystycznych zborów nie tylko na Mazurach, można z podziwem oceniać wierność ludzi wierzących, którzy w poprzednich pokoleniach zmagali się z prześladowaniami, niezrozumieniem bądź niechęcią innych, którzy nierzadko postrzegali baptystów jako niebezpieczną sektę. Absolutnie niesłusznie zresztą, bo stanowimy przecież część protestantyzmu silnie obecnego w przeszłości na naszych mazurskich ziemiach. Dowodem na to są zachowane do dzisiaj okazałe i dostojne budynki sakralne, jak chociażby w Ełku, Świętajnie, Ostródzie czy Szczytnie. Dzięki Bogu mamy tam do dziś istniejące i działające wspólnoty ludzi wierzących naszego wyznania, przy czym w Świętajnie mamy Ośrodek Katechetyczno-Kolonijny. Ponadto mamy też zbory baptystyczne w Olsztynie, Kętrzynie, Giżycku, Bartoszycach, Olsztynku i Nidzicy.

Dzisiaj żyjemy w czasach, w których możemy cieszyć się wolnością religijną i szacunkiem również w oczach innych, choć nie zawsze tak było. Czasy rozbiorów Polski, obu wojen światowych, okresu międzywojennego, a potem stalinizmu w Polsce – nie sprzyjały swobodnemu rozwojowi i działalności kościołów mniejszościowych w Polsce. Podziw budzi jednak wierność naszych duchowych poprzedników, którzy płacili o wiele wyższą cenę za swoją wiarę i przywiązanie do Boga oraz Jego Słowa. To były pokolenia ludzi wiernych i oddanych swojemu Stwórcy i Zbawicielowi.

Do dziś żyją jeszcze ci, którzy przez dziesięciolecia pielęgnowali swoją żywą wiarę i wierność Bogu, a dla nas młodszych są przykładem duchowego bohaterstwa i oddania. Wczoraj jedna z naszych seniorek – członkini zboru baptystycznego w Kętrzynie – obchodziła swoje 80. urodziny. Została ochrzczona w 1959 roku, tak więc od 61 lat jest wierna Bogu i wytrwała w wierze. Piękny przykład dla nas wszystkich. Albo jeszcze jedne przykład z naszej rodziny. Za kilka tygodni mój teść będzie obchodził swoje 90. urodziny. Świadomie nawrócił się, a potem został ochrzczony na wyznanie swojej wiary w 1946 roku, a więc 74 lata temu. Do dziś jest wierny i oddany Bogu, jest diakonem zboru baptystycznego w Warszawie oraz przykładem poświęcenia i gorliwości – nie tylko dla członków naszej rodziny. Kolejny reprezentant pokolenia wiernych Bogu!

W tym kontekście myślę również o sobie i swoim życiu duchowym. Też nazbierało się już sporo lat, które przeżyłem świadomie z moim Bogiem. Swoją wiarę starałem się wraz z żoną skutecznie zaszczepić potem w sercach naszych dwóch synów i córki. Mieliśmy to szczęście przeżywać wraz z nimi ich nawrócenia, a potem przyjmowane przez nich chrzty – świadomie i z własnego wyboru, bez żadnego przymusu. Cieszyliśmy się również, jak włączali się potem w nurt życia duchowego naszego Kościoła.

Czy nasze dzisiejsze pokolenie będzie również pokoleniem ludzi wiernych Bogu? Niby mamy lepsze i wygodniejsze czasy, ale w sensie duchowym są to czasy bardzo trudne, by nie powiedzieć niebezpieczne. Relatywizm poglądów, przekonań i wierzeń jest porażający. Ponadto dajemy się omamić kłamliwemu przekonaniu o tym, że należy nam się pełna wolność i swoboda, która często – w aspekcie duchowym – staje się samowolą, a więc totalnym ignorowaniem Bożych zasad postępowania, wiary, etyki i moralności. Sfera chrześcijańskich wartości została zdemolowana, Boże standardy i przykazania idą w odstawkę. Czy to czyni nas, nasze rodziny, małżeństwa, nasze dzieci i wnuki bardziej szczęśliwymi? Wystarczy rozejrzeć się dookoła, by znaleźć bardzo smutną odpowiedź na to pytanie.

Jeśli więc my sami nie okażemy się wierni Bogu, to w kim następne pokolenia mają zobaczyć przykład i inspirację, by pójść właśnie taką drogą: wiary i wierności naszemu Stwórcy? Jeśli nie my, to kto? Nie ma co oglądać się na innych!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Przyjaciel i brat


Kiedy byłem bardzo młodym chłopakiem, słowo „przyjaciel” miało dla mnie wielkie znaczenie. Jest to chyba cecha niemal wszystkich młodych ludzi, którzy pragną przyjaźni, szukają przyjaciół wśród swoich rówieśników, bo im na tym bardzo zależy. Dzieje się tak przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze – kiedy funkcjonują w zdrowych rodzinach i mają zagwarantowaną miłość swoich rodziców, to jednak szukają kogoś w swoim wieku, kto mógłby być przyjacielem i powiernikiem ich dziecięcych lub młodzieńczych sekretów. Po drugie – jeśli nie doświadczają miłości i zrozumienia w swoim domu rodzinnym, który staje się dla nich nieprzychylny, a czasem patologicznie niebezpieczny, wtedy tym bardziej pragną przyjaźni, czyli konkretnej osoby, która staje się bratnią duszą, która na co dzień niesie wsparcie, zrozumienie i akceptację.

Ostatnio czytam starotestamentową Księgę Przypowieści Salomona zwaną także Księgą Przysłów, w której zgromadzone są mądre sentencje i przysłowia starożytne wymyślone i spisane przez arcymądrego króla Salomona oraz kilku innych autorów. Te piękne słowa mądrości pochodzącej od Boga i z Jego natchnienia, utrwalone w Piśmie Świętym, wiele mówią o wartości przyjaźni oraz o cechach prawdziwego przyjaciela. A ponieważ mamy dzisiaj deficyt prawdziwych i wiernych przyjaciół, więc warto zacytować kilka biblijnych zdań na ten temat.

Oto pierwsze z nich: „Przyjaciel kocha zawsze, rodzi się bratem w niedoli” (17,17). Zaś w następnym rozdziale czytamy: „Bliźni człowieka – ci mogą zawieść, bywa jednak, że przyjaciel jest bardziej przywiązany niż brat” (18,24). Już w tych pierwszych cytatach widzimy trzy kategorie ludzi: bliźni, przyjaciel i brat. Wszyscy ludzie wokół nas to nasi bliźni i zgodnie z przykazaniem mamy kochać bliźniego, jak siebie samego. Nie jest to jednak wcale łatwe, bo są bliźni, których kochać łatwiej, innych trudniej, ale są i tacy, których kochać nie sposób, a jednak trzeba, zaciskając zęby, bo tak powinniśmy czynić jako chrześcijanie. Zbyt często dzisiaj nie zdajemy egzaminu z tego „przedmiotu” w szkole życia. Szczególnie w naszym kraju!

Poza tym Pismo Święte uczy nas, że bliźni mogą nas zawieść i niestety zbyt często tego doświadczamy, więc spośród wielu przyjaciół z młodości zostają nam czasem pojedynczy ludzie, którzy nie zawiedli, byli wierni i spolegliwi, mogliśmy i możemy nadal na nich liczyć. Dzieje się tak wtedy, kiedy my sami nie zawodzimy, jesteśmy godni zaufania i po prostu pielęgnujemy naszą przyjaźń, inwestując w nią nasze uczucia i czas. Jako ludzie dorośli i doświadczeni przez życie również bardzo potrzebujemy przyjaciół, którzy sprawiają, że nie tracimy wiary w człowieczeństwo oraz zdrowe, międzyludzkie relacje. Osamotnienie jest bowiem jednym z najgroźniejszych wrogów człowieka.

W zacytowanych wcześniej zdaniach z Biblii pojawiło się również słowo „brat”, które bynajmniej nie odnosi się do naszych rodzonych braci, ale ma inny, głęboki wydźwięk. Mowa jest tu o kimś, kto jest dla nas nawet więcej niż przyjacielem, a jednocześnie nie łączy nas z nim czy z nią żadna erotyczna więź. To braterstwo dusz, jedność myśli, nadawanie na tych samych falach, dzielenie wspólnych pasji, zainteresowań i przekonań. To tak silna więź, że staje się wręcz nierozerwalna i daje takim zbratanym ludziom wiele radości. W tym miejscu warto więc znowu zacytować z Księgi Przypowieści Salomona: „Wonny olejek i kadzidło cieszą serce, lecz prawdziwą słodyczą jest przyjaciel, który radzi szczerze” (27.9).

Chodzi więc o relację, która czasem przewyższa więź rodzinną łączącą rodzonych braci. Nie zawsze bowiem te rodzinne więzi są zdrowe i bliskie, bo są skażone różnymi zranieniami emocjonalnymi, pretensjami, złymi wspomnieniami z dzieciństwa czy wręcz zranieniami psychicznymi. Szczęśliwi są jednak ci ludzie, którzy w swoim rodzonym bracie czy siostrze widzą także przyjaciela i wręcz bratnią duszę. Mam to szczęście, że mam starszego i rodzonego brata, który jest dla mnie nie tylko przyjacielem, ale również bratem w głębszym sensie. Rozumiemy się bowiem bardzo dobrze, lubimy spędzać czas czy urlopy razem z naszymi żonami i zawsze mogę liczyć na jego mądre słowo i dobrą radę. Często do siebie dzwonimy, interesują nas nasze codzienne sprawy. I to jest dla nas bardzo cenne oraz godne dalszego pielęgnowania.

Jeszcze głębsza więź łączy ludzi, którzy stają się dla siebie nie tylko przyjaciółmi, ale i braćmi w tym głębszym znaczeniu. A jeśli do tego dodamy więź duchową wynikającą z faktu, że przez wiarę w Jezusa jako osobistego Zbawiciela, stajemy się sobie jeszcze bliżsi jako bracia w wierze, to wtedy łączy nas filadelfia – czyli według znaczenia tego greckiego, nowotestamentowego słowa – miłość braterska. Taka relacja sprawia, że stajemy się duchowym rodzeństwem, braćmi i siostrami w wierze, których łączy autentyczna miłość do Boga oraz wdzięczność za Jego dobroć, łaskę i bezwarunkową miłość, którą nas Pan Bóg obdarzył.

Dlatego też Pismo Święte zachęca nas słowami: Nie opuszczaj przyjaciela (27.10). Pamiętajmy o tym, że inni ludzie potrzebują naszej przyjaźni. Nie będziesz miał żadnych prawdziwych przyjaciół, jeśli sam nie staniesz się czyimś wiernym i sprawdzonym przyjacielem. Dzisiejsze bardzo egoistyczne czasy sprawiają, że o tym często zapominamy. Stajemy się bardzo roszczeniowi, a bezinteresownych przyjaciół choćby i ze świecą szukać, choć są nam tak bardzo potrzebni!

Nie bądźmy tylko bliźnimi dla innych, starajmy się pozyskiwać przyjaciół i sami takimi się stawać dla innych. Wtedy będziemy również zdolni do tego, by stać się bratem dla kogoś, kto takiego braterstwa bardzo potrzebuje. Może w ten sposób świat wokół nas stanie się mniej smutny, a my sami mniej wyobcowani i samotni? Jest o co powalczyć i o czym pomyśleć!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Na pierwszej linii frontu

Piszę ten tekst w ostatnim dniu sierpnia i jest to nostalgiczna data – wszak to koniec wakacji. Co prawda nie chodzę do szkoły od wielu już lat, ale wciąż pamiętam ten trudny moment, kiedy trzeba było zapomnieć o piłce i zabawie z rówieśnikami od rana do wieczora i do tego na dworze, spakować tornister i pójść do szkoły, by uprawiać najtrudniejszy zawód świata – być uczniem. To było dość trudne doświadczenie, ale cóż, taka już dola dzieci i młodzieży!

Dziś rozumiem, jak trudne to doświadczenie także dla nauczycieli, którzy w normalnych i nieodległych czasach, kiedy nikt nie słyszał o pandemii, też musieli zapomnieć o urlopach i wakacyjnym wypoczynku, który im się słusznie należał, i rozpoczynali kolejny rok szkolny. Nikt, kto nie próbował uczyć innych, nie zrozumie, jak trudna to i odpowiedzialna praca – edukować oraz wychowywać młode pokolenie! Tymczasem my, rodzice, posyłając dzieci do szkoły, mieliśmy nasze pociechy z głowy chociaż na kilka godzin dziennie i mogliśmy spokojnie pracować.

Tymczasem poprzedni rok szkolny, a szczególnie drugi semestr, był zupełnie pokręcony z powodu zamknięcia szkół na kilka miesięcy. Cóż to było za wyzwanie dla dzieci i nauczycieli, a także dla rodziców, którzy musieli kilka miesięcy zmagać się z żywiołem intelektualnym swoich dzieci i mogli posmakować „miodu” nauczycielskiego trudu. Czy dzisiaj rodzice bardziej doceniają ich pracę? Chciałbym wierzyć, że tak.

Kiedy więc zaczyna się nowy rok szkolny, wszyscy musimy być świadomi, że nauczyciele naszych dzieci oraz dyrektorzy szkół i cały szkolny personel staną na pierwszej linii frontu, starając się zapewnić bezpieczeństwo dzieciom, a także sobie samym. Czy będą w stanie powstrzymać nieobliczalny i nieprzewidywalny żywioł, jakim są dzieciaki w szkolnych klasach i na korytarzach? Kto będzie w stanie wyegzekwować przepisy i zalecenia dotyczące funkcjonowania szkoły w obecnych okolicznościach?

Miejmy świadomość, że tak jak pracownicy służby zdrowia stali i nadal stoją na pierwszej linii frontu w zmaganiu się z naszymi chorobami i niesieniu pomocy wszystkim chorym i słabym w różnych placówkach służby zdrowia, tak teraz wszyscy pracownicy oświaty na czele z nauczycielami i dyrektorami szkół również znajdą się na pierwszej linii frontu. Będą przecież spędzać kilka godzin dziennie w „mrowisku” naszych pociech, które i w normalnych warunkach są bardzo trudne do upilnowania, a cóż dopiero w warunkach obostrzeń sanitarnych.

Życzę wszystkim nauczycielom z całego serca, by sprostali tym nowym wyzwaniom, by Pan Bóg chronił dzieci i ich pedagogów przed zachorowaniem. A wszystko po to, by szkoły mogły funkcjonować bez turbulencji i dzięki temu rodzice mogli chodzić do pracy i troszczyć się o byt swoich rodzin. Jako starsze pokolenie będziemy wspierać nasze dzieci i wnuki oraz ich nauczycieli naszymi codziennymi modlitwami.

A skoro piszę ten felieton w ostatnim dniu sierpnia, to przychodzą mi również na myśl jubileusze, trudne i nie świętowane razem w duchu ogólnonarodowej dumy z racji tego, co wydarzyło się 40 lat temu w Gdańsku, ani też z głęboką refleksją, która łączy się z kolejną rocznicą wybuchu najstraszniejszej wojny w dziejach, która nigdy nie powinna się powtórzyć. Szkoda, że nie jesteśmy jako naród razem w tak szczególnie ważnych chwilach. Małostkowość ludzi, brak szacunku do przeszłości i własnej historii (pytanie: do której?) niedobrze rokuje na przyszłość.

Czy tamci żołnierze, młodzi synowie naszego narodu, którzy od początku września 1939 roku tak bohatersko stawiali opór przeważającej sile okupantów, nie zasługują na to, by wszyscy współcześni Polacy – ich synowie i wnuki przecież – oddali im hołd i stojąc ramię w ramię wspominali ich bohaterstwo oraz cenę, jaką zapłacili?  Oni przecież stanęli wtedy również na pierwszej linii frontu, by bronić naszej egzystencji i honoru. Mamy wobec nich wielki dług wdzięczności!

I jeszcze jeden wątek – osobisty. Dzień 31 sierpnia przywołuję w pamięci jako dzień, w którym moje życie zawisło na włosku. Nieoczekiwany i rozległy zawał serca, który mi się przytrafił równo osiem lat temu, kazał mi zdefiniować na nowo sens i przyszłość mojego życia. Nie miałem żadnych wątpliwości, że Boża łaska i Jego opatrzność czuwały nade mną. Nie stało się to jednak w jakiś nadprzyrodzony sposób. Pan Bóg bowiem użył zwyczajnych ludzi: ratowników medycznych i kierowcy ambulansu, którzy dotransportowali mnie do szpitala i mimo zatrzymania akcji serca jeszcze w karetce dokonali udanej reanimacji przy użyciu defibrylatora.

Przypadek? Nie. Szczęście? Tak, absolutnie, ale znowu dzięki ludziom, którzy byli na pierwszej linii frontu walki o uratowanie mojego życia. Potem zaś lekarze i pielęgniarki oraz rehabilitanci, dzięki którym wróciłem po pewnym czasie do pełni sił i zdrowia. Ale gdyby nie Pan Bóg, mój Stwórca, który przedłużył mi życie, nie byłoby mnie już na tym świecie. On był absolutnie pierwszy przy mnie i obok mnie. Dlatego jestem Mu zawsze wdzięczny za łaskę życia i zdrowia, ale także jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy w każdej trudnej chwili mojego życia, jako prawdziwi przyjaciele – z moją kochaną żoną na czele – stanęli na pierwszej linii, by mnie wesprzeć, dodać otuchy i pomóc, kiedy nie dawałem rady! Chwała wszystkim „frontowym” bohaterom i ludziom wielkiego serca, których postawa jest odbiciem dobroci samego Boga! Panie, daj nam takich ludzi jak najwięcej!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Chłopaki nie płaczą

Kiedy w ostatnią niedzielę wieczorem w Lizbonie zakończył się finał tegorocznej edycji Ligi Mistrzów, na murawie stadionu płakało sporo twardych facetów. Ostatnie 95 minut walczyli jak lwy! Obie drużyny: Bayernu Monachium i Paris Saint Germain gryzły przysłowiową trawę, chwilami kości trzeszczały, zawodnicy obu zespołów nie oszczędzali siebie i swoich przeciwników, wszak futbol to przecież dyscyplina kontaktowa i dla mięczaków nie ma tam miejsca.

Kiedy jednak rozległ się przenikliwy gwizdek sędziego obwieszczający definitywne zakończenie tego najważniejszego meczu sezonu 2019/2020 w Europie, ci twardziele zapłakali jak małe dzieci. Ci, którzy należeli do ekipy Bayernu Monachium, płakali ze szczęścia na czele z Robertem Lewandowskim, dla którego ten moment był zwieńczeniem jego fantastycznego sezonu i dotychczasowej kariery piłkarskiej. Dla niego i jego kolegów był to zasłużony i solidnie wypracowany triumf, na który czekali kilkanaście ostatnich lat.

Kiedy więc nerwy puściły, a zwycięska batalia się skończyła, nie sposób było opanować wzruszenia i poczucia szczęścia z powodu spełnienia wieloletnich marzeń o najważniejszym klubowym sukcesie na naszym kontynencie. W ten sposób wchodzi się do historii futbolu i zapewne ten wyjątkowy sezon z pandemią w tle kibice będą pamiętać przez wiele następnych lat. Szczególnie niemieccy i polscy kibice będą rozpamiętywać ten wieczór. Zapewne wielu z nich także płakało ze szczęścia.

Z kolei ekipa klubu z Paryża też płakała, ale z powodu porażki. Tym bardziej, że oni także mieli szansę na ten triumf i to spore. Stanowili bowiem bardzo silną drużynę, która przy odrobinie szczęścia mogła po meczu płakać tak samo jak ekipa Bayernu – z powodu zwycięstwa. Ale niestety, zwycięzca może być tylko jeden. Dlatego bardzo poruszające były te obrazki po zakończeniu meczu finałowego, kiedy zawodnicy zwycięskiej drużyny podchodzili do swoich kolegów, z którymi rywalizowali o prymat klubowy w Europie, by ich szczerze pocieszyć i po prostu dzielić z nimi gorycz porażki. To było piękne i szlachetne!

Rodzice, a szczególnie ojcowie, uczyli zwykle swoich synów męskości powiadając, że „chłopaki nie płaczą”. Dziś ten skrót myślowy jest również na czasie, ponieważ nadopiekuńczość współczesnych rodziców jest czasem bardzo krzywdząca dla ich dzieci. Niby to paradoks, a jednocześnie wielka prawda, że dzisiejsze młode pokolenie – chłopców w szczególności – jest bardzo słabe emocjonalnie i psychicznie. Rodzice nie uczą chłopców odpowiedzialności, dyscypliny oraz odporności na stresy i niepowodzenia. Dlatego też byle porażka czy choćby małe niepowodzenie potrafią załamać lub trwale zniechęcić takich młodych chłopców do działania i przezwyciężania trudności. Wyrastają z nich słabi mężczyźni, którzy stają się z powodu swej słabości brutalni i bezwzględni – szczególnie w grupach, bo w pojedynkę są często tchórzami lub słabeuszami. Sami nie potrafią płakać i wzruszać się, za to płaczą ich rodzice oraz ofiary ich wybryków lub przestępstw.

W słynnej komedii z udziałem Kargula i Pawlaka pamiętamy zapewne scenę, gdy obaj skłóceni od zawsze sąsiedzi padają sobie w ramiona w akcie przebaczenia i pojednania po słynnym zdaniu z tego filmu: „Władek płacz, bo i ja płaczę”. Co prawda to filmowe pojednanie nie trwało zbyt długo, to jednak ukazuje taką sytuację, gdy czasem i faceci płaczą, bo mają istotny ku temu powód – oczywiście. Bo jeśli ktoś jest mężczyzną, lecz płacze i wzrusza się zbyt często, wtedy mówimy, że to mięczak. Choć niekoniecznie…

Pamiętam historię o patriarsze Józefie z pierwszej księgi w Biblii, która jest zapisana w rozdziałach 37-50 Księgi Rodzaju (I Mojżeszowej). Ten wielki Boży mąż często wzruszał się i płakał, ale nie był bynajmniej słabeuszem lub mięczakiem niestabilnym emocjonalnie. Przeżył zbyt wiele niezasłużonych krzywd i trudnych kolei losów, by jego serce miało stać się kamienne i nieczułe. Tym bardziej, że Pan Bóg pozwolił mu uporać się z nieprzebaczeniem swoim braciom, którzy tak mocno go skrzywdzili. On jednak potrafił w sposób niezwykle szczery i trwały przebaczyć im i odpłacić dobrem za złe. Czy był mięczakiem, bo płakał? Nie, był bowiem bohaterem wiary i człowiekiem wiernym Bogu!

I wreszcie przejmująca scena zapisana w Ewangelii Jana, kiedy Pan Jezus przychodzi do Betanii, gdzie kilka dni wcześniej umarł Łazarz. Jego ciało leżało już w grobie cztery dni. Widząc wielu płaczących i wzruszonych przyjaciół tego bogobojnego człowieka, którzy opłakiwali Łazarza i jego odejście z tej ziemi, Jezus również zapłakał nad jego grobem. Wzruszył się do głębi, a łzy popłynęły Mu po policzkach, co było widziane przez wielu. Jezus nie wstydził się swoich łez, bo one świadczyły o Jego wrażliwym sercu oraz o miłości i szacunku, jakim darzył On swego przyjaciela.

Nie każda ludzka łza jest dowodem słabości – szczególnie ta, płynąca po męskim policzku. Oczywiście, że męski płacz jest zwykle bardzo przejmujący, bo wtedy puszczają hamulce naszej męskiej dumy, a dajemy upust swoich najgłębszym uczuciom bądź zranieniom. Trzeba czasem wyrzucić z siebie to napięcie, że chłopaki nigdy nie płaczą, i nie wstydzić się swoich łez. My faceci też mamy swoje uczucia i emocje, rozterki i dramaty, chwile szczęścia jak i porażek. Dlaczego nie mielibyśmy czasem zapłakać? Oby tylko nasze łzy oczyszczały nasze serca i sumienia, uciszały nasze emocje, uwalniały od napięć i presji ponad nasze siły. A najważniejsze – aby przybliżały nas do Boga oraz do tych, których kochamy. Niech oni otrą czasem nasze łzy. Nasz Bóg na pewno o tym nie zapomni!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Mistrzowie zawodzą


Rok mamy wyjątkowy, wakacje też wyjątkowe i niepodobne do poprzednich. Ta wyjątkowość dotknęła niemal wszystkich ludzi oraz niemal wszystkich dziedzin naszego życia i wiadomo, z jakiego powodu. Mam tu na myśli również kibiców piłkarskich, którzy ostatnie miesiące cierpieli katusze nie mogąc pójść na mecze swoich drużyn na stadiony, choć jeszcze przed wakacjami udało się wznowić ligi krajowe, ale mecze odbywały się bez udziału publiczności. Okres wakacyjny był dla speców od kopania piłki również czasem zasłużonego, choć często krótkiego wypoczynku. W zależności od tego, w jakiej lidze i jakiej drużynie ktoś grał, tak też spędzał swoje wakacje. W mniej lub bardziej odległych, ciepłych krajach i w mniej lub bardziej ekskluzywnych warunkach.

Choć rozgrywki ligowe w wielu krajach zakończyły się już jakiś czas temu, to jednak na osłodę – jak smakowita wisienka na torcie – pozostała kibicom końcówka najbardziej prestiżowych w Europie rozgrywek Ligi Mistrzów. To zupełnie wyjątkowa sytuacja dla kibiców, którzy w sierpniu mogą delektować się futbolem na najwyższym poziomie. Gdy piszę ten tekst, jesteśmy jeszcze przed dwoma pojedynkami półfinałowymi. Kiedy w czwartek weźmiecie do ręki ten numer naszego Tygodnika, będzie już wiadomo, kto zagra o finał w najbliższą niedzielę w stolicy Portugalii – Lizbonie.

W tym roku mamy do czynienia z rzeczą zupełnie zdumiewającą. Otóż w końcowej fazie rozgrywek Ligi Mistrzów zabrakło drużyn z najsilniejszych lig europejskich, takich jak: hiszpańska, angielska i włoska. Pozostały za to dwie drużyny z ligi niemieckiej: Bayern Monachium i RB Lipsk oraz dwie drużyny francuskie: Olympique Lyon i Paris Saint-Germain. Myślę, że wielu z nas kibicuje szczególnie Bayernowi oraz naszemu kapitanowi reprezentacji – Robertowi Lewandowskiemu, który rozgrywa fantastyczny sezon i kandyduje do miana najlepszego piłkarza globu w sezonie 2019/2020.

Gdzie podziały się takie potęgi futbolu jak Real Madryt, Barcelona, Manchester City, Liverpool czy Juventus Turyn? Otóż wielcy mistrzowie przegrali, a niektórzy z kretesem, bo pokonali ich inni, często młodsi i głodni sukcesów pojedynczy gracze i całe drużyny, które postanowiły złamać monopol tych najbardziej utytułowanych klubów w Europie. Niektórzy przegrali z powodu złej taktyki lub polityki transferowej, inni z powodu słabości trenerów, którzy nie mieli charyzmy, by zmotywować swoich zawodników do zwycięskiej walki. Jeszcze inni pojedynczy mistrzowie nie dali rady, bo przez ostatnie lata budowali swoją markę, ale ostatnio bez wsparcia kolegów nie byli w stanie sami wygrać meczów swoich drużyn.

Najbardziej spektakularne porażki ponieśli w tym sezonie Ligi Mistrzów tacy wielcy i niekwestionowani mistrzowie futbolu jak: Lionel Messi, który od 20 lat gra w Barcelonie i ma dzisiaj 33 lata. czy 35-letni dziś Cristiano Ronaldo – wielka gwiazda Realu Madryt przez 9 lat, a od dwóch lider Juventusu. To wielkie nazwiska, a osiągnięcia tych dwóch panów są naprawdę imponujące! Niestety, tym razem mistrzowie, a może lepiej całe ich drużyny srodze zawiodły, czego spektakularnym symbolem była ostatnia sromotna porażka Barcelony z Bayernem w stosunku 2:8.

Czas robi swoje, młodzi i silni dochodzą do głosu, więc starzy mistrzowie sportu muszą wcześniej czy później odejść na sportową emeryturę. Nie zawsze bowiem się wygrywa. Tak bywa również z mistrzami gry politycznej. Myślę, że nieobojętna nam jest aktualna i bardzo napięta sytuacja polityczna na Białorusi, gdzie panujący od 26 lat prezydent tego kraju traci gwałtownie społeczne poparcie. A ponieważ to wszystko dzieje się tuż za naszą wschodnią granicą, więc życzylibyśmy sobie z pewnością, żeby dalszy bieg wydarzeń w tym kraju nie naraził na szwank naszego narodowego bezpieczeństwa.

Mamy wielu mistrzów w różnych dziedzinach naszego życia, ale ponieważ są to mimo wszystko tylko ludzie, więc ci mistrzowie też czasem zawodzą, albo wcześniej czy później muszą uznać wyższość innych, którzy stają się nowymi mistrzami na kolejne lata. Tak to już bywa w życiu, sporcie czy polityce.

Jest jednak taki Mistrz, któremu nikt i nigdy nie odbierze palmy pierwszeństwa, bo pozostanie On niedoścignionym Mistrzem na zawsze. To Jezus Chrystus – nasz wielki Pan i Mistrz, który pewnego dnia powiedział do swoich uczniów: „Niech was też nie tytułują: Mistrzu. Jeden jest waszym Mistrzem – Chrystus. Ten, kto większy wśród was, niech będzie sługą innych. Kto się będzie wywyższał, zostanie poniżony, a kto się będzie uniżał – zostanie wywyższony” (Ew. Mat 23,10-12).

Mistrzostwo w biblijnym kontekście ma zupełnie inny sens. Wiąże się bowiem nie z własnymi nadzwyczajnymi osiągnięciami, a przez to zachwytem milionów, którzy takich mistrzów podziwiają, ale ze służeniem innym ludziom. To nie daje nam co prawda prawa do używania tytułu „mistrz”, bo jest on zarezerwowany wyłącznie dla Jezusa, ale w duchowym sensie ten jest mistrzem (z małej litery), kto służy dobru innych, a nie zabiega o własną karierę działając wyłącznie dla własnych korzyści, rozgłosu i poklasku.

Jak powiedział mi mój przyjaciel – prawdziwy generał to nie taki dowódca, który dba wyłącznie o swoją pozycję i władzę w wojsku, ale ten, kto dba przede wszystkim o dobro powierzonych mu żołnierzy. To samo dotyczy trenerów, sportowców, polityków, duszpasterzy i innych. Jeśli tak nie będą czynić, to wtedy zawiodą – wcześniej czy później! Nasz Mistrz jednak nie zawiedzie nigdy!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Więcej światła!


W naszym rodzimym języku funkcjonuje określenie „ciemnogród”, które ma dość metaforyczne znaczenie.  Można by je opisać jako ciasnotę horyzontów, prymitywizm przestarzałych poglądów czy opinii lub myślenie pełne zabobonów bądź niesprawdzonych i dziwacznych teorii spiskowych. Takie pejoratywne określenie nie pasuje do naszego miasta, choć mieszkamy sobie na prowincji. Jest to jednak prowincja piękna i przyciągająca turystów zewsząd, co oczywiście daje nam trochę satysfakcji, zaś lokalnym przedsiębiorcom oraz całemu miastu dochodów, które cieszą.

Widać to po ruchu na ulicach naszego miasta, szczególnie w okolicy Placu Juranda, który nawet w weekendy wypełniony jest autami z różnych stron Polski i nie tylko. Kiedy więc jeżdżę czasem do innych miejsc i napotykam na spiętrzenie aut na drodze, które nasi rodacy w Chicago nazywają czasem zatwardzeniem, powiadam zwykle żartobliwie, że oto mamy przed sobą korek jak w Szczytnie. Ma to nasze miasto jakiś magnes, który przyciąga i ma ono swój urok, związany szczególnie z dwoma ładnie zagospodarowanymi jeziorami, które zachęcają do spacerów i delektowania się widokami zachodzącego słońca.

Dlaczego więc zacząłem ten felieton od określenia „ciemnogród”? Otóż spacerując dość regularnie szczególnie wokół naszego małego jeziora zauważyłem ostatnio, jak sukcesywnie ubywa lamp, które wieczorami nadają temu pasażowi miły i przyjazny nastrój. Jeszcze jesienią zauważyłem, że niektóre lampy przestały świecić, ale teraz jest jeszcze gorzej. Wczoraj wieczorem przeszedłem się więc jeszcze raz wokół Jeziora Domowego Małego i zabawiłem się w dziennikarza śledczego. Policzyłem mianowicie, że wokół tego jeziora aktualnie pali się 36 lamp, zaś zgasły aż 22 lampy. Są więc odcinki pasażu spacerowego pogrążone w ciemnościach, które czynią to miłe miejsce spacerowe coraz bardziej niebezpiecznym i nieprzyjaznym ludziom, którzy późniejszym wieczorem chcą po spiekocie dnia zażyć ochłody i relaksu.

Tymczasem mamy jeszcze sezon wakacyjny i wciąż sporo turystów, którzy chcieliby z pewnością skorzystać z tych spacerów, ale niestety, wokół jeziorka zrobił się „ciemnogród” w dosłownym znaczeniu tego słowa. Warto chyba zadbać o wymianę przepalonych żarówek, bo nie sądzę, że nasze miasto w ten sposób oszczędza na rachunkach za energię elektryczną. Jeśli bowiem nie wróci tu więcej światła, nasze jeziorko stanie się miejscem nieprzyjemnym i niebezpiecznym, a tego chyba nie chcielibyśmy. Nie chodzi bowiem tylko o turystów i dobrą opinię o naszym mieście w ich oczach, ale także o bezpieczeństwo naszych mieszkańców. Niektórzy rowerzyści bowiem pędzą czasem po tym pasażu i w ciemnościach może dojść do wypadku i nieszczęścia. Myślę też o dziewczętach, które czasem samotnie przemierzają te zaciemnione części naszego deptaka i są również narażone na niebezpieczeństwo.

Apeluję zatem do odpowiednich służb: Więcej światła! Poprawcie stan oświetlenia – nie tylko wokół samego jeziora, ale też w sąsiadującym parku, gdzie również nie palą się wszystkie latarnie. O Jeziorze Domowym Dużym nie wspomnę. Warto byłoby i tam wymienić wszystkie żarówki, które nie świecą. Będzie piękniej i z pewnością bezpieczniej! O czym uprzejmie donoszę, a kiedy dostrzegę zmianę w tej materii, niezwłocznie o tym napiszę i pochwalę. Dni powoli będą stawać się krótsze, a więc cała ta sprawa stanie się jeszcze bardziej aktualna i paląca.

Ktoś kiedyś powiedział dość filozoficznie, że ciemność to brak światła. Takie proste. Normalni i zwyczajni ludzie nie lubią za bardzo ciemności, w której jak ryby w wozie czują się wszelkiego rodzaju przestępcy i ludzie nieuczciwi. Tacy pod osłoną nocy lub ciemności dopuszczają się rzeczy niegodziwych i złych. W sensie biblijnym i duchowym rzecz ma się podobnie. Sam Pan Bóg już na początku dzieła stworzenia stworzył światłość. Tak bardzo lubimy więc, kiedy świeci słońce (oby tylko nie za mocno!), a nocą księżyc świeci również niezwykłym światłem odbitym. Zachwycają nas świecące na niebie gwiazdy, fruwające świetliki, nie mówiąc już o świetle płonącego ogniska.

Światło zawsze dobrze się nam kojarzy, z ciemnością jest zupełnie inaczej. W sensie dosłownym jak i metaforycznym. W ciemności nie tylko tracimy poczucie bezpieczeństwa, ale także orientację w przestrzeni, co czasem ma dość bolesne następstwa. „Życie w ciemności” – to w sensie biblijnym życie grzeszne, niegodziwe i podłe, zaś ludzkie przywary i grzechy określane są w Piśmie Świętym określeniem: uczynki ciemności, zaś sam szatan jest nazywany władcą ciemności.

Warto więc zadbać o to, by żyć w świetle Bożego Słowa i Bożej prawdy, to znaczy kierować się zasadami Bożymi w swoim postępowaniu oraz myśleniu i być posłusznym Bożym przykazaniom. Pan Jezus powiedział kiedyś do swoich naśladowców: „Wy jesteście światłością świata”, po czym dodał: „Tak niech wasze światło świeci wobec wszystkich. Niech ludzie zobaczą wasze szlachetne czyny i wielbią waszego Ojca w niebie” (Mt 5,14 i 16).

Tak więc życzę sobie i wam, Drodzy Czytelnicy: więcej światła w naszych sercach i umysłach! Więcej światła w naszych czynach i wzajemnych relacjach! Więcej światła w naszym sposobie myślenia i naszych poglądach na różne sprawy! Niech to będzie Boże światło, które jest w stanie rozświetlić mroki emocjonalnych zakamarków naszych dusz! Korzystajmy z tego Bożego światła! Ono nie pochodzi z nas, lecz jest darem niebios. Natomiast o więcej światła w naszym mieście niech zatroszczą się odpowiednie służby. Myślę, że żarówki się znajdą, a budżet naszego miasta na tym nie ucierpi.

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Życie w trybie online


Ostatnie miesiące, jakie udało nam się przeżyć dość szczęśliwie, wprowadziły nas w zupełnie nową rzeczywistość. Co prawda już wcześniej nauczyliśmy się korzystać z komputerów, Internetu oraz różnego rodzaju komunikatorów i mediów społecznościowych. Nie spodziewaliśmy się jednak, że w wielu dziedzinach naszego codziennego życia przyjdzie nam nauczyć się funkcjonować w trybie online. Mamy przy tym nowe, angielskie określenie w naszym potocznym języku, które nie ma naszego polskiego odpowiednika, a które zrobiło ostatnio globalną karierę. No cóż, pandemiczna rzeczywistość ma wpływ nawet na nasz język codzienny.

Zarówno nauczyciele jak i uczniowie musieli przestawić się na naukę online, ponieważ zmusiły ich do tego zamknięte szkoły. Było to – i nadal jest – ogromne wyzwanie dla wszystkich, w tym także dla rodziców, którzy muszą pomagać swoim pociechom w nauce „na odległość”. Rodzice, dzieci i nauczyciele mają jeszcze niecały miesiąc względnego odpoczynku od tych problemów, które jednak powrócą wraz z początkiem nowego roku szkolnego. Jaki on będzie? Nikt naprawdę nie wie – nawet ludzie odpowiedzialni za oświatę w naszym kraju. A przecież powinni wiedzieć i mieć plan, bo na to czekają nauczyciele i rodzice przede wszystkim. Nas to na szczęście nie dotyczy, bo nasze dzieci są już w wieku pomaturalnym, ale ich dzieci już jak najbardziej.

Wielu ludzi pracujących w różnych branżach również musiało się przestawić na pracę online. Widziałem to na przykładzie mojej córki, która musiała nauczyć się pracować z domu. Mimo, że jest bardzo zdolna i bystra, to i dla niej było to również bardzo poważne wyzwanie. Tym bardziej, że zaczynała pracę w nowym miejscu i na nowym, odpowiedzialnym stanowisku. Dzięki tej zmianie sposobu pracy pierwsze i najtrudniejsze tygodnie mogła być razem z nami, z czego skwapliwie skorzystaliśmy, bo nauczyła nas pracować online na ZOOM-ie.

Dzięki temu i nasza praca polegająca m. in. na propagowaniu studiowania Słowa Bożego wśród różnych ludzi przeniosła się na tę płaszczyznę. Początkowo byliśmy głęboko zaniepokojeni, kiedy obostrzenia epidemiczne zamknęły nam drzwi do bezpośrednich spotkań i studiów biblijnych w grupach w naszym kościele w Szczytnie, jak i w innych lokalnych kościołach, które odwiedzaliśmy, prowadząc jednodniowe, interaktywne seminaria biblijne dla wszystkich chętnych i spragnionych poznawania Boga oraz Jego woli zapisanej na kartach Pisma Świętego. Dziś każdego tygodnia mamy kilka kontaktów w trybie online z grupą kilkudziesięciu osób z różnych miejsc w Polsce i na świecie, zaś transmisje z naszych zajęć w Zborowej Szkole Biblijnej w Warszawie oglądały wręcz setki ludzi.

Pamiętam, kiedy jeszcze nie tak dawno piastowałem urząd rektora Wyższego Baptystycznego Seminarium Teologicznego w Warszawie. Marzyliśmy wtedy o uruchomieniu studiów teologicznych również w formule e-learningu. Wymagało to jednak wyposażenia w dość drogi sprzęt i przeszkolenia zarówno wykładowców jak i studentów, jeśli chodzi o tego typu studiowanie „na odległość”, bez konieczności przyjeżdżania na comiesięczne zjazdy weekendowe i pobierania wiedzy bezpośrednio od naszych nauczycieli akademickich.

Dziś właściwie wszystkie uczelnie oraz seminaria teologiczne nauczyły się i przestawiły na studiowanie online, przy czym nowe i łatwe komunikatory pozwalają w o wiele prostszy sposób kontaktować się ze studentami i przekazywać im wiedzę. Mamy więc nowe czasy i nowe wyzwania, którym nie tak łatwo sprostać, ale trzeba było dać radę, przełamać swoje własne ograniczenia i obawy, co i mnie samemu nie przyszło bez trudności. Ale w końcu od czego ma się bystrą córkę i nie mniej zdolną „w te klocki” żonę. Obie pomogły mi, cierpliwie przeszkoliły i cieszę się, że mogę kontynuować swoją pracę, a przez to mogę mieć duchowy wpływ na jeszcze większą liczbę osób. Paradoksalnie – mimo ograniczeń – krąg osób zdecydowanie się powiększył, za co oczywiście chwała Panu Bogu!

Mieliśmy więc nabożeństwa online, kazania nagrywane i wygłaszane online. Jako pastorzy baptystyczni nagraliśmy również wspólnie zaśpiewaną pieśń, choć każdy nagrał swoją partię w domu ze słuchawkami na uszach. Ktoś zdolny złożył to wszystko razem, profesjonalnie zmiksował i wyszedł z tego wspaniały hymn uwielbienia dla Boga! Ciekawe czasy nam nastały!

Na tle tych rozważań rodzi się refleksja, że nasza relacja z Bogiem może być albo pozorna,  iluzoryczna, albo żadna. Może też przypominać naszą relację z innymi w trybie online. Choć mamy tak łatwą możliwość skontaktowania się z innymi, słuchania i oglądania różnych nabożeństw, wspólnego studiowania Słowa Bożego bez konieczności wychodzenia z domu i tracenia czasu na dojazdy, to jednak musimy wykazać zainteresowanie, chęć włączenia się i uczestniczenia w tego typu ważnych spotkaniach, które służą naszemu duchowemu dobru i wzrastaniu w wierze oraz w poznawaniu Boga. Trzeba jednak chcieć, mieć ten duchowy głód, a potem wystarczy kliknąć w link i to wystarczy, by się połączyć i razem czytać oraz studiować Słowo Boże. Wystarczy do mnie wysłać wiadomość e-mailową, a wyślę link i…… do zobaczenia w komputerze.

Oczywiście, że spotkanie z innymi na ZOOM-ie to nie to samo, co spotkać się „w realu” (cóż to za język się zrobił!). Podobnie rzecz się ma z naszą relacją z Bogiem. Przez wiarę czujemy wyraźnie, że On jest blisko nas i towarzyszy nam w codziennych sprawach, choć nie widzieliśmy Go na własne oczy. Ale przyjdzie taki dzień, kiedy zobaczymy Go twarzą w twarz, zobaczymy naszego Zbawiciela i zamieszkamy z Nim w domu Ojca. Skończy się nasze duchowe życie z Bogiem jakby na odległość. Błogosławiony ten, kto wierzy w to bez cienia wątpliwości!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Huśtawka

Huśtawka

Patrząc na tytuł dzisiejszego felietonu możecie – Drodzy Czytelnicy – odnieść pierwsze wrażenie, że tzw. „sezon ogórkowy” mamy w pełni i trudno nam felietonistom znaleźć dziś temat świeży i interesujący. Tymczasem zapewniam was, że dziś nie będzie o banalnym sprzęcie na niemal każdym placu zabaw, jakim jest huśtawka – skądinąd lubiana przez dzieci, ale przez dorosłych o wiele mniej – ale o czymś znacznie poważniejszym.

Pamiętam, jak przed laty, kiedy moje wnuczki były bardzo małe i przyjeżdżały do nas do Radości, bardzo lubiły pobujać się na huśtawce na placu zabaw w naszym kościelnym ośrodku. Zapraszały mnie, bym szedł razem z nimi, a następnie bujał je, co trwało czasem dość długo i było dość poważnym kondycyjnym wyzwaniem dla mnie, szczególnie po przebytym wtedy zawale serca. Ale dałem radę – choć łatwo nie było.

Dziś dziewczynki są coraz większe i właśnie dzisiaj zaliczyły kąpiel w Jeziorze Domowym Dużym, bo od plaży dzieli nas zaledwie kilka kroków. Nie minie zbyt wiele czasu, a zaczną się „bujać” w chłopakach, zaś nastolatkowe huśtawki nastrojów już je dopadają, co jest utrapieniem ich rodziców na co dzień. Dobrze, że mamy je od święta, bo jesteśmy już oboje z żoną w takim wieku, kiedy spokój ceni się bardzo – podobnie jak zdrowie.

Huśtawki społecznych nastrojów nadal nam dokuczają, choć myśleliśmy, że po kampanii wyborczej zaznamy wreszcie więcej społecznego spokoju, pocieszymy się urlopowaniem i odpoczywaniem w naszych polskich, swojskich warunkach. Gdzie tam, życie polityczne toczy się dość wartko, a ponadto coraz groźniej zaczynają wyglądać dobowe wskaźniki zachorowalności na koronawirusa. Jeszcze nie tak dawno oficjalnie ogłaszano, że daliśmy sobie radę z pandemią, zaczęliśmy cieszyć się zniesieniem wielu obostrzeń, a tymczasem robi się znowu coraz groźniej i w końcu nie wiadomo, czy to zagrożenie realnie nadal istnieje, czy też jest to nadal jedna wielka „ściema” – jak mawiają ignoranci i domorośli spece od wirusologii. Huśtawka opinii i ocen – aż się patrzy!

Pogoda tego lata jakby dostroiła się do tych wahań i również raczy nas kapryśnymi i nagłymi zmianami temperatury. Wszak raz jest pięknie i słonecznie, by już następnego dnia było zimno, a do tego deszcz i deszcz. Gdzie podziała się zapowiadana susza? Oczywiście, że lepiej mieć obfitość opadów niż suszę, ale i w tej karuzeli pogodowej można zakręcić się jak w wirówce. Znowu huśtawka klimatyczna i temperaturowa, jak chociażby wczoraj, kiedy wracałem autem z Warszawy do Szczytna. W ciągu jednej godziny temperatura spadła z 28 do poniżej 20 stopni Celsjusza. Niewiele brakowało, by trzeba było przestawić w aucie klimatyzację na ogrzewanie! Czy tak będzie do końca wakacji? Panie Boże, daj nam trochę więcej słońca i ciepełka – niech pogrzeje nas trochę dłużej i stabilniej, zanim lato się skończy i nadejdzie znowu chłodniejsza jesień.

Huśtawki nastrojów to również bardzo dotkliwe zjawisko w kontekście naszych doznań emocjonalnych. Tak, jak trudne do zniesienia są wahania temperatury lub ciśnienia atmosferycznego, tak również trudno znieść sytuacje, które targają naszymi emocjami, szarpią nasze nerwy i wystawiają na próbę naszą emocjonalną i psychiczną wytrzymałość. Jako ludzie potrzebujemy nie tylko stabilizacji finansowej, która w wyniku ostatnich zawirowań epidemiologicznych dotknęła wielu ludzi, ale również stabilizacji w naszym życiu uczuciowym i emocjonalnym. Po to też mamy wakacje i urlopy, by podreperować zszargane nerwy, odpocząć od stresów i presji dnia codziennego, wyciszyć się, zrelaksować i po prostu wrócić do emocjonalnej równowagi.

Kiedy więc przeczytałem dzisiaj w Internecie o 61-letnim mężczyźnie, który zadźgał na śmierć swoją żonę, a potem sam rzucił się z 10-tego piętra i zginął na miejscu, to myślę z trwogą, co musiało się stać i jak horrendalnie silne, negatywne emocje musiały zawładnąć tym człowiekiem, by stał się zdolny do tak strasznego czynu i do własnej samodestrukcji! Przytaczam ten ekstremalnie tragiczny przykład by pokazać, że huśtawki nastrojów i silnych emocji – od pozytywnych do negatywnych – mogą stać się wielkim niebezpieczeństwem i zagrożeniem dla nas i dla innych.

Dziś po naszym porannym nabożeństwie w kościele rozmawiałem z jednym mężczyzną, który ostatnio zaczął przychodzić do naszego kościoła. Opowiedział mi o swoich problemach z przeszłości oraz uzależnieniu od alkoholu, które udało mu się przezwyciężyć. Dziś przychodzi do kościoła schludnie ubrany i zadbany, by słuchać Słowa Bożego i budować się jego treścią. W czasie naszej rozmowy powiedział do mnie zdanie, które zabrzmiało mniej więcej tak: „Lubię do was przychodzić, bo macie w sobie tyle radości i pokoju. Głosicie Słowo Boże, które uczy mnie, jak mam żyć i co mam robić, aby mieć pokój. To mi bardzo pomaga”.

Jeśli ten człowiek tak myśli i czuje, to bardzo miło, ale mam świadomość, że nie wynika to z tego, że jesteśmy lepsi od innych czy bardziej święci, tylko dlatego, że zapraszamy do naszego życia Pana Boga i świadomie prosimy Go o to, by pomagał nam panować nad emocjami, nad naszymi huśtawkami nastrojów i wszelkimi życiowymi zawirowaniami. „Tylko w Bogu jest uciszenie duszy mojej” – jak mawiał psalmista Dawid (Ps 62,2). Tego uciszenia powinniśmy pragnąć i szukać go u Pana Jezusa, który powiedział: „Pokój mój daję wam” (Ew. Jana 14,27). Bez tego pokoju w sercu będziemy ciągle doświadczać różnych „huśtawek”, które są bardzo niezdrowe – szczególnie dla dorosłych!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Radość z narodzin


Narodziny dziecka to zawsze wielka radość dla rodziców, podwójna dla dziadków, a także radość i dobra wiadomość dla przyjaciół i bliskich. Ostatnio kibicowaliśmy w naszym kościele jednej rodzinie, która spodziewała się kolejnego dziecka i oto dziś rano dowiedziałem się, że jest nowa istota na tej ziemi – Ola. Pogratulowałem rodzicom i dziadkom oraz podziękowałem Bogu za wysłuchane modlitwy w tej kwestii. Teraz będziemy poprzez modlitwy wspierać mamę w jej powrocie do sił, a małej Oleńce życzymy zdrówka i prawidłowego rozwoju.

Przypomniało mi to sytuacje, kiedy rodziły się dzieci w naszym małżeństwie. Na wieść o narodzinach naszego pierworodnego omal nie udusiłem swojej teściowej – oczywiście z radości, żeby nie było, iż miałem jakieś zbrodnicze zamiary wobec niej. W końcu to matka mojej żony i babcia moich dzieci. Cieszyłem się bardzo i chodziłem dumny jak paw, bo nieważne czy to będzie dziewczynka czy chłopiec. Najważniejsze, żeby był syn – przynajmniej ten pierwszy. Kiedy po kilku dniach od urodzenia odbierałem go ze szpitala i kiedy wziąłem go na ręce pierwszy raz, zrobiłem taką minę (jaką? – nie wiem do dziś), że pielęgniarki i lekarz wybuchli śmiechem. Pewnie na mym ojcowskim obliczu zagościł zachwyt nad tym cudem zmieszany z zaskoczeniem nad wielkością mojego potomka oraz nieporadnością, bo jak to trzymać taką kruszynkę…

Z odbiorem drugiego syna było już trochę lepiej. Miałem minę bardziej naturalną, choć nie ukryłem zdziwienia, że miał tak długie paluszki u rąk – jak pająk. Dziś to dryblas przewyższający swoich rodziców i rodzeństwo, które też nie grzeszy wzrostem, jako że i rodzice to nie ułomki przecież. O córce nie wspomnę, bo pojawiła się na świecie jak wisienka na naszym rodzinnym torcie i szybko zawładnęła sercami nas wszystkich, a szczególnie sercem jednego faceta. Wiadomo, tatusiowa córeczka!

Jako młodzi rodzice nie wierzyliśmy wtedy swoim rodzicom i dziadkom, że wraz z przyjściem na świat pierwszego, a potem dwojga następnych dzieci świat już nie będzie taki sam. Zajęliśmy się własnym rodzicielstwem, wyrażając wielokrotnie wielką wdzięczność Bogu za ten cud i przywilej posiadania własnych, biologicznych dzieci, a także za to, że urodziły się, a potem wychowały zdrowo i szczęśliwie. Co oczywiście nie znaczy, że bez przygód i różnych doświadczeń. Podrapane kolanka i łokcie to była codzienność, wszak wychowywaliśmy nasze dzieci jako „toksyczni rodzice”. Tak się dzisiaj nazywa ojców i matki starej daty, którzy bez większych obaw wypuszczali dzieci na dwór, pozwalali bawić się z kolegami, nie bali się zarazków i innych zagrożeń. Żyło się normalnie i dzieci wychowywało się normalnie. I – dzięki Bogu – wyrosły na normalnych ludzi, a nie na emocjonalne i nieodpowiedzialne niedorajdy wychowywane bezstresowo, chuchane i dmuchane, bo wszystko mają za darmo i pod nosem, ale nie są przygotowane do samodzielnego życia, jak to często dzisiaj bywa.

W ostatnią niedzielę miałem przywilej przemawiać do dzieci i nastolatków. Pytałem ich o daty urodzin i imiona ich rodziców. „Czy pamiętacie dzień swoich urodzin?” – zapytałem. Niektóre dzieci powiedziały mi nawet o godzinie i minutach tego dnia, kiedy się urodziły. „Skąd to wszystko wiecie?” – ciągnąłem. W odpowiedzi usłyszałem: „Mama nam mówiła”. O tatusiach nie wspominały jakoś.

W dalszej części swojego „kazania” do dzieci, które są o wiele bardziej wymagającymi słuchaczami od dorosłych, zacząłem im opowiadać o pewnym człowieku, który przyszedł w nocy, by na osobności porozmawiać z Panem Jezusem. Dzieci od razu odgadły, że chodzi o Nikodema (Ew. Jana r. 3). Wtedy przypomniałem im, że Jezus powiedział do tego człowieka zdanie, że – jak to mówicie dzisiaj – szczena mu opadła (chciałem mówić ich językiem). Dzieciaki natychmiast zareagowały: Nie szczena,, lecz kopara!!

Zrozumiałem, że mój młodzieżowy slang trąci już nieco myszką, więc mówiłem dalej. Otóż Pan Jezus powiedział do Nikodema, że musi się urodzić drugi raz. „Jak myślicie – zapytałem swoich małych słuchaczy – co Pan Jezus miał na myśli?” Jedna z dziewczynek podniosła rękę i stwierdziła rezolutnie: „To znaczy, że musi się nawrócić”. Miała absolutną rację. Innymi słowy: narodzić się duchowo dla Boga, by odtąd żyć dla Niego i dla Jego chwały!

Kiedyś na chrześcijańskich obozach śpiewaliśmy pieśń, która zaczynała się od słów: „Panie, chcę być dzieckiem Twoim w sercu mym”. Pierwszy raz takie pragnienie wyraziłem w swoim życiu, kiedy miałem 13 lat, a moja żona – jako niespełna 11-letnia dziewczynka. Kiedy opowiedziałem o tym dzieciom, zapytałem: „A może ktoś z was chciałby dzisiaj powiedzieć takie same słowa?”. Wraz z wieloma dorosłymi opiekunami byłem bardzo wzruszony, kiedy po kolei wychodzili na środek chłopcy i dziewczynki i biorąc do ręki mikrofon mówiły z przejęciem: „Panie, chcę być dzieckiem Twoim”. To były ich szczere, dziecięce modlitwy, które Pan Bóg na pewno usłyszał.

A my, dorośli? Jeśli nie staniemy się jak te dzieci, nie wejdziemy do Królestwa Bożego. Tak powiedział nasz Pan Jezus Chrystus. Bo choć urodziliśmy się fizycznie z woli najpierw Pana Boga, a potem naszych ziemskich rodziców, to jednak duchowe narodziny są kwestią naszego świadomego i niewymuszonego przez nikogo wyboru. Nieważne, w którym momencie swojego życia, ale warto urodzić się dla Boga, by potem żyć po Bożemu i dla Jego chwały! Każde takie narodziny – to wielka radość w niebie! Czy niebo cieszyło się już z twojego powodu?

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Sprzątanie po wyborach


Możemy wreszcie odetchnąć po długiej i burzliwej, właściwie podwójnej kampanii wyborczej, która zmęczyła emocjonalnie naszych rodaków od Bałtyku po Tatry. Wybory zostały rozstrzygnięte, mamy zwycięzcę oraz tego, który przegrał, choć ostateczny wynik nie był wcale tak oczywisty. Czas więc posprzątać plakaty i banery wyborcze, uznać fakty, uspokoić emocje i wziąć się do roboty, albo pojechać na wakacje.

Chyba lepiej od polityków mają na przykład piłkarze. Ci bowiem po zakończeniu sezonu ligowego jadą na wakacje, w tym roku chyba krótsze, bo trzeba zakończyć rozgrywki tegorocznych i zachwianych przez koronawirusa rozgrywek Ligi Mistrzów, ale to dotyczy najlepszych drużyn europejskich. Pozostali pojechali na zasłużony odpoczynek i pławią się w luksusach po ciężkiej pracy na treningach i boiskach.

Politycy natomiast po tak wyczerpującej kampanii wyborczej muszą jednak zakasać rękawy i „posprzątać” po wyborach. Przegrani muszą przeanalizować, dlaczego nie udało się wygrać, zaś wygrani muszą zabrać się za spełnianie wyborczych obietnic, bo na to liczą z pewnością ci, którzy na nich głosowali. Piszę w liczbie mnogiej, bo znowu okazało się, że nadal nasze społeczeństwo jest podzielone na pół i rację mają ci, którzy uważają, że trzeba będzie kilku pokoleń, by ewentualny rów podziałów zasypać, albo przynajmniej uczynić mniejszą czeluścią.

Musimy więc cierpliwie i mozolnie uczyć się rozmawiać, różnić w sposób cywilizowany, okazywać sobie nawzajem elementarny szacunek, na który każdy z nas przecież zasługuje. Nie będzie łatwo i nie będzie lekko. Nie możemy jednak zwolnić albo poddać się w tej walce o scalenie rozdartego na pół narodu. Najwięcej zależeć będzie od tych najważniejszych osób w państwie, w tym szczególnie od tych dwóch panów, którzy stoczyli bój wyborczy w ostatnią niedzielę.

Jestem bardzo ciekawy i będę z wielką uwagą obserwował, co obaj ci ważni politycy będą czynić praktycznie w najbliższych miesiącach i latach, by pokazać swoim wyborcom, że można się szanować i że należy próbować wszelkich sposobów na ucywilizowanie naszej polskiej polityki w najbliższej przyszłości. Wiem, że jestem niepoprawnym optymistą, ale jeśli nie będzie jakiejkolwiek zmiany klimatu politycznego w Polsce po wyborach prezydenckich 2020, to będzie nam się żyło i współżyło ze sobą w Polsce coraz gorzej i gorzej, a chyba tego nie chcielibyśmy doświadczać.

Każdy z nas oddawał swój głos na jakiegoś kandydata i w ten sposób udzielał mu kredytu zaufania. Bardzo poważny kredyt zaufania otrzymał zarówno zwycięzca tych wyborów, jak i jego konkurent. Obaj obiecywali wiele rzeczy i teraz wszyscy będziemy obserwować i oceniać, czy będą godni zaufania czy nie, a nade wszystko czy będą Polskę sklejać, czy w tym dole nienawiści dalej grzebać i pogłębiać go. Oby tak się nie stało, bo przecież wszyscy jesteśmy Polakami i tak bardzo potrzebny jest nam spokój i zgoda, której wciąż nam brak i to bardzo.

I znowu wypada przypomnieć znaną zasadę z Pisma Świętego, która nakazuje nam, chrześcijanom, modlić się o rządzących, abyśmy mogli prowadzić „życie ciche i spokojne, z całą pobożnością i godnością. To jest wspaniałe i miłe Bogu” (1 Tym 2,2-3a). Jak to byłoby wspaniale, gdyby właśnie ci najważniejsi ludzie władzy kierowali się prawdziwą, niekłamaną pobożnością i godnością! Wtedy nasz kraj wyglądałby zupełnie inaczej niż obecnie. A więc mamy bardzo poważny temat do modlitwy, która z pewnością będzie się podobać Bogu, na co wskazałem w powyższym cytacie z Nowego Testamentu.

Oczywiście, że nie zmieni się nic, jeśli my, szarzy obywatele, nie będziemy się także kierować pobożnością i godnością w naszych wzajemnych relacjach. Trzeba będzie nadal spotykać się ze sobą w pracy, na wczasach, na rodzinnych uroczystościach, w kościołach i urzędach. Nie jesteśmy jedynym narodem na świecie, którego obywatele mają różne poglądy polityczne i konkurujące ze sobą partie lub frakcje polityczne. W końcu jesteśmy dużym, wielomilionowym narodem w środku Europy. Starajmy się więc wyciszać nasze emocje, gasić animozje, likwidować wszelkie formy nienawiści i pogardy. Trzeba nam dalej żyć razem dla siebie, a nie przeciw sobie.

„Komu więcej dano, od tego więcej będzie się wymagać” i „każdy za samego siebie odpowie przed Bogiem, swoim Stwórcą” – czytamy w Piśmie Świętym. To dotyczy wszystkich nas bez wyjątku, również polityków i ludzi odpowiedzialnych za sprawowanie władzy w naszej ojczyźnie. Bo władza to odpowiedzialność – nie tylko wobec narodu, ale również wobec Boga, od którego ona pochodzi.

Tak więc w nastroju modlitwy i wyciszenia po wyborczej burzy udajmy się na wakacyjny wypoczynek. Cieszmy się zrelaksowani, zregenerujmy nadszarpnięte nerwy, pobądźmy trochę więcej na łonie natury, spędzajmy czas z naszymi dziećmi i miejmy nadzieję, że prawdziwe, gorące lato wkrótce nadejdzie, bo dokuczają nam ostatnio chłody, nie tylko polityczne. Niech będzie cieplej nie tylko na dworze, ale również w naszych sercach.

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

O pokorze


W ostatnią niedzielę uszanowałem w pełni tzw. ciszę wyborczą i wygłosiłem w naszym kościele kazanie pt. „Pyszny czy pokorny – jaki jestem?”. Temat ten nie miał nic wspólnego z toczącym się procesem wyborów prezydenckich, natomiast zachęcił słuchaczy do pomyślenia o własnej postawie i charakterze. Kościół nasz nie jest bowiem miejscem agitacji politycznej, więc zadawaliśmy sobie raczej pytania dotyczące naszych codziennych wyborów – małych i poważniejszych, które mają wpływ na nasze życie i na naszą przyszłość.

Przygotowując to kazanie wcześniej, chciałem również odpocząć od atmosfery kampanii wyborczej, tym razem krótkiej, więc chyba ostrzejszej niż zwykle i chwilami zbyt brutalnej. Niestety, będziemy musieli się z tą atmosferą zmagać przez kolejne dwa tygodnie aż do drugiej tury.

W swoim życiu byłem wybierany parokrotnie na pewne stanowiska w Kościele Chrześcijan Baptystów, ale nigdy nie prowadziłem żadnej „kampanii wyborczej” na rzecz swojej kandydatury. Demokratyczne reguły są co prawda stosowane w naszej denominacji, ale dla mnie osobiście czymś obcym jest promowanie siebie samego w taki sposób, aby w końcu mnie wybrano. Piastowałem więc parę funkcji bez konieczności autopromocji, wszak uważałem i nadal uważam, że moje miejsce w pracy kościelnej to kwestia Bożego powołania, a nie reguł demokratycznych. I tak się rzeczywiście działo. Nie musiałem z nikim konkurować bezpośrednio, ani też nie dyskredytowałem nikogo, kto potencjalnie pretendował do objęcia tego stanowiska, które w końcu stało się moim udziałem. Za to jestem Panu Bogu bardzo wdzięczny.

W czasie ostatniego niedzielnego nabożeństwa przywoływałem słynne zdanie z Listu Jakuba: „Bóg się pysznym przeciwstawia, lecz pokornych darzy łaską” (4,6). Prawda ta jest obecna w kilku innych miejscach Pisma Świętego, gdzie wspomina się wielu ludzi wielkich, choć bardzo pokornych i posłusznych Bogu, takich jak: Mojżesz, Jan Chrzciciel, Apostoł Paweł czy wreszcie sam Pan Jezus, który kiedyś powiedział do swoich słuchaczy: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,29).

Taka metoda postępowania i taka cecha charakteru nie ma jednak racji bytu w polityce, choć bardzo szkoda. Brutalne reguły kampanii wyborczych stoją bowiem w jaskrawej sprzeczności z duchem pokory wyrażającej się również w szacunku do drugiego człowieka. Podobnie nieprzydatne w polityce jest również zdanie napisane przez Apostoł Piotra, które brzmi następująco: „Wszyscy przyjmijcie postawę pokory względem siebie nawzajem, gdyż Bóg pysznym się przeciwstawia, a pokornych obdarza łaską (…). Uniżcie się pod mocną ręką Boga” (1 P 5,5-6). Jeśli nie potrafię uszanować innych, których widzę, nie mogę się oszukiwać, że szanuję Boga, którego nie widzę i że jestem Mu posłuszny! Takich standardów Bóg spodziewa się od swoich dzieci. Tylko dlaczego politycy nie mieliby nimi być?

Zanim więc poszliśmy zagłosować, uczyliśmy się w naszym kościele, że ważna jest nie tylko nasza wiedza o Bogu i znajomość Słowa Bożego, ale także nasz charakter: przesiąknięty albo pokorą, albo pychą. Pan Bóg obserwuje nasze życie i nasze postawy, a ponadto reaguje zarówno na pokorę, by pokornych wywyższyć, jak i na pychę, by pysznych poniżyć, przeciwstawić się im bądź nawet ich ukarać.

Nie ma bowiem w sercu człowieka prawdziwej pokory bez miłości do Boga i bliźnich oraz szacunku do autorytetów! Ponadto pokora jest znakiem, że jestem prawdziwym naśladowcą mojego pokornego Zbawiciela! Jeśli natomiast mam serce pyszne, dumne, aroganckie, wyniosłe, zbyt pewne siebie – to oznacza, że jestem świadomym lub nieświadomym naśladowcą, wręcz dzieckiem diabła – ojca nie tylko wszelkiego kłamstwa, ale również buntu i permanentnego nieposłuszeństwa Bogu.

Pokora ma być więc nieodłącznym elementem naszego charakteru, naszej postawy oraz codziennym stylem naszego życia! Przez niekłamaną pokorę wyrażam moją miłość i szacunek do Boga i do innych ludzi, a także do ustanowionych praw i porządków – Bożych i ludzkich! Najwięcej dobra dla ludzkości uczynili bowiem ludzie wielcy w swej pokorze, natomiast najwięcej zła uczynili ludzie pyszni, aroganccy, mający chore ambicje i zbrodnicze plany!

Pan Bóg przeciwstawia się pysznym. Nie chciałbym więc nigdy przeżyć upokorzenia ze strony Boga. Pragnę żyć tak, aby być przez Niego doceniony, wywyższony i móc doświadczyć od Niego przychylności. Bo jeśli Bóg będzie mi się sprzeciwiał, to upokorzy mnie i sprawi, że upadnę bardzo nisko! Kara za pychę jest bardzo bolesna i dotkliwa i może mnie zaprowadzić do piekła.

Pan Bóg w swoim Słowie lojalnie uprzedza nas dzisiaj przed katastrofalnymi skutkami ludzkiej pychy, buty i wyniosłości, zaś Pan Jezus zachęca nas dzisiaj: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokorny sercem”. Drodzy chrześcijanie: bądźmy dobrymi uczniami i posłusznymi naśladowcami naszego pokornego, a przez to wielkiego Zbawcy i Pana!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

a) Job 22,29-30 – Bóg utrąca pychę, a pokornym zsyła wybawienie,

b) Ps 147,6 – bezbożnych poniża do ziemi, bo są pyszni,

c) Ps 149,4 – Bóg ozdabia pokornych zbawieniem,

d) Przyp 3,34 – pokornym Bóg okazuje przychylność,

d) Przyp 29,23 – pyszni upadają bardzo nisko, pokorni dostępują czci,

e) Mt 23,8-12 – „kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się będzie uniżał – zostanie wywyższony”,

f) 1 P 5,5-6 – „wszyscy przyjmijcie postawę pokory względem siebie nawzajem, gdyż Bóg pysznym….. Uniżcie się pod mocną ręką Boga”.

Jeśli nie potrafię uszanować innych, których widzę, nie mogę się oszukiwać, że szanuję Boga, którego nie widzę i że jestem Mu posłuszny!

Przykład: ten czas ograniczeń jest testem sprawdzającym naszą pokorę!

2. Przykłady ludzi pysznych, których Bóg poniżył:

a) Daniela 4,26-31 – upokorzenie Nebukadnesara: Bóg dał mu 12 miesięcy na opamiętanie – nie skorzystał,

b) Dz 12,21-23 – upokorzenie Heroda Agryppy I (wnuka Heroda Wielkiego) – nie oddał on bowiem chwały Bogu!

c) 1 Sam 10,20-24 – Bóg wywyższa pokornego Saula i czyni go królem Izraela,

     1 Sam 15,9-12 – Saul staje się pysznym,

     1 Sam 15,13-23 – Bóg odrzuca Saula i pozbawia go tronu (zginął w bitwie)

3. Pokora – cnotą i wyróżnikiem prawdziwych dzieci Boga:

a) Mojżesz – najpokorniejszy człowiek na ziemi (Liczb – 4M 12,3) – wywyższony przez Boga jako zakonodawca i wielki duchowy przywódca Izraela,

b) Jan Chrzciciel – J 3,30 – największy z proroków w opinii Pana Jezusa

c) Ap. Paweł – 1 Kor 2,1-5 – nieśmiały i niepewny,

                           1 Kor 8,13 – gotowy na poświęcenia dla dobra braci.

d) Pan Jezus: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy (albo: łagodności – NP) i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,29

4. WNIOSKI:

– ważna jest nie tylko nasza wiedza o Bogu i znajomość Słowa Bożego, ale także nasz charakter: przesiąknięty albo pokorą, albo pychą,

– Pan Bóg obserwuje mnie i ciebie i reaguje zarówno na pokorę (by wywyższyć) jak i na pychę (by poniżyć, przeciwstawić się bądź ukarać),

– nie ma pokory bez miłości do Boga i bliźnich oraz szacunku do autorytetów!

– pokora znakiem, że jestem prawdziwym naśladowcą mojego pokornego Zbawiciela!

– pokora zapewnia nam ukojenie duszy!

– jeśli natomiast mam serce pyszne, dumne, aroganckie, wyniosłe, zbyt pewne siebie – to oznacza, że jestem świadomym lub nieświadomym naśladowcą/dzieckiem diabła – ojca nie tylko wszelkiego kłamstwa, ale również buntu i permanentnego nieposłuszeństwa Bogu.

– pokora ma być więc nieodłącznym elementem naszego charakteru/postawy oraz stylem naszego życia!

– przez niekłamaną pokorę wyrażam moją miłość i szacunek do Boga i do innych ludzi, a także do ustanowionych praw i porządków – Bożych i ludzkich!

– pokora nie ma nic wspólnego z kompleksem niższości czy nieudacznictwem, niewiarą w siebie czy też niskim poczuciem wartości,

– tylko pokora prowadzi do wywyższenia i chwały, uznania i prawdziwej wielkości! Najwięcej dobra dla ludzkości uczynili ludzie wielcy w swej pokorze, natomiast najwięcej zła uczynili ludzie pyszni, aroganccy, mający chore ambicje i zbrodnicze plany!

– Nie chciałbym nigdy przeżyć upokorzenia ze strony Boga. Pragnę żyć tak, aby być przez Niego doceniony, wywyższony, móc doświadczyć od Niego przychylności, być przyozdobionym zbawieniem i łaską.

– Bo jeśli Bóg będzie mi się sprzeciwiał, to upokorzy mnie i sprawi, że upadnę bardzo nisko! Kara za pychę jest bardzo bolesna i dotkliwa i może mnie zaprowadzić do piekła.

– Pan Bóg w swoim Słowie lojalnie uprzedza nas dzisiaj przed katastrofalnymi skutkami ludzkiej pychy, buty i wyniosłości, zaś Pan Jezus zachęca nas dzisiaj: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokorny sercem”. Bądźmy dobrymi uczniami i posłusznymi naśladowcami naszego pokornego, a przez to wielkiego i uwielbionego przez Boga – naszego Zbawcy i Pana!

Read More →
Exemple

Gdzie jest prawda?


Jednym z najbardziej deficytowych towarów w naszych czasach jest prawda. Ponieważ żyjemy w świecie Internetu i nieprawdopodobnego zalewu informacji z różnych stron i źródeł, więc czujemy się bardzo często zagubieni. Tym bardziej, że informacje, które do nas docierają, nieraz wykluczają się wzajemnie. Dlatego też współczesny człowiek bardzo często zadaje sobie dręczące pytanie: To gdzie w końcu jest prawda? Które informacje są prawdziwe, a które nie? Co jest faktem o co „fejkniusem” – czyli świadomie zmanipulowaną pseudoinformacją, która ma ludzi wprowadzić w błąd, oszukać i wyprowadzić w pole.

Pamiętam czasy jeszcze przed wszechobecnym dziś Internetem, kiedy mieliśmy w roku tylko jeden dzień, mianowicie 1 kwietnia, czyli tzw. Prima Aprilis, kiedy to robiliśmy sobie psikusy, rozpowiadając wymyślone „fakty”, które bulwersowały lub drażniły mniej zorientowanych bądź naiwnych ludzi. Również w radiu czy telewizji, w serwisach informacyjnych z powagą na twarzach podawano informacje, które były po prostu primaaprilisowym żartem, który zresztą następnego dnia dementowano, by rozwiać wszelkie wątpliwości.

Kiedyś było chyba trochę łatwiej pod tym względem, ponieważ ludzie bardziej szanowali swoje słowa, byli bardziej honorowi, a mniej skłonni do kłamania w żywe oczy. Nie było tylu co dzisiaj hejterów i innych speców od rozpuszczania w sieci nieprawdziwych informacji, które sieją tyle zamętu i niejasności niemal na każdy temat. Nawet poważne instytucje potrafią nas wprowadzać często w błąd, co jest szczególnie dotkliwe. Kiedyś bowiem ludzie mieli więcej zaufania do słowa pisanego czy głoszonego na antenie radiowej czy w telewizyjnych programach informacyjnych, choć i w przeszłości zbyt wielu ludzi i zbyt często „mijało się z prawdą” – mówiąc delikatnie.

Już wczesną wiosną poważne instytucje meteorologiczne z amerykańskimi włącznie wieszczyły nam suszę tej wiosny i w czasie tego lata. Co prawda lato mamy zaledwie od wczoraj, ale wiosnę mieliśmy chłodną i ze sporymi – dzięki Bogu – opadami, zaś ostatnie wiadomości szczególnie z południa Polski mówią wręcz o lokalnych powodziach, podtopieniach, zalanych domach i polach. Nie wiemy oczywiście, czy lato ostatecznie nie przysmaży nas i jednak ta susza nastanie, ale wolelibyśmy mieć bardziej stabilną pogodę, a jak najmniej anomalii. Dawaliśmy wiarę wcześniejszym długoterminowym prognozom, które wieszczyły ogromną suszę w całej Europie. Póki co, one nie sprawdziły się, choć z drugiej strony współczuję bardzo tym ludziom, których domy zalała woda z wezbranych rzek, bądź mieli pozrywane dachy w wyniku działania pojawiających się oraz częściej trąb powietrznych.

Gorąca jak nigdy wcześniej kampania wyborcza, którą obecnie obserwujemy, obfituje w liczne badania opinii publicznej w kontekście preferencji wyborczych naszych rodaków. Wyniki tych sondaży są bardzo różne, często wzajemnie się wykluczają i znowu wielu ludzi zadaje sobie pytanie: To gdzie w końcu jest prawda? Które sondaże są obiektywne, a które zmanipulowane, bo wykonane na zlecenie określonych środowisk politycznych. Sami zresztą politycy i kandydaci startujący w tych ważnych wyborach również chcieliby być pewni tych badań, które są publikowane w różnych mediach niemal codziennie.

Kolejny strumień informacji i zapowiedzi płynie z ust kandydatów ubiegających się o najwyższy urząd w państwie, którzy składają liczne obietnice przedwyborcze mające zachęcić do głosowania na nich właśnie, a nie na ich konkurentów politycznych.  Które z tych obietnic są realne i wiarygodne, a które są zwyczajną „kiełbasą wyborczą”, o której nikt po wyborach nie będzie specjalnie pamiętał ani brał odpowiedzialności za ich realizację w praktyce? Znowu pytanie, na które nie ma obiektywnych odpowiedzi.

Gdzie jest prawda? Przecież potrzebujemy jej tak samo, jak poczucia bezpieczeństwa czy stabilizacji. Gdzie wiarygodność i prawdomówność ludzi, szczególnie tych, którzy chcą w naszym imieniu sprawować władzę i decydować o naszym losie w przyszłości? Mamy chyba prawo tego od nich oczekiwać. Podobnie jak od dziennikarzy, sędziów, autorytetów różnych dziedzin – od nich wszystkich oczekujemy prawdy i wiarygodności. Gdzie nam się one podziały – szczególnie w tym czasie, kiedy również na temat pandemii koronawirusa krąży tyle opinii i sądów wypowiadanych przez różnych i często bardzo utytułowanych ludzi. Mamy totalny bałagan informacyjny, setki spiskowych teorii dziejów, jak i zupełnie ignoranckich i bezmyślnych wręcz wypowiedzi. Gdzie jest prawda? – pytamy znowu jako ludzie zagubieni i zdezorientowani.

Kiedy patrzymy na ten problem z biblijnego punktu widzenia, to musimy stwierdzić, że „prawda jest w Jezusie”, który powiedział kiedyś: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem” (J 14,6). Tylko Pan Bóg i Jego Syn umiłowany Jezus Chrystus – mówią prawdę. Duch Święty jest nazwany Duchem prawdy” (J 14,17). Zaś w modlitwie arcykapłańskiej Jezus modlił się do swojego Niebiańskiego Ojca, mając na myśli apostołów oraz Jego naśladowców w kolejnych pokoleniach: „Poświęć ich do życia w prawdzie: Słowo Twoje jest prawdą” (J 17,17). Widzimy więc, że nasz Trójjedyny Bóg jest prawdą i kwintesencją prawdy, a Jego święte i natchnione Słowo Boże jest jej świadectwem, a jednocześnie wyzwaniem dla nas, żebyśmy kierowali się prawdą, mówili prawdę i postępowali zgodnie z nią.

Skoro prawdy tak bardzo brakuje w dzisiejszym, zeświecczonym świecie, niech jej nie zabraknie wśród chrześcijan, ludzi wierzących i oddanych Bogu, w którym zawsze mieszka prawda. Nie okłamujmy siebie nawzajem, bo kłamcy Królestwa Bożego nie odziedziczą.

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

W cieniu skrzydeł

W ostatnią niedzielę przyjechał do nas z Warszawy nasz najstarszy syn, który wracał od swoich teściów mieszkających w Kętrzynie i wraz z naszą synową i trzema naszymi wnuczkami a jego córkami znowu po drodze zawitał do naszego mieszkania. To zawsze miłe, kiedy nasze dorosłe dzieci z radością odwiedzają swoich rodziców, przywożąc ze sobą całe swoje rodziny. Sprawiają nam tym wielką radość, kiedy możemy pobyć razem, porozmawiać o ważnych sprawach i pocieszyć się naszymi wnuczkami.

A jeszcze zdawałoby się nie tak dawno nasi dwaj synowie i córka mieszkali z nami jako małe, a potem coraz większe dzieci. Byliśmy z nimi cały czas, troszcząc się i opiekując nimi oraz pomagając im rozwijać się pod każdym względem aż do osiągnięcia samodzielności. Wychowywaliśmy je w jak najlepszej wierze, troszczyliśmy się o ich edukację, a nade wszystko wskazywaliśmy im na Boga oraz na biblijne wartości ukazane w Piśmie Świętym.

Ten czas jednak nieuchronnie się skończył i każde z nich po kolei opuściło swój dom rodzinny, by rozpocząć własne życie, zakładając rodziny i podejmując życie już na własny rachunek. Pozwoliliśmy im na to mając świadomość, że taka już kolej rzeczy. Nie zapomnieliśmy bowiem tych chwil, kiedy jakby nie tak dawno sami opuszczaliśmy rodzinne pielesze i rozpoczynaliśmy własne, samodzielne życie. Na szczęście nie utraciliśmy więzi z naszymi rodzicami, to znaczy z moimi teściami a rodzicami żony, bo swoich rodziców już nie mam na tej ziemi od lat.

Kiedy w ostatnią niedzielę patrzyliśmy na nasze wnuczki, które jeszcze nie tak dawno były malutkie i pocieszne, a teraz stają się powoli dziewczętami i nastolatkami, zaś najstarsza to tegoroczna maturzystka, powiedziałem synowi, że „jego dni są policzone” i nie obejrzą się oboje z żoną, jak te ich ukochane córeczki zaczną po kolei opuszczać ich rodzinne gniazdo. To tylko kwestia czasu. Trzeba się będzie z tym pogodzić, choć nie będzie to dla naszego syna i synowej łatwe. Ale pocieszałem ich mówiąc, że znowu będą żyli jak po ślubie – tylko we dwoje! Inna rzecz, że trzeba będzie się tego nauczyć i na nowo odkryć uroki życia bez dzieci, bo one są nam dane tylko na pewien określony czas. W końcu i tak odejdą z domu, ale zawsze pozostaną naszymi dziećmi i naszą radością.

Po niedzielnym nabożeństwie w kościele rozmawiałem z młodym małżeństwem, któremu jako pastor udzielałem ślubu niespełna rok temu. Wkrótce po założeniu rodziny oboje wyjechali ze Szczytna i rozpoczęli wspólne życie w innym mieście naszego regionu. Zapytałem, jak im się powodzi, a oni odpowiedzieli, że co prawda mieszkają przy rodzicach, ale oczekują z utęsknieniem na własne mieszkanie, które aktualnie się buduje. „Dobrze nam się mieszka przy rodzicach, ale już chcielibyśmy być na swoim, żyć i mieszkać zupełnie samodzielnie” – powiedzieli. To oczywiste i naturalne – życzyłem im więc cierpliwości na te kilka miesięcy przed nimi oraz radości z własnego gniazdka, które uwiją sobie w swoim własnym mieszkaniu.

Nie jest bowiem dobrze, zdrowo i właściwie, kiedy młodzi, ale już dorośli ludzie, nadal i zbyt długo żyją pod tzw. „skrzydełkami swojej mamusi”. Współczesne statystyki wskazują na to, że istnieje dość spory procent młodych mężczyzn i kobiet, którzy nadal żyją ze swoimi rodzicami i nie kwapią się do założenia własnej rodziny oraz wzięcia pełnej odpowiedzialności za swoje dorosłe już życie. Brak im odwagi, dojrzałości oraz zrozumienia, że to oni teraz powinni pomyśleć o wspieraniu starzejących się rodziców, a nie przedłużającym się życiu na ich koszt, co jest wygodne, ale niewłaściwe i krzywdzące naszych rodziców lub dziadków.

O wiele częściej jednak coraz młodsi ludzie, właściwie jeszcze dzieci,  chcą być samodzielni i dorośli. Choć brakuje im poczucia odpowiedzialności, ponieważ do takiego życia nie są jeszcze należycie przygotowani, chcą jak najszybciej uciec spod skrzydełek swojej mamusi i tatusia. Dość często kończy się to gorzkimi błędami, moralnymi upadkami, uzależnieniem lub depresją. Poobijani wracają wtedy do swoich rodziców, choć wstyd i trudność przyznania się do swojej niefrasobliwości i samowoli czasem i na te powroty nie pozwalają. Wtedy jest jeszcze gorzej i trudniej pozbierać się życiowo takim młodym „dorosłym”.

Kiedy jednak patrzymy na duchową sferę naszego życia, to wtedy dostrzegamy w młodych ludziach silną tendencję do uciekania spod skrzydeł Bożej opieki i podejmowanie życia na własny rachunek bez żadnych zahamowań i ograniczeń. Młodzi ludzie bardzo szybko przestają się liczyć z Bożymi przykazaniami i wymogami życia chrześcijańskiego. Postanawiają iść własną drogą – bez Boga i bez liczenia się z Jego opiniami i radami.

Tymczasem szczególnie w Księdze Psalmów pojawia się często motyw będący zachętą do życia i chronienia się pod skrzydłami Pana Boga. Oto czytamy: „Ukryj mnie w cieniu swoich skrzydeł” – woła do Boga psalmista Dawid (Ps 17,8b) i dodaje, że dzięki łasce okazywanej nam przez Boga ludzie mogą się chronić w cieniu Jego skrzydeł (Ps 36,8), aż przeminie nieszczęście (Ps 57,2b). A ponieważ przy Bogu możemy się czuć bezpieczni i chronieni, więc psalmista powiada o Stwórcy: „On okryje cię swoimi piórami, pod swymi skrzydłami zapewni schronienie” (Ps 91,4a). Dlatego też psalmista dodaje, że w cieniu Bożych skrzydeł będzie śpiewał również pieśni radości (Ps 63,8).

Tak więc dobrze jest, kiedy młody człowiek dorasta, przestaje być dzieckiem i ucieka „spod skrzydełek swojej mamusi”. W sensie duchowym jednak jest inaczej i lepiej będzie, jeśli pozostaniemy nadal dziećmi Boga, a spod Jego skrzydeł nigdy nie będziemy chcieli uciekać!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Egzamin dojrzałości


Matura – znowu i jak zawsze, choć w tym roku jednak inna i wyjątkowa. Po pierwsze – odbywa się w czerwcu i dokładnie dzisiaj się zaczęła, a więc później niż zwykle. Po drugie – nie będzie w tym roku egzaminów ustnych, a po trzecie – skoro o ustach mowa, nasi tegoroczni maturzyści musieli pojawić się na egzaminie dojrzałości wyposażeni w maseczki. To coś nowego i niespotykanego dotychczas. Sorry, takie mamy obostrzenia.

Mimo, że od mojej matury minęły wieki, wciąż pamiętam te egzaminy z języka polskiego, matematyki i historii, które zaliczyłem powyżej moich oczekiwań i możliwości. Używam świadomie słowa „powyżej”, ponieważ muszę wyznać z dumą, że choć humanista mam na świadectwie maturalnym czwórkę z matematyki, co mi się wcześniej nie zdarzało. Pewnie ktoś zacznie mnie podejrzewać, że ściągałem, ale mój matematyczny sukces zawdzięczam koleżance z liceum, która maglowała mnie z tego przedmiotu przez całą klasę maturalną. Dlatego też – jak każdy zdolny leń – w końcu zrozumiałem tę dziedzinę, a na egzaminie ustnym odpowiadałem z taką swobodą, że obecny w komisji dyrektor szkoły znający mnie jako „cienkiego bolka” z przedmiotów ścisłych, nie mógł wyjść z podziwu, by nie powiedzieć osłupienia.

Tak więc swoją maturę wspominam bardzo miło, tym bardziej, że potem z takim świadectwem mogłem dostać się na studia, co wiązało się oczywiście z dodatkowymi egzaminami wstępnymi, a potem długim oczekiwaniem na wyniki. Udało się przez te wszystkie stresy przejść zwycięsko i tak oto osiągnąłem dojrzałość (?!). Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, bo wcześniej moja babcia Zofia mawiała, że kiedy jej wnusio Andrusia będzie miał osiemnaście lat, to wtedy zmądrzeje. Zajęło mi to trochę więcej czasu niż myślałem na początku, ale trzeba było wejść w dorosłość i wyjeżdżając z domu wziąć życie za bary, a przy tym również odpowiedzialność za swoje świadome czyny i wybory.

Minęło trochę lat i przyszło nam jako rodzicom zdawać z żoną matury naszych synów i córki, które z nie mniejszym strachem zaliczyliśmy jednak pomyślnie. Dziś oni sami są już dostatecznie dorośli i mądrzy, by uznać, że osiągnęli dojrzałość i życiową mądrość. Czy dojście do dojrzałości zajęło im mniej czasu niż mnie? – nie jestem w stanie odpowiedzieć. Ważne, że od jakiegoś czasu gadają coraz bardziej do rzeczy, a nawet coraz częściej mówimy jednym głosem! Alleluja – warto było cierpliwie na to czekać!

Dziś mój najstarszy syn zdaje – razem z nami zresztą – maturę swojej własnej córki. Ma pewnie nadzieję, że jej pójdzie bardziej gładko niż jemu przed laty, choć historia jego przygotowań do matury to odmienna i długa historia. Kiedy jednak pomyślę, że moja najstarsza wnuczka za chwilę będzie w wieku pomaturalnym, to nieuchronnie nachodzi mnie myśl, że chyba już taki młody nie jestem, jak mi się często wydaje. Niech więc powiedzie się jej na tych egzaminach i niech idzie w dorosłość mądra i coraz bardziej dojrzała. Łatwo nie będzie, bo czasy mamy wredne i niespokojne.

W tym kontekście rodzi się pytanie: kiedy właściwie człowiek staje się dojrzały? Wtedy, kiedy kończy osiemnaście lat, wyrabia sobie dowód osobisty i osiąga pełną zdolność do czynności prawnych – jak mawiają prawnicy? A może dopiero wtedy, kiedy zda pomyślnie egzamin dojrzałości, co, jak sama nazwa wskazuje, daję ten upragniony bilet wstępu do dorosłości?

Obserwując życie i historie różnych ludzi możemy stwierdzić, że bardzo trudno jest odpowiedzieć na to pytanie. Dzieje się bowiem tak, że niektórzy osiągają tę dojrzałość wcześniej, a inni później. Są też i tacy, którzy nie osiągają jej nigdy, bo są nieudacznikami życiowymi, żyją beztrosko i za cudze pieniądze, są lekkoduchami i ludźmi nieodpowiedzialnymi. Nie chcą się uczyć na cudzych błędach, nie uczą się zresztą niczego, bo sami wiedzą najlepiej, a swoje prymitywne często poglądy uporczywie narzucają innym. Takie duże dzieci – powiadamy często.

Myślę, że podobnie jest w życiu duchowym chrześcijanina. Jedni z nas robią widoczne postępy duchowe, rozwijają się, dojrzewają i dorośleją w swojej relacji z Bogiem oraz w praktykowanej na co dzień pobożności. Inni zaś są bardzo słabi duchowo, niedojrzali, prymitywni w postrzeganiu Boga i siebie samego. Nie inwestują w swój duchowy rozwój i są również takimi dużymi, duchowymi dziećmi.

Takie zjawisko istniało zawsze wśród chrześcijan, skoro autor nowotestamentowego Listu do Hebrajczyków napisał do adresatów, że oni powinni być już nauczycielami dla innych, a tymczasem są ciągle jeszcze niemowlętami w wierze i potrzebują duchowego mleka, czyli uczenia ich podstawowych zasad wiary. Nadal nie potrafili pójść dalej i wyżej w swojej duchowości (zob. Hbr 5,11-14). Dlaczego byli tak niedojrzali w wierze? Otóż dlatego, że byli „ociężali w słuchaniu” (w. 11). Prosta odpowiedź i jakże trafna diagnoza.

Kiedy młody człowiek – uczeń czy student – nie słucha swoich nauczycieli i profesorów, nie przykłada się do nauki i lekceważy sobie wszystko oraz wszystkich, wtedy staje się niedojrzały i nieporadny życiowo, co kończy się wieloma błędami, porażkami i kłopotami w życiu. Podobnie w życiu duchowym: kiedy ktoś nie słucha Boga, lekceważy Jego natchnione Słowo, nie bierze sobie do serca kazań, napomnień i nauki słyszanej w kościele czy w domu, wtedy staje się duchowo niedojrzały, nieporadny i zeświecczały. Nadal pozostaje niedorozwiniętym duchowym kaleką, który ciągle upada, powtarza grzechy, jest zniewolony przez różne uzależnienia, ulega pokusom i boleśnie upada. Nie bądźmy zatem duchowymi niemowlętami, ale dążmy do duchowej dojrzałości, bo bez niej zginiemy wcześniej czy później! Oby tak się nie stało!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Dzień Dziecka


Zabrałem się do pisania tego felietonu jak zwykle w poniedziałek, a jest on dniem szczególnym, bo to 1 czerwca, czyli Dzień Dziecka. Każdy z nas ma zapewne różne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to nasi rodzice urządzali nam to święto na miarę swoich sił i możliwości finansowych. Ci bardziej usytuowani dawali swoim pociechom dość drogie prezenty, ci skromniej żyjący zabierali dzieci na wycieczki, na lody czy po prostu kupowali dużą michę truskawek, którymi zajadaliśmy się w tym szczególnym dniu.

Miłe to święto, bo nam rodzicom przypomina ono o przywileju rodzicielstwa – ojcostwa i macierzyństwa oraz o szczęściu posiadania własnych dzieci, co nie jest dla wszystkich takie oczywiste. A jeśli jeszcze do tego one chowały się zdrowo i wyrosły na przyzwoitych ludzi, to tylko dalej się cieszyć i choć dzisiaj to „stare konie” albo dojrzałe kobiety, to dla nas zawsze pozostaną naszymi synkami i córeczkami. Jeśli oczywiście nadal pielęgnujemy z nimi dobre relacje i łączy nas więź rodzinnej miłości oraz obustronnego szacunku. Nie wszyscy tak mają, niestety. Ale miłość do własnych dzieci jest czymś pięknym i szlachetnym – mimo wszystko!

Kiedy obserwuję życie albo niektóre filmowe historie, dość często pojawia się w nich wątek zerwanych albo bardzo chorych relacji pomiędzy rodzicami i ich dorosłymi już dziećmi. Bolesne, a czasem wręcz traumatyczne przeżycia albo ewidentne zaniedbania rodzicielskie pozostają w sercach dorosłych już ludzi jako wciąż nie zabliźnione rany i emocjonalne „dziury”, które nie sposób niczym wypełnić. Kiedy więc – czasem po latach – te relacje zostają uleczone, choć to nie jest takie łatwe i proste, wtedy zarówno rodzice jak również ich dorosłe dzieci doświadczają uwolnienia, emocjonalnego uzdrowienia. Wtedy jedni i drudzy pragną nadrobić stracony czas.

Dobrze, jeżeli tego czasu jeszcze trochę mają, bo niekiedy zdarza się i tak, że ludzie nie potrafią sobie wybaczyć, a dzieci emocjonalnie i geograficznie od swoich rodziców, pojawiają się dopiero na pogrzebie swojego ojca lub matki, z gorzkim wyrzutem, że teraz jest już za późno na jednanie i naprawę. Współczuję zawsze takim ludziom. Dlatego też śpieszmy się kochać ludzi, a szczególnie swoich rodziców lub swoje dzieci, bo ani my rodzice nie jesteśmy doskonali, ani też nasze dzieci takie nie są. Tu potrzeba miłości pomimo wszystko, bo tylko taka miłość jest dojrzała, odpowiedzialna i zdolna do najwyższych poświęceń.

Powyższe dywagacje prowadzą mnie do rozmyślań nad relacją nas, dorosłych ludzi, z Panem Bogiem. Przecież w sensie bardzo ogólnym – wszyscy jesteśmy Jego dziećmi. To przecież On nas stworzył dla siebie i zachęca nas, abyśmy traktowali Go jako naszego Niebiańskiego Ojca, skoro w Modlitwie Pańskiej możemy do Niego wołać: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie”. Takiej relacji nie zbudujemy jednak na bazie rodzinnych tradycji religijnych, czy wręcz braku znajomości tegoż Ojca. A możemy Go przecież poznawać w Słowie Bożym, rozumiejąc Jego przykazania i doświadczać osobiście Jego działania w naszym życiu, o ile tym przykazaniom jesteśmy posłuszni. Nie z obowiązku lub strachu, lecz z miłości do swojego Ojca.

Jeśli więc zrywamy kontakty z Bogiem niekiedy na długie lata swojego życia, jak to się dzieje czasami w naszych rodzinach, kiedy dzieci wychodzą z domu rodzinnego i rozpoczynają życie na własny rachunek, to niestety nie poznajemy naszego Stwórcy i nie doświadczamy Jego obecności w naszym życiu. Stajemy się wtedy marnotrawnymi synami i córkami Boga Ojca, którego wyrzekamy się i usuwamy ze swojego życia. Wtedy – nie zdając sobie z tego sprawy – stajemy się w końcu dziećmi kogoś zupełnie innego. Nie muszę chyba wyjaśniać, kogo mam tutaj na myśli. Jeśli jednak ktoś nie wie, niech zajrzy do 1 Listu Ap. Jana 3,10 – macie przecież Pismo Święte w swoich domach.

Ale kto właściwie jest dzieckiem Boga i co o tym świadczy? – może ktoś zapyta. Są dwie proste definicje dziecka Bożego w Piśmie Świętym. Oto pierwsza z nich: „Tym wszystkim, którzy Go [tzn. Jezusa Chrystusa] przyjęli, dał przywilej stania się dziećmi Boga – tym, którzy wierzą w Jego imię” (Ew. Jana 1,12). A druga definicja brzmi następująco: „Bo wszyscy, których prowadzi Duch Boży, są dziećmi Boga” (Rzym 8,14). Tak więc istnieją dwa duchowe wyróżniki dzieci Boga: ich osobista i świadoma wiara albo zawierzenie Bogu Ojcu za sprawą Ducha Świętego, który ich prowadzi w codziennym życiu. Oto prawdziwy obraz Bożych dzieci – Jego synów i córek. Zaliczamy się do nich? Należysz do rodziny Bożych dzieci? To ważne pytanie!

Czasem dorosłe dzieci uświadamiają sobie, że zerwane na wiele lat relacje z ojcem lub matką były ich niepowetowaną stratą i nieszczęściem. Czasem ta świadomość przychodzi za późno, a czasem nie zdarza się wcale. Podobnie może się dziać w naszej relacji z Bogiem Ojcem. Bo o ile ziemscy ojcowie czy matki czasami niektórych z nas boleśnie zranili i zawiedli, o tyle nasz Niebiański Ojciec nigdy tego nie czyni. Jeśli więc te relacje z Nim są zerwane, to z pewnością z naszego powodu. Masz jednak czas, by je naprawić, byle tylko nie było za późno.

Wszystkim dzieciom – tym małym i tym dorosłym – składam spóźnione nieco, ale serdeczne życzenia, by kochali swoich rodziców, a my rodzice – ich. Zaś wszystkim, małym i dużym, życzę z całego serca w Dniu Dziecka, abyśmy byli również prawdziwymi dziećmi Boga – najwspanialszego Ojca!

pastor Andrzej Seweryn

                                                                                                          (andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →