Wiosenne porządki

arsiv

Home Category : Blog Pastora

Exemple

Wiosenne porządki

Zmieniliśmy znowu czas z zimowego na letni. Bardzo lubię tę zmianę, chociaż tej nocy, kiedy przesuwamy zegarki do przodu, śpimy przecież o godzinę krócej. Czas letni zaś lubię dlatego, że i tak rano było zbyt jasno, by pospać, zaś dzień automatycznie wydłużył się o godzinę i z każdym dniem będzie utrzymywał tę wiosenno-letnią tendencję. Co by nie powiedzieć, wiosna za pasem, choć chłodem jeszcze nas liże po licach, jeśli odważamy się na chwilę spaceru choćby wokół naszego mniejszego jeziora. Na Jezioro Domowe Duże przyjdzie czas, gdy zrobi się naprawdę ciepło i przyjemnie.

Zadziwia mnie przyroda, która co prawda dość leniwie budzi się do życia, ale jej odgłosy i zapachy czuć w powietrzu coraz intensywniej. Coraz głośniej i radośniej śpiewają ptaki, w Piasutnie zadomowiły się znowu pierwsze bociany, które widzieliśmy z żoną kilka dni temu. Nie obejrzymy się, a wokół zrobi się zielono, kolorowo od kwiatów i po prostu pięknie. Będziemy znowu świadkami budzącego się życia – tego fenomenu, który pochodzi niezmiennie od samego Stwórcy, w którym jest sama esencja życia.

To niezwykłe, że mimo różnych turbulencji na świecie oraz destrukcyjnej działalności człowieka, otaczająca go przyroda rządzi się swoimi prawami, które przecież sam Stwórca ustanowił, a po potopie zapewnił, że „dopóki trwać będzie ziemia, siew oraz żniwo, chłód i gorąco, lato i zima, dzień oraz noc – nie ustaną” (Ks. Rodzaju 8,22). Możemy więc być pewni, że kalendarz nas nie oszuka, dnia będzie nam przybywać, przyjdzie ciepło, a potem gorąco. Przed nami więc piękne pory roku: wiosna i lato. Oby były spokojne, bezpieczne i szczęśliwe – tego życzymy sobie wszyscy!

A ponieważ zbliżają się również Święta Wielkanocne, więc w najbliższych dniach czekają nas pewnie kolejne wiosenne porządki: w ogródkach, na działkach, na podwórkach i wokół naszych domów. Po tej długiej i szarej zimie trzeba będzie wygrabić wszystkie śmiecie i zbutwiałe liście, których nie zdążyliśmy jesienią dokładnie wygrabić. To zazwyczaj miła robota, bo jej efekty widać bardzo wyraźnie, nie mówiąc już o tym, że cieszy nasze oczy.

Są w naszym życiu takie okresy, kiedy zbierają się nam różne śmieci: niezałatwione lub zaniedbane sprawy, nierozwiązane konflikty, spory i kłótnie, odłożone do lamusa postanowienia, których nie dotrzymaliśmy oraz dobre chęci, którymi podobno wybrukowane jest piekło. Wiele jest takich „zbutwiałych śmieci”, które też dobrze byłoby wysprzątać, pozamiatać i oczyścić. Takie wiosenne porządki w sercach, sumieniach i myślach. Akurat mamy chyba teraz trochę więcej czasu wolnego, bo jesteśmy w domach, więc warto w końcu chwycić za grabie…..

Tego rodzaju porządków nikt za nas nie zrobi i dobrze byłoby, aby każdy z nas pozamiatał na swoim własnym podwórku, a nie na cudzym, jak często mamy zwyczaj czynić. Tego rodzaju przywarę opisał kiedyś Pan Jezus w czasie wygłaszania słynnego Kazania na Górze, mówiąc do swoich słuchaczy tak: „Dlaczego widzisz drzazgę w oku swojego brata, a belki we własnym nie dostrzegasz? Albo jak możesz powiedzieć swemu bratu: Pozwól, że wyjmę drzazgę z twego oka, gdy belka tkwi w twoim własnym? Obłudniku, usuń najpierw belkę z własnego oka, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć drzazgę z oka swego brata” (Ew. Mateusza 7,3-5).

Nie patrzmy na nieporządki w życiu swoich bliźnich, choć oni sami mają rzeczywiście co posprzątać. Skoncentrujmy się raczej na swoich nieporządkach i sami własnymi rękami zróbmy stosowne porządki, zanim ktoś z zewnątrz zechce się za nie zabrać. Wtedy bowiem będzie więcej wstydu i będzie bardziej bolało.

Są oczywiście ludzie, którzy są bardzo przywiązani do swoich rupieci. Inni z kolei wszystko co stare lub zużyte albo „półpotrzebne” lubią wyrzucać na śmietnik. Ja osobiście należę do tych drugich i miałem ku temu wiele okazji, ponieważ z żoną przeprowadzaliśmy się siedem albo więcej razy w naszym dotychczasowym życiu. Za każdym razem, kiedy się pakowaliśmy, widziałem tyle rzeczy, które przewoziliśmy z jednego miejsca do drugiego, a potem ich nie używaliśmy i za jakiś czas znowu je pakowałem i przewoziłem do kolejnego miejsca naszego zamieszkania. Zawsze jednak starałem się jak najwięcej tych nieużywanych rzeczy wyrzucić po prostu na śmietnik.

W życiu naszym bywa podobnie. Czasem zmieniamy adresy, przenosimy się z miejsca na miejsce, ale stare i niezałatwione sprawy ciągniemy za sobą jak stare szpargały, którymi wypełniamy piwnice, strychy czy garaże. Dziś jednak żyjemy w taki sposób, że nie naprawiamy rzeczy, lecz kiedy one się zepsują, wyrzucamy je i kupujemy po prostu nowe.

W sprawach życiowych – niedotyczących przedmiotów i sprzętów – musimy jednak postępować nieco inaczej. Są sprawy, które bezwzględnie wymagają naprawy. Nie wszystko da się po prostu wyrzucić do śmieci, bo takie niezałatwione, lecz ważne życiowe sprawy są jak niezabliźnione rany, które wciąż krwawią i bolą. Trzeba więc je opatrzyć, by się zagoiły i wtedy dopiero możemy pójść do przodu bez żadnych obciążeń z przeszłości.

Mamy teraz trochę więcej czasu niż zwykle. Zamiast więc się nudzić lub dręczyć, pomyślmy o szeroko pojętych wiosennych porządkach: tych w ogródkach czy na działkach, ale także tych, które dotyczą naszych sumień, serc i umysłów. Zróbmy je, a wtedy odczujemy różnicę, poczujemy wielką ulgę i z nowymi siłami pójdziemy do przodu. To będzie nasza bardzo udana, emocjonalna i duchowa wiosna!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple


Niektórym ludziom mediów odgryzłbym rękę albo uciął język, gdy widzę, jak wypisują lub wypowiadają katastroficzne przepowiednie dotyczące tego wszystkiego, co jeszcze ma się zdarzyć. Nie znaczy to wcale, że jestem lekkoduchem i bagatelizuję tę trudną sytuację, w której się wszyscy znaleźliśmy. Chodzi mi raczej o to, że media ogólnie rzecz biorąc naprężają i tak napiętą spiralę strachu, która paraliżuje wielu ludzi, szczególnie tych, którzy są słabsi emocjonalnie lub łatwowierni i „łykają” jak gorzką pigułkę każdy dramatyczny nagłówek, który odbiera ludziom spokój, a sieje panikę i trwożliwy niepokój o siebie, swoich bliskich oraz o naszą przyszłość.

A może by tak dać ludziom trochę otuchy, zdroworozsądkowego myślenia i zwyczajnej pociechy? Tego tak bardzo potrzebujemy dzisiaj, gdy zmagamy się z wyzwaniem, którego wcześniej nie przerabialiśmy w takiej skali jak obecnie. A przecież są i powinny być w tej sytuacji również dobre wiadomości, którymi powinniśmy się dzielić ku pokrzepieniu serc. To właśnie – jako niepoprawny optymista – chciałbym zrobić za pośrednictwem tego felietonu.

Otóż pierwsza dobra wiadomość jest taka, że nagle uświadomiliśmy sobie, jak ważne są nasze bezpośrednie więzi, których wcześniej nie docenialiśmy. Mogliśmy się bez przeszkód spotykać, podawać sobie ręce i wymieniać serdeczne uściski, spędzać czas w kawiarniach czy restauracjach, iść do kina albo odwiedzić dziadków lub rodziców. Takie to było oczywiste i normalne. Dopiero teraz uświadomiliśmy sobie, ile tracimy nie mogąc się spotkać, odwiedzić czy serdecznie przywitać. Być blisko siebie – bez obaw i żadnych przeszkód.

Może więc to doświadczenie, które wszyscy przechodzimy, na nowo rozbudzi w nas tęsknotę za bliskimi relacjami, a nie wirtualnymi, którymi często zadowalaliśmy się, choć mogliśmy być ze sobą częściej. Ale się nie chciało, bo woleliśmy zamknąć się w swoim małym świecie i nie dopuszczać do niego innych ludzi – nawet najbliższych. Teraz dopiero zaczynamy rozumieć, że nie wystarcza Internet, telefony i komputerowe ekrany, by siebie oglądać od czasu do czasu, bo to nie to samo, co być razem, widzieć się bezpośrednio i okazywać sobie ciepłe, człowiecze uczucia. Kiedy więc wrócimy do normalności – oby tak się stało jak najszybciej – obyśmy wtedy stali się bardziej normalni i bardziej ludzcy.

W tych dniach dzwonię do swoich bliskich oraz do swoich duchowych braci i sióstr o wiele częściej niż to robiłem wcześniej, bo czuję potrzebę wspólnoty i bliskości, która nam została odebrana, choć dla naszego dobra i fizycznego zdrowia przecież. Razem z żoną spotykamy się z naszymi trzema wnuczkami, by rozmawiać z nimi i zagłębiać się w lekturze chrześcijańskich książek dla dzieci a i samego Pisma Świętego. To wspaniałe doświadczenie. Zrozumieliśmy bowiem, że szkoda zmarnować ten niepowtarzalny czas, gdy nasze dzieci i wnuki są w domach, a my możemy im poświęcić więcej czasu i uwagi, niż to czyniliśmy wcześniej. Kiedy więc skończy się ten czas, postarajmy się kontynuować nasze spotkania z bliskimi, zarówno te przez Internet, jak i te bezpośrednie, kiedy będziemy wreszcie mogli się ze sobą spotykać bez przeszkód i obaw.

Jako pastor i duszpasterz jestem głęboko przekonany, że powierzeni mi przez Boga ludzie jeszcze mocniej zwiążą się duchowo i będą cenić w przyszłości chwile, kiedy znowu bez przeszkód przyjdziemy wszyscy do kościoła na nabożeństwo i będziemy po prostu razem i blisko siebie, by wspólnie oddawać chwałę Bogu, który chce nas chronić od zła. Starajmy się zatem czynić również swoje powinności, okazując rozwagę, ostrożność i respektując nowe zasady sanitarne i higieniczne. W ten sposób będziemy mieli przed Bogiem czyste sumienie i będziemy mogli oczekiwać, że nadal i skutecznie uchroni nas od choroby i śmierci.

Cieszy mnie fakt, że w naszych lokalnych zborach baptystycznych rozsianych po całej Polsce pastorzy wykorzystują w sposób kreatywny wszelkie możliwości, by dotrzeć do ludzi z przesłaniem nadziei i pociechy płynącej od Boga za pośrednictwem Pisma Świętego. Odbywają się nabożeństwa online, bo staramy się respektować obowiązujące obostrzenia dotyczące zakazu publicznych zgromadzeń. Staramy się chronić szczególnie osoby starsze, chore i słabe, a także młode rodziny z dziećmi, by pozostawały w domu i modliły się w swoich rodzinach.

Również nasz kościół w Szczytnie przygotował specjalne internetowe nabożeństwo, które można znaleźć na Facebook’u (Kościół Chrześcijan Baptystów w Szczytnie). Można na tym specjalnie przygotowanym filmie obejrzeć i posłuchać pięknej piosenki Kasi i Kamila – naszych liderów zespołu muzycznego, a potem mojego kazania, którego tytuł brzmi: „Jak być duchowym zwycięzcą w obliczu nowych wyzwań?”. Zachęcam do skorzystania z tego pozytywnego przesłania, które w tym kazaniu zawarłem. Będziecie mieli Państwo okazję mnie zobaczyć i posłuchać na żywo. Nie mnie, ale Bożego Słowa, które w tym kazaniu przekazuję ku pokrzepieniu naszych serc. Mam nadzieję, że będziecie zbudowani.

Rozdzieleni, a jednak sobie bliscy! Skorzystajmy ze zdobyczy techniki, by na przekór uciążliwym obostrzeniom z powodu epidemii, być jak najbliżej siebie i modlić się o siebie nawzajem, by Pan Bóg powstrzymał tę pandemię i uwolnił świat od tej zarazy. Tak czynili to chrześcijanie na całym świecie w ostatnią niedzielę i tak będziemy trwać w modlitwach nadal. I choć jesteśmy od siebie oddaleni, zachowując stosowny dystans i pozostając w domu, to jednak postarajmy się w tych dniach zbliżyć do naszego Boga-Ojca. Nawiążmy z nim jak najbliższą więź. Nie bójmy się – od Niego na pewno się nie zarazimy!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Areszt domowy

Wygląda na to, że wielu z nas pozostanie nadal w domach wraz ze swoimi dziećmi przez najbliższe dni, a może i zalecane dwa tygodnie kwarantanny. Pan Bóg z pewnością chce nas uchronić od tego zagrożenia i oczekuje o nas zdrowego rozsądku oraz poczucia odpowiedzial- ności za siebie i za innych ludzi. Musimy być zatem ostrożni i przewidujący, ale nie spanikowani lub działający chaotycznie, szczególnie jeśli chodzi o robienie zapasów żywnościowych. I tak codziennie za dużo jedzenia marnuje się w naszym kraju.


Z drugiej strony – może ten czas w zaciszu domowym został nam dany jako szansa na podrepe- rowanie naszej duchowości przytłumionej codziennymi obowiązkami, a więc mamy niepowta-rzalną szansę na osobistą ewangelizację lub rekolekcje sam na sam z Bogiem – jakkolwiek byśmy tego nie nazwali. Spróbujmy więc nadrobić zaległości w lekturze Pisma Świętego, poświęćmy trochę więcej czasu na szczerą modlitwę o swoich bliskich, o innych ludzi, którzy cierpią lub boją się, wreszcie o mądrość dla ludzi pracujących nad tym, aby tę pandemię powstrzymać i opanować.

Młodzi rodzice – macie teraz świetną okazję, by spędzać czas z waszymi dziećmi. Sięgnijcie po chrześcijańskie książki dla dzieci, czytajcie z nimi Pismo Święte lub opowiadajcie im wiele fascynujących historii biblijnych. Pogadajcie z nimi o ich potrzebach i marzeniach, pobawcie się z nimi mądrze i twórczo!

Drodzy dziadkowie – możecie użyć Internetu, by przez Skype – jeśli nie możecie być z wnukami osobiście – też mieć z nimi dobry, duchowy kontakt, rozmawiać z nimi i przekazywać im wiele życiowych mądrości oraz dodawać im otuchy. One może też boją się tego, co się dzieje wokół nas w tych dniach.

Ten niezaplanowany czas “aresztu domowego” może stać się dla nas albo wielkim błogosła-wieństwem, albo czasem udręki, jeśli będziemy całymi godzinami gapić się w telewizor, a nasze dzieci i wnuki w ekrany komputerów i telefonów. Decyzja należy do nas! Posłuchajcie jednak doświadczonego duszpasterza. Może to, co napisałem powyżej jest naiwne i nieżyciowe dla wielu, ale może ktoś z was, Drodzy Czytelnicy, zechce jednak spróbować i pójść w tym kierunku.

„Ten czas to rodzaj egzaminu, jakimi ludźmi jesteśmy” – powiedziała aktorka Małgorzata Kożuchowska. I rzeczywiście mamy okazję, by pomyśleć o innych, na przykład o sędziwych sąsiadach, którzy potrzebują naszej pomocy przy zakupach. Szczególnie ci, którzy nie mają w pobliżu swoich dzieci lub wnuków. Miło słyszeć w mediach o spontanicznych akcjach wolontariuszy, przede wszystkim harcerzy, którzy są gotowi śpieszyć z pomocą ludziom potrzebującym, starszym i samotnym. To szlachetne i myślę, że ci młodzi i pełni pasji ludzie już zdają celująco ten egzamin z człowieczeństwa. Warto takich ludzi doceniać i wspierać.

Naprawdę budujące są te obrazy w mediach, które ukazują budzące się na nowo poczucie wspólnoty. Na przykład we Włoszech, gdzie ludzie w czasie kwarantanny domowej spotykają się na balkonach, pozdrawiają się wzajemnie, dodając sobie otuchy. Niektórzy śpiewają arie ku pokrzepieniu serc, inni wyrażają swoją głęboką wdzięczność tym, którzy są pracownikami służby zdrowia i bardzo ciężko pracują z narażeniem własnego życia i zdrowia, by pomóc innym wyzdrowieć i nie stracić spokoju ducha. Solidaryzujemy się w tych dniach z lekarzami i pielęgniarkami, ratownikami medycznymi i laborantami, a także wieloma innymi pracownikami szpitali, klinik i przychodni, bo pracują ponad siły i z wielkim poświęceniem.

„Dziś jest jutro, na które nikt nie był gotowy” – napisała w mediach społecznościowych pani Klaudia, jedna z polskich lekarek. Nasze władze muszą się więc zmierzyć z problemami, których nie doświadczaliśmy wcześniej. Warto więc pomodlić się o tych, którym przychodzi podejmować bardzo trudne decyzje i dokonywać bardzo trudnych wyborów, które dotyczą nas wszystkich, dotkną boleśnie wielu ludzi biznesu czy na przykład artystów, ale w konsekwencji mogą pomóc w powstrzymaniu tej epidemii. Na to przecież wszyscy liczymy.

Ten wyjątkowy i niespodziewany dla nas wszystkich okres jest również swoistym testem naszej wiary w Bożą opatrzność oraz nasze bezpieczeństwo. To właśnie w momentach kryzysowych i nieoczekiwanych okazuje się, na ile wierzymy Bogu, czy stać nas na zdrowy rozsądek i zwyczajną samodyscyplinę, by nie być potencjalnym zagrożeniem dla innych ani samemu nie doświadczyć bolesnych skutków czyjejś niefrasobliwości i lekceważenia zasad oraz pewnych ograniczeń, które są konieczne, by opanować ten epidemiczny żywioł.

Jestem również głęboko przekonany, że od nas, ludzi wierzących, powinien emanować spokój, zrównoważenie i rozsądek, a nade wszystko wiara, która może pomóc ludziom spanikowanym, a przy tym myślącym nieracjonalnie. Dodawajmy sobie nawzajem otuchy, wspierajmy się nawzajem. Choć fizycznie trochę bardziej od siebie oddaleni – stańmy się dla siebie emocjonalnie i duchowo bliżsi. Razem damy radę i zdamy ten egzamin dojrzałości!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Ciebie nie dotknie

Dopóki przypadki zachorowań na koronawirusa były daleko od naszych granic, dopóty czuliśmy się dość bezpiecznie i spokojnie. Ale, niestety, epidemie mają to do siebie, że się rozprzestrzeniają dość szybko, więc ta ostatnia zawitała w końcu i do naszego kraju jako nieproszony gość, a ostatnio również do naszych okolic. Nie chciałbym dodatkowo niepokoić nas i siać panikę, tylko chciałbym, abyśmy uchronili się od tej choroby, zachowując się roztropnie i odpowiedzialnie, nie lekceważąc przy tym podstawowych zaleceń dotyczącej naszej higieny i kontaktów z dużymi skupiskami ludzkimi.

Wszyscy na świecie czekają, aż liczba zachorowań zacznie spadać i powoli ta epidemia wygaśnie. Oby stało się tak jak najszybciej, bo przecież nikt z nas nie chciałby doświadczyć tego zagrożenia na własnej skórze, a i gospodarka naszego kraju i nie tylko naszego narażona jest na poważne tarapaty. Nam chrześcijanom powinno zależeć na gorliwej modlitwie o to, by Pan Bóg uwolnił ludzkość od tego poważnego zagrożenia. Oczywiście, że jest wiele innych, może bardziej jeszcze śmiercionośnych plag na naszej planecie, takich, jak zawały serca, rak, narkomania i alkoholizm, które również zbierają śmiertelne żniwo wokół nas. O wypadkach komunikacyjnych nie wspominając.

No cóż, musimy zmagać się z wieloma zagrożeniami i obawami, bo one realnie istnieją i potencjalnie grożą nam z każdej strony. Reagując na nie możemy wpaść w panikę, stracić radość życia i cieszenia się dobrym zdrowiem. Możemy też obojętnie ignorować je i śmiać się z tych zatroskanych ludzi chodzących w maseczkach po ulicach czy na lotniskach. Trzeba jednak dalej żyć, trzeba czasem podróżować i spotykać się z ludźmi, choćby w kościele czy w urzędzie, w którym ja sam dzisiaj spędziłem kilka godzin w kolejce. Na szczęście nikt nie kasłał, a kiedy mnie zadrapało w gardle na chwilę, bałem się zakasłać zbyt energicznie, by nie sprawiać dyskomfortu ludziom stojącym i siedzącym obok mnie na korytarzu w miejskim urzędzie.

Możemy jednak przyjąć jeszcze inną postawę, jednakże ma ona związek z poziomem naszej wiary w Bożą ochronę i Jego opatrzność czuwającą nad nami. Taką postawę mogą jednak przyjąć tylko ci z nas, którzy nie tylko w chwili zagrożenia, ale na co dzień ufają Bogu, któremu wierzą i w którym pokładają nadzieję we wszystkich sferach życia. Jeśli ktoś ma taką perspektywę, to łatwiej mu poradzić sobie z obawami czy lękami, które niesie ze sobą codzienne życie.

Dlatego w tych ostatnich dniach ożywają w naszych sercach teksty biblijne, które pozwalają nam wierzyć, że Pan Bóg zachowa nas również od tej tajemniczej choroby, z którą walczy dziś cały świat. Jednym z najbardziej pozytywnych i pełnych nadziei myśli jest fragment Psalmu 91, gdzie czytamy o obietnicy, która mówi, że Pan Bóg „ochroni przed zgubną zarazą. On okryje cię swoimi piórami, pod swymi skrzydłami zapewni schronienie (…). Nie dotknie cię zaraza czyhająca w ciemności ani klęska, co pustoszy w południe. Nawet jeśli u twojego boku padłby tysiąc walecznych albo dziesięć tysięcy po twej prawej stronie – ty będziesz bezpieczny” (Psalm 91,3-4.6-7).

Prawda, że piękna to obietnica? Ale pytanie brzmi: dla kogo jest dostępna i dla kogo aktualna? Początek tego Psalmu mówi wyraźnie, że te słowa nadziei są udziałem tych, którzy mieszkają pod osłoną Najwyższego i nocują w cieniu Wszechmocnego (w. 1). Słowa „mieszkać” i „nocować” lub „przebywać” – to w tym tekście poetyckim określenia opisujące trwanie człowieka w ustawicznej i bardzo bliskiej relacji ze Stwórcą. On nie jest gościem od czasu do czasu, tylko w święta czy niedzielne poranki, lecz mieszka stale z nami, dzieląc z nami naszą codzienność.

Problem w tym, że tak trudno wielu chrześcijanom utrzymać dzisiaj tak bliską więź z Bogiem. Jest bardzo wiele przyczyn takiego stanu rzeczy, ale wszystkie one wynikają z winy naszej, a nie Boga, który stale i zawsze chce być blisko swoich dzieci. Tylko czy my czujemy się Jego dziećmi, czy stale Go potrzebujemy i czy naszemu Ojcu w niebie jesteśmy stale posłuszni, pełni bojaźni i respektu przed Jego świętością? Jeśli bowiem ten nasz Bóg jest daleko od nas, a raczej my daleko od Niego, to nie mamy prawa ufać zacytowanym wcześniej obietnicom, bo On nie mieszka z nami na co dzień, jako że często nie potrzebujemy Go w naszym życiu.

Chciałoby się więc powiedzieć słowami pewnego człowieka z ewangelii, który powiedział do Jezusa: „Wierzę, pomóż niedowiarstwu memu”. Może właśnie to panoszące się coraz bardziej zagrożenie naszego zdrowia niech stanie się przyczynkiem do tego, żebyśmy przemyśleli sobie na nowo kwestię naszej wiary i zaufania do Boga, w którego ręku jest przecież nasze zdrowie i życie.

Zamiast bać się lub panikować, zamiast ignorować to zagrożenie, zweryfikujmy stan naszej chrześcijańskiej wiary i prośmy Boga o wzmocnienie nas. Przybliżmy się do Boga, a On przybliży się do nas (List Jakuba 4,8). Niech On sam weźmie nas pod swoje opiekuńcze skrzydła i uchroni od zła, które nas otacza. Pan Bóg jest ze wszech miar godny, by właśnie Jemu i tylko Jemu zaufać w kwestii naszego poczucia bezpieczeństwa. Niech chroni nas od wszelkiej zarazy – ciała i ducha!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Miejsce w drugim rzędzie


Rozkręca się nam prezydencka kampania wyborcza, a więc ta wiosna będzie politycznie bardzo gorąca. Oby też w sensie pogodowym była piękna, słoneczna i ciepła, a gorąco zostawmy sobie na czas wakacji i urlopów. Jest na to szansa, bo zima chyba sobie definitywnie odpuściła, a jako że mamy już marzec i coraz dłuższe dni, więc mróz, śnieg i zamieć niech sobie hula w północnej Kanadzie i na dalekiej Syberii – byle jak najdalej od nas, bo bociany nadlatują!

Nie mam zwyczaju politykować, więc zwrócę tylko uwagę Państwa na fakt, że wzrasta zainteresowanie nie tylko kandydatami na najwyższy urząd w państwie, ale także ich współmałżonkami, czyli potencjalnymi Pierwszymi Damami, które wraz ze swoimi mężami chciałyby zamieszkać w Pałacu Prezydenckim przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Chyba, że wygra kandydatka, to wtedy zechce tam zamieszkać ze swoim mężem. Adres niczego sobie, poza tym blisko na warszawską Starówkę i w ogóle…

Ludzie z ciekawością czytają o tym, z kim nasi kandydaci na urząd prezydenta dzielą swoje życie osobiste. Jako obywatele Rzeczypospolitej mamy zapewne różne oczekiwania nie tylko od głowy państwa, ale również od osoby, która tej głowie towarzyszy na co dzień. Specjaliści od wizerunku politycznego twierdzą nie bez kozery, że jej (lub jego) osobowość, uroda czy poglądy polityczne bądź apolityczność – mają w kampanii wyborczej dość istotne znaczenie. Mówimy więc o osobach, które stoją jakby w drugim rzędzie, ale mogą stać się bohaterami drugiego planu, wszak z prezydentem-współmałżonkiem będą uczestniczyć w najważniejszych dla kraju sprawach, uroczystościach i wydarzeniach. Ostatecznie od nas wyborców zależeć będzie, kto zostanie prezydentem naszego kraju po wyborach i kogo on lub ona wprowadzi na prezydenckie salony.

Nie jest łatwo być osobą drugoplanową, także w innych sferach naszego życia, zarówno w rodzinie, jak też w pracy zawodowej na różnych szczeblach. Nie każdy też nadaje się do pełnienia roli przywódczej. Są tacy, którzy wolą pracować przy kimś, wspierać i pomagać temu, kto stoi na czele i ci ostatni bardzo wiele zawdzięczają tym pierwszym: cichym bohaterom żmudnej, czasami mrówczej pracy na sukces swojego szefa. Wiedzą o tym asystentki i asystenci wszelkiej maści.

To zaszczyt i odpowiedzialność być pierwszym pilotem, na przykład w samolocie pasażerskim, ale drugi pilot jest także bardzo potrzebny. Stewardessy również, bo praca całego zespołu i załogi gwarantuje sukces i bezpieczeństwo podróży, skoro już użyłem przykładu z samolotem. Podobnie jest w rodzinie i małżeństwie na przykład. „Bo gdzie dwoje jedzie na koniu, tylko jedno może siedzieć z przodu” – jak mawiał mój przyjaciel. Kiedy jedziemy z kimś autem, to musimy zdecydować, kto siada za kierownicą, a kto siedzi obok i niech się nie waży szarpać z nami, jak prowadzimy samochód, bo możemy skończyć w rowie, albo na cmentarzu.

Kiedy czytam Pismo Święte, fascynują mnie nie tylko postaci pierwszoplanowe, ale także liczni bohaterowie drugiego planu. Od nich również możemy nauczyć się bardzo wiele, dlatego warto czytać zarówno Stary jak i Nowy Testament. Znajdziemy tam wiele niezwykłych postaci, które przyjęły służebną rolę w stosunku do tych, których Pan Bóg powołał, by stali na czele. Sukces tych Bożych liderów miał ścisły związek z pracą tych, którzy stali za ich plecami i wspomagali ich w wielkich dziełach zaplanowanych przez Boga.

Oto kilka przykładów. Mojżesz miał poczucie, że z jego mową jest coś nie tak (jąkał się?), więc sugerował Bogu wybór kogoś innego do dzieła wyprowadzenia narodu Bożego z Egiptu. Stwórca nie zmienił jednak zdania i nie zwolnił go z tej roli. Dał mu jednak wspaniałego pomocnika w osobie jego brata Aarona, który stał się kapłanem i „rzecznikiem prasowym” Mojżesza, a także samego Boga (Ks. Wyjścia 4,14-16). Ten tandem pracował bardzo dobrze i Boże dzieło zostało wykonane. Bez Aarona Mojżesz z pewnością nie dałby rady!

W Nowym Testamencie czytamy na przykład o Barnabie, który szybko zrezygnował z roli wiodącej i stał się niezwykle pożytecznym pomocnikiem Apostoła Pawła, tak jak później Tymoteusz czy Sylas. Również za Panem Jezusem i jego apostołami podążało kilka kobiet, które im usługiwały i wspierały materialnie, a ich imiona zanotował Ewangelista Łukasz (8,1-3). To były również ciche bohaterki służby naszego Zbawiciela.

Cichymi bohaterkami naszej służby jako pastorów są z kolei nasze żony, które dźwigają razem z nami nasze troski duszpasterskie, nasze radości i smutki służby na rzecz naszych duchowych sióstr i braci w wierze. To nasze małżonki są w naszych kościołach tymi duchowymi Pierwszymi Damami, które są często wsparciem dla innych kobiet, szczególnie tych młodszych matek i żon, które nasze „pastorowe” wspierają i o które modlą się razem ze swoimi mężami-pastorami. Bez naszych żon, bez ich poświęcenia i oddania – nie tylko nam mężom i naszym dzieciom, ale także całej duchowej wspólnocie – nasza służba duszpasterska byłaby o wiele słabsza i o wiele mniej skuteczna.

Panowie – kochajmy więc nasze żony i doceniajmy ich trud w naszych rodzinach. W pracy szanujmy nasze asystentki czy asystentów, doradców i pomocników, bo od ich pracy pełnej poświęcenia i lojalności zależy nasz sukces i powodzenie. Nie tylko w firmie czy korporacji, ale także w kościele. W Pałacu Prezydenckim też.

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Wirus Kaina

W

Już od jakiegoś czasu świat żyje doniesieniami o rozprzestrzeniającym się wciąż koronawirusie, który wydostaje się z Chin i zaczyna dotykać obywateli innych krajów, na przykład ostatnio we Włoszech. Na chwilę obecną – jak podają media – mamy blisko 80 tysięcy ludzi zarażonych na całym świecie i ponad 2600 przypadków śmiertelnych. Oto dotychczasowy bilans tej nowej i groźnej epidemii. W Polsce dotychczas nie zanotowano żadnego zachorowania na tę chorobę, która nosi oficjalny symbol COVID-29, zaś wszyscy ewakuowani z Chin Polacy zostali poddani testom i koniecznej kwarantannie – jak zapewnia nas Główny Inspektor Sanitarny.

O epidemiach dziesiątkujących narody czytaliśmy nie raz w historii, bo tak działo się w przeszłości. Nazywano je zarazami, które zabijały tysiące, a czasem nawet miliony ludzi. Już w czasach nam współczesnych oglądaliśmy również filmy fabularne opowiadające o walce naukowców z niebezpiecznymi wirusami i epidemiami, które coraz trudniej opanować, ponieważ miliony ludzi codziennie przemieszczają się z kontynentu na kontynent i z jednego kraju do drugiego.

Wystarczy znaleźć się na jakimkolwiek większym lotnisku międzynarodowym, by dostrzec gołym okiem ludzi różnych ras, narodowości, kolorów skóry, ubranych w różne, czasem narodowe stroje. Wszyscy oni podróżują samolotami, pociągami czy statkami wycieczkowymi, na pokładach których może znaleźć się jednocześnie kilka tysięcy osób. Jak w takiej sytuacji zapanować nad rozprzestrzeniającymi się wirusami, czasem bardzo groźnymi dla ludzkiego zdrowia? Cóż z tego, że świat uporał się z wieloma chorobami zakaźnymi, takimi jak dżuma, cholera czy ospa, skoro w różnych laboratoriach prowadzi się tajne często badania nad nowymi lub zmutowanymi wirusami, które nie sposób zwalczyć dostępnymi na rynku szczepionkami.

Epidemia koronawirusa, której rozprzestrzenianie się obserwujemy z niepokojem, to bardzo poważny problem i zagrożenie. Oby Pan Bóg obdarzył mądrością tych, którzy odpowiadają za opanowanie tej choroby i za nasze bezpieczeństwo. Szczególnie wtedy, kiedy podróżujemy po świecie, czego nie można wykluczyć. Chodzi więc o to, by tę epidemię opanować i zdławić jej śmiercionośne skutki, zaś rodzinom tych, którzy stracili swoich bliskich, należy okazywać współczucie i modlić się o zdrowie zarażonych, którzy walczą o własne życie i powrót do zdrowia.

Piszę dzisiaj o tym dlatego, że często jako kaznodziejowie i duszpasterze uczymy i ostrzegamy ludzi, że podobnie działa w naszym życiu grzech, który jest często porównywany na przykład do trądu, który w czasach biblijnych był chorobą nieuleczalną. Grzech jest również bardzo zaraźliwy i potrafi się mnożyć w zastraszającym tempie. Musimy zdawać sobie sprawę z groźby tejże duchowej epidemii, która może nas również dotknąć.

Żeby to udowodnić, przywołam wspomnianego w tytule dzisiejszego felietonu Kaina – pierwszego mordercę i bratobójcę. Ten starszy syn naszych prarodziców: Adama i Ewy dokonał tej zbrodni z zazdrości do brata, którego ofiarę Pan Bóg przyjął, a jego ofiary nie przyjął. Stało się tak między innymi dlatego, że Kain nie postępował właściwie – jak powiedział do niego sam Stwórca (Ks. Rodzaju 4,7). Ta zazdrość i niewłaściwe postępowanie doprowadziły Kaina do gniewu, potem do nienawiści, a w końcu do zabicia brata Abla. Czy był to jednak koniec jego grzechów i win? Otóż nie, bo grzech rozmnaża się i rozpowszechnia jak najgroźniejsza epidemia!

Kiedy bowiem Kain dokonał tej strasznej zbrodni, Pan Bóg zapytał go o jego brata. Jaka była odpowiedź Kaina? „Nie wiem – odpowiedział. Czy ja jestem stróżem mojego brata?” (Ks. Rodzaju 4,9b). Kain popełnił więc dwie kolejne niegodziwości: skłamał w żywe oczy i okazał się arogancki, by nie powiedzieć bezczelny wobec Boga, który przecież widzi wszystko. Konsekwencja tej epidemii grzechów w jego sercu była bardzo poważna: musiał odejść sprzed oblicza Pana (w. 16).

Szatan bardzo zabiega o to, by w naszym życiu pojawił się jakikolwiek grzech, choćby jeden i może z naszego ludzkiego punktu widzenia mało znaczący, który rozmnoży się jednak szybko i zainfekuje nasz umysł, serce i sumienie. Nie będziemy przecież chcieli o nim mówić nikomu, więc będziemy go ukrywać i udawać, że nie popełniamy go. Będziemy też kłamać, mataczyć i oszukiwać innych, strojąc pobożne miny i mówiąc, że wszystko jest u nas OK. A tymczasem nie jest i nadal nie będzie OK, dopóki nie przyznamy się do własnego grzechu, nie wyznamy go Bogu i nie zaprzestaniemy go znowu popełniać. Nie ma innej drogi.

Każda epidemia czy zaraza jest szalenie groźna, bo szybko się rozprzestrzenia i dotyka coraz większej liczby ludzi. Walka z takimi zjawiskami jest niezwykle trudna, a tym bardziej powstrzymanie każdej epidemii, szczególnie dzisiaj. Podobnie jest ze skłonnością człowieka do popełniania różnych grzechów – tę epidemię widać przecież gołym okiem i nikt z ludzi nie jest w stanie tej zarazy powstrzymać. Dlatego też walczmy nie tylko o swoje fizyczne zdrowie, ale także, a może przede wszystkim zwalczajmy w sobie wirusa Kaina. Sami nie damy rady. Możemy jednak pokutować i modlić się: „Boże dopomóż, bo tylko Ty możesz”.

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Właściwe wychowywanie dzieci nigdy nie było łatwe. Tak powie każdy rodzic, który zmagał się lub zmaga z opanowaniem żywiołu, jakim są jego małe pociechy. Razem z żoną wychowywaliśmy naszych dwóch synów i córkę, więc wciąż pamiętam, jak ich właściwe kształtowanie było jednym z najtrudniejszych zadań, przed którym stanęliśmy jako młodzi małżonkowie. Tym bardziej, że każde dziecko jest wyjątkowe, tak często różne od swojego rodzeństwa pod względem charakterologicznym jak i o różnym poziomie wrażliwości.

Do tego mamy jeszcze różne wzorce wychowania, teorie naukowe i pedagogiczne, a również doświadczenia z własnego dzieciństwa i tego, w jaki sposób wychowywali nas nasi rodzice. Ani oni, ani my jako rodzice nie byliśmy doskonałymi wychowawcami i wszyscy zapewne popełnialiśmy jakieś błędy, ulegaliśmy emocjom, byliśmy nieobiektywni i niesprawiedliwi w ocenie zachowań naszych dzieci, a czasem faworyzowaliśmy jedno z nich, zaniedbując drugie lub wszystkie pozostałe.

Tak to już jest, że rodzicami stajemy się wtedy, kiedy jesteśmy młodzi i zawsze jest to dla nas ten pierwszy raz. Natomiast już jako dziadkowie jesteśmy bardziej mądrzy i doświadczeni. Tyle tylko, że nasze dorosłe dzieci będące teraz rodzicami naszych wnucząt uważają, że wiedzą lepiej, a i my czasem chcemy im narzucić swoje dawne wzorce wychowania, zapominając, że czasy i standardy wychowania zmieniły się. To, co było dobre i skuteczne kilkadziesiąt lat temu, dzisiaj już tak nie działa.

Nie ma jednak wątpliwości, że dzieci zawsze potrzebują wychowania – właściwego, rozumnego i skutecznego. Takiego, które nauczy ich dyscypliny, poszanowania starszych, posłuszeństwa i wreszcie tego co najważniejsze: umiejętności odróżniania dobra od zła oraz świadomości poważnych zazwyczaj konsekwencji tego drugiego. Jak to zrobić, jak rzeźbić charaktery naszych dzieci, by wyrosły na emocjonalnie zdrowych, odpowiedzialnych i zdyscyplinowanych ludzi? Oto jest pytanie…

Mam nieodparte wrażenie, że chyba każdy człowiek ma własną receptę na dobre i skuteczne wychowanie dzieci, a szczególnie ci, którzy tych dzieci nie mają. Wtedy są bardzo mądrzy i święcie przekonani o tym, co inni mają robić. W całej tej dyskusji o tym, co dzisiaj wolno, a czego nie wolno w naszych relacjach z dziećmi, widzę bardzo dużo demagogii, przekłamań i zwyczajnej hipokryzji. Cokolwiek bym tu więc nie powiedział, zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo będzie to „niepoprawne politycznie” lub nawet gorszące.

Kiedy bowiem wspomnę o tzw. bezstresowym wychowaniu dzieci, wtedy wielu ludzi starszych wiekiem zakrzyknie, że dzięki takiej filozofii pedagogicznej wychowaliśmy już kilka pokoleń dzieci rozwydrzonych, niezdyscyplinowanych i terroryzujących wszystkich dookoła. Mało tego. Te ostatnie pokolenia są bardzo słabe emocjonalnie i nieprzygotowane na zmaganie się z trudnościami, porażkami czy niedostatkami. Wielu rodziców ostatnimi czasy – a są one co by nie mówić lepsze materialnie od dawniejszych – powiada, że zapewnimy swoim dzieciom to wszystko, czego my nie mieliśmy w naszym dzieciństwie. Zanim więc ich dzieci wejdą w dorosłość, a więc odpowiedzialnie chwycą sami „życie za bary”, już mają od rodziców zapewnione mieszkania, samochody, drogie zabawki, telefony, opłacone czesne w szkołach i na uczelniach. Wiele rzeczy otrzymują za darmo, bez wysiłku i własnej pracy. Nie szanują więc wartości pieniądza i poświęcenia swoich rodziców lub dziadków. Kiedy zaś postanawiają założyć własną rodzinę, coraz częściej i o wiele szybciej niż kiedyś poddają się pod naporem pierwszych trudności życia, lekkomyślnie się rozwodzą i wracają na łono swoich mamusiek i tatusiów. Ileż mamy takich nieszczęść dokoła?

Zatrważa również różnego rodzaju przestępczość ludzi młodocianych, a czasem wręcz dzieci, bo nie zostały nauczone karności, odróżniania dobra od zła, dobrze pojętej moralności i elementarnej uczciwości. Dzisiaj młodym wszystko wolno, niczego nie wolno im zabraniać, nie stresować i nie ograniczać. Korzystają więc z tych bardzo sprzyjających im okoliczności, ale to nie czyni ich ludźmi prawymi i odpornymi na życiowe przeszkody i trudności. A życie nie jest łatwe.

Drugą skrajnością jest zbytnia surowość wychowawcza, znęcanie się nad dziećmi, przemoc w rodzinach czy stosowanie kar cielesnych, które są po prostu nie do przyjęcia i absolutnie nie do zaakceptowania. Gnębienie i poniżanie słabszych albo wręcz zachęcanie i instruowanie rodziców, jak mają stosować kary fizyczne – jest po prostu przestępstwem i grzechem. Dla takich zachowań nie ma żadnego usprawiedliwienia!

Jako rodzice jesteśmy bowiem zobowiązani do tego, aby kochać nasze dzieci. Kochać i wychowywać je rozumnie i bardzo odpowiedzialnie, nie pobłażliwie lub nieudolnie, ale też nie srogo, bezdusznie i w sposób fizycznie represyjny. Trzeba się więc wysilić, a może i trochę poedukować, by osiągnąć dobre efekty wychowawcze poprzez bliższą emocjonalną więź z dzieckiem, cierpliwe rozmowy wyjaśniające, a jeśli one nie poskutkują, to zastosowanie innych form perswazji lub niedotkliwych fizycznie zakazów, które pomogą dziecku zrozumieć, kiedy zachowuje się lub postępuje niewłaściwie i żeby było zdolne do szczerych przeprosin oraz korekty swoich zachowań.

W tym kontekście podam tylko jeden cytat z Nowego Testamentu: „Dzieci, bądźcie we wszystkim posłuszne rodzicom, gdyż to jest miłe Panu. Ojcowie, nie wywołujcie u swoich dzieci rozżalenia, aby nie ulegały zniechęceniu” (List Ap. Pawła do Kolosan 3,20-21). Niełatwe to zadanie, ale jeśli kochamy nasze dzieci mądrze, to będziemy je też mądrze wychowywać! Tego od serca życzę wszystkim dzisiejszym rodzicom!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Czas leje

C

W czasie jednego wykładu, który po polsku próbował wygłosić pewien amerykański misjonarz, mówca chciał powiedzieć, że czas szybko mija lub płynie, ale użył niewłaściwego słowa i ten idiom w jego ustach zabrzmiał dość zabawnie. Powiedział mianowicie, że „czas leje”. Kiedy z kolei chciał do kogoś zadzwonić, wtedy mawiał: „muszę wykonać zadzwon”. Tak to czasem i my próbujemy mówić w innym języku i te nasze sformułowania brzmią w uszach innych nacji równie zabawnie.

Tak więc – „czas leje” – Drodzy Czytelnicy. Ani się obejrzeliśmy, a już ucieka nam sprzed oczu pierwszy miesiąc Nowego Roku, który rozpoczynaliśmy tak niedawno. Nie ma wątpliwości, że czas upływa bardzo szybko, a ponieważ mamy tyle rzeczy do zrobienia na co dzień, więc powtarzamy jak mantrę, że na nic nie mamy czasu. Zawsze spóźnieni, zabiegani i tracący z oczu wiele rzeczy i spraw naprawdę ważnych.

W jednej z gazet ktoś tak próbował opisać nasz współczesny styl życia: „Mam dom, mam auto, lokatę na koncie, ale czasu nie mam. Mam tytuł, mam talent, ambicję, no i wiedzę mam, ale czasu nie mam. Mam urodę, mam wolność i zdrowie też właściwie mam, ale czasu nie mam. Mam dobre układy z ważnymi ludźmi, mam psa lub kota, mam mamę, a nawet wyrzuty sumienia mam, ale czasu nie mam”. Tak wygląda życie nas, zabieganych i zestresowanych ludzi. Czas ucieka nam przez palce. Pracujemy ciężko na życie, ale nie mamy czasu, aby żyć i cieszyć się tym życiem. Smutne, prawda?

Tymczasem mądry król Salomon napisał, że „wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę. Jest czas rodzenia i czas umierania, jest czas sadzenia i czas wyrywania (…). Jest czas płaczu i czas śmiechu, jest czas żalu i czas tańca” (Ks. Kazn. Sal. 3,1-4). Wszystko ma i powinno mieć swój czas – nie może go zabraknąć na te rzeczy, które są ważne i potrzebne do tego, by nasze życie uznać za szczęśliwe i spełnione. Zwrot „nie mam czasu” nie mówi nam do końca prawdy, bo jeśli nie mam czasu na „to”, to na „tamto” mam czas i uważam „tamto” za ważniejsze. Stąd tak ważne jest pytanie o listę naszych życiowych priorytetów: co dla nas jest najważniejsze i na to powinniśmy zawsze znaleźć odpowiedni czas, a co jest mniej ważne lub zupełnie nieważne, na co nie warto tracić drogocennych chwil naszego krótkiego przecież życia.

Stwórca powierzył człowiekowi wykonywanie różnych czynności, działań i przedsięwzięć, aby wypełnić jego czas. Powinniśmy więc mieć czas zarówno na pracę, jak i wypoczynek, cieszenie się rodziną, przyjaciółmi, czas na hobby. Kiedy człowiek nudzi się, wtedy czuje się źle, a w sercu rodzą się dziwne pragnienia i szalone pomysły, które pochodzą od szatana, który stara się tak wypełnić nam czas, abyśmy nie byli zdolni do myślenia o rzeczach ważnych i pierwszorzędnych dla naszej przyszłości. Nade wszystko zaś o wieczności.

Król Salomon podzielił się z nami następującą obserwacją: „Widziałem żmudne zadania, które Bóg zadał ludziom, aby się nimi trudzili. Wszystko pięknie uczynił w swoim czasie, nawet wieczność włożył w ich serca” (Kazn. Sal. 3,10). Problem wielu współczesnych ludzi polega jednak na tym, że często zajmują się rzeczami i sprawami, które nie przybliżają ich do Stwórcy, każą im myśleć wyłącznie o doczesności, a całkowicie pomijać sprawy wieczności, która powinna być treścią nadziei i pewności wszystkich chrześcijan.

Przyznajmy jednak, że gdzieś z tyłu głowy albo w zakamarkach naszego serca i umysłu tli się ciągle jakieś przeczucie co do istnienia wieczności. Instynktownie myślimy i marzymy o tym, by coś co kochamy i co jest dla nas ważne, trwało na zawsze, nigdy nie przemijało i nie zmieniało się. Kiedy więc starzejmy się i słabniemy fizycznie, kiedy przychodzi czas, że tracimy swoich dziadków lub rodziców, dzieci wyrastają nam zbyt szybko i wychodzą z domu, a świat zmienia się wciąż na gorsze i gorsze, wtedy smucimy się i zaczynamy zadawać sobie pytanie o obietnice Boga dotyczące wiecznej egzystencji Jego dzieci. Warto o nich poczytać w Piśmie Świętym, porozmyślać o swojej przyszłości, może z kimś o tym porozmawiać, wreszcie porozmawiać o tym z samym Bogiem?

Póki co, warto czerpać radość z płynących dni i codziennych jasnych chwil zadowolenia, spełnienia i szczęścia, zaś nie smucić się zbytnio odniesioną porażką, przykrym zdarzeniem, złą pogodą czy niemiłą rozmową z kimś na ulicy lub w urzędzie. Cieszmy się zatem tym, że mamy co jeść i wypić, że mamy apetyt i czujemy smak i zapach tego co nas otacza, a jest jeszcze nieskażone. Zechciejmy czerpać radość z czynienia dobra wokół nas, z pomagania innym, z dzielenia się uśmiechem i dobrym humorem, bo przecież mamy jeszcze sporo powodów, by nie marnować drogocennego, danego nam przez Boga czasu. Bo jeśli zmarnujemy, to zmarnujemy go bezpowrotnie i będziemy tego żałować.

Czasem powiadamy: tak bardzo chciałbym cofnąć czas! Dlaczego? Bo na przykład podjąłem jakąś nieodpowiedzialną decyzję, popełniłem jakąś podłość lub coś, czego się wstydzę i co obciąża moje sumienie, albo po prostu spędziłem sporo czasu na błahostkach, głupotach i bez sensu. Ale niestety, czasu nie da się cofnąć. Warto więc przeżywać każdy dzień rozumnie, rozważnie i godnie. To sztuka. Sztuka dokonywania wyborów – małych i bardziej poważnych, które – jeśli są słuszne, to wtedy nadają naszemu życiu słodki smak. Cieszmy się naszym życiem i uwierzmy w jego wieczną perspektywę!

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Prawdziwi bohaterowie wiary

Chcielibyśmy widzieć dzisiaj niekwestionowanych bohaterów wiary, którzy mają imiona i nazwiska, znane nam twarze i działają w zasięgu naszego wzroku, a nie gdzieś w dalekich krajach, przez co są wiarygodni i przez to godni głębokiego szacunku i poważania.

Kiedy czytamy List do Hebrajczyków, w 11. rozdziale znajdujemy listę bohaterów wiary Starego i Nowego Testamentu. Warto zauważyć, że mamy tam dwie kategorie duchowych herosów. Jedni z nich doświadczali nadzwyczajnych błogosławieństw i spektakularnych cudów w swoim życiu i służbie (w. 33-35a). Potem jednak padają imiona tych, którzy cierpieli prześladowania, byli poniewierani, biczowani, więzieni, pozbawieni wszystkiego, a niektórzy umarli męczeńską śmiercią i nie doczekali spełnienia swoich nadziei lub Bożych obietnic (w. 35b-39).

Czy ci drudzy byli chrześcijanami „drugiego sortu”? Może nie powinni być uznani za bohaterów wiary, lecz za ludzi przegranych?  Bo nie mogli i do dziś nie mogą nam zaimponować żadnymi spektakularnymi cudami i nadprzyrodzonymi przeżyciami z Bogiem? 

Tymczasem Pan Bóg stawia ich w jednym rzędzie z tymi, którzy doświadczali niezwykłych rzeczy i którym powiodło się w pełni w ich chodzeniu z Bogiem. „Wszyscy oni (…) dzięki swej wierze zdobyli chlubne świadectwo” lub uznanie – oczywiście w oczach Boga. Może ci drudzy tym bardziej zasługują na miano bohaterów wiary, bo za swoją wierność Bogu pomimo wszystko zapłacili bardzo wysoką cenę!

Kiedy dzisiaj we wspólnotach ludzi wierzących zachęca się na nabożeństwach, by ludzie dzielili się swoimi świadectwami, zwykle oczekujemy nadzwyczajnych opowieści, które najpierw szokują, a potem zapierają dech w piersiach. Mówimy wtedy: to było spektakularne i mocne świadectwo! Najlepiej więc posłuchać nawróconego gangstera albo byłej prostytutki czy więźnia. Tacy to mają mocne świadectwa! To są współcześni bohaterowie wiary!

A co z cichymi bohaterami wiary, którzy są zbyt pokorni i nieśmiali, by pchać się na podium i opowiadać swoje świadectwa. Zresztą nikt ich nie zaprasza i nie dostrzega ich duchowego heroizmu, bo nie jest on tak sensacyjny czy spektakularny. A są to ludzie żyjący bogobojnie, pokornie i skromnie, rozmiłowani w Słowie Bożym i modlitwie gorliwej za innych, którzy walczą na pierwszej linii duchowego frontu. Nie mogą się pochwalić ani zaimponować innym jakimiś nadzwyczajnymi doświadczeniami życia, ale oni trwają blisko Boga i są solą tej ziemi i naszych wspólnot. Żyją zgodnie ze słowami piosenki „Po prostu z Jezusem żyć. Zwyczajnie, bez wielkich słów”.

Rozejrzyjmy się wśród naszych sióstr i braci w wierze. Bohaterowie wiary są wśród nas. Na przykład ci najstarsi, którzy pamiętają jeszcze koszmar wojny i duchowego przetrwania w obliczu traumy śmierci czy zmarnowanego dzieciństwa lub wczesnej młodości. Dziś niektórzy z nich dobijają setki, a wciąż trwają przy Panu, mocno wierzą i czekają z utęsknieniem na swoje rychłe spotkanie z Panem. Poprośmy ich, niech opowiedzą, jak żyć z Panem wiernie przez dziesięciolecia i jak być gotowym na śmierć w drodze do domu Ojca!

Albo małżonkowie, którzy są sobie wierni oraz nieskalani zdradą i niemoralnością. Zawsze razem przez dziesiątki lat! Czy to nie są bohaterowie wiary i przykłady do naśladowania? Czyż nie zasługują na szacunek i prawo głosu na nabożeństwach, by opowiedzieć o swoim rodzinnym życiu naznaczonym stałą obecnością Boga w ich sercach?

Albo ktoś, kto jeździ na wózku od lat lub choruje na stwardnienie rozsiane czy jest obłożnie chory, a mimo to – nie doświadczając łaski cudownego uzdrowienia – bez zastrzeżeń ufa Panu i kocha Go bezgranicznie mimo cierpienia? Kiedy takich ludzi odwiedzamy, a warto! – wracamy od nich zbudowani i zawstydzeni, że ze swoją wiarą i zaufaniem do Boga nie dorastamy im do pięt.

Dajmy im mikrofon do ręki. Niech dadzą świadectwo jako ludzie niezłomni i twardzi w wierze jak skała! O takich ludziach nikt nie nakręci filmu i nie napisze książki, bo ich historie nie są tak medialnie sensacyjne. Ale kiedy naprawdę zechcemy ich posłuchać, wtedy odkryjemy prawdziwy sens duchowego bohaterstwa, bo oni nie są z tych, którzy się cofają i giną, lecz z tych, którzy wierzą i zachowują duszę! (Hbr 10,39). To są duchowi zwycięzcy!

Andrzej Seweryn

Read More →
Exemple

Felieton noworoczny

Co prawda upłynęło już kilka dni od zakończenia starego roku, niemniej jednak czytacie Państwo pierwszy, styczniowy numer naszego Tygodnika, więc wypada złożyć Wam serdeczne życzenia noworoczne. Gdybym napisał: „Wszystkiego dobrego”, albo po staropolsku: „Dosiego roku” – kto to dzisiaj rozumie? – nie powiedziałbym nic, co miałoby jakieś konkretne znaczenie w naszym życiu, bo to życzenie bardzo ogólne i zdawkowe. Dobrze byłoby w czasie składania jakichkolwiek życzeń wysilić się i wyrazić coś bardzo osobistego, konkretnego, godnego zapamiętania przez adresata tych życzeń, a nade wszystko godne spełnienia. Tak chciałbym uczynić w tym felietonie, który w całości jest moim życzeniem noworocznym.

Mamy Nowy Rok, nowe kalendarze, zaczęła się nowa dekada – lata 20-te XXI wieku. Data brzmiąca dość kosmicznie. Powolutku zaczyna też przybywać dnia. A co nowego u mnie i u Ciebie? Czasem ludzie mówią: „U mnie wszystko po staremu”. Co to oznacza? I co może znaczyć w życiu chrześcijanina, jeżeli tak samo myśli i tak samo mówi? Rutynę? Brak sił do odnowy i odświeżenia duchowego? Może niewiarę, że coś może się zmienić na lepsze, a moja wiara może się stać silniejsza i bardziej stabilna?

Jak czujemy się, gdy dokonamy remontu w naszym domu lub odnowimy nasze mieszkanie? Jak czujemy się, kiedy kupujemy nowy samochód albo choćby zmieniamy na inny, młodszy? Co czujemy, gdy coś nowego i pozytywnego zaczyna się dziać w naszym życiu? Z pewnością radość, ekscytację, zadowolenie – adrenalina idzie w górę! To wspaniałe uczucia, które dynamizują nasze życie, usuwają szarzyznę i burzą nasze utarte i zużyte już schematy, w których tkwiliśmy! Nowe – zawsze odświeża i cieszy!

Dlaczego od czasu do czasu decydujemy się na remont w mieszkaniu? Otóż dlatego, że kiedyś było ono nowe, wszystko było świeżo pomalowane i po prostu ładne. Po latach jednak ściany stały się brudne, meble zużyte, brzydkie i zestarzałe. Dobrze nam było z tym, aż pewnego dnia spojrzeliśmy uważniej na wygląd naszego mieszkania i stwierdziliśmy, że ono już nadaje się do remontu.

Dlaczego mężczyźni się golą? Dlaczego od czasu do czasu chodzimy do fryzjera? Dlaczego kupujemy nowe ubrania i dość często bierzemy prysznic? Bo potrzebujemy odświeżenia. Co się dzieje z kimś, kto tego nie robi? Jak wygląda i jak pachnie? Wiadomo…

Skoro więc od czasu do czasu robimy remont lub odświeżenie w domu czy mieszkaniu, więc może warto byłoby zrobić to samo w naszym duchowym zakątku? Czy po wielu może latach naszego obcowania z Bogiem – a każdy z nas sam musi o to zadbać, jeśli mu na tym naprawdę zależy – nie potrzebujemy czasem duchowego remontu i odświeżenia?

Na naszym liczniku życia kliknęła kolejna cyferka, stajemy się coraz starsi. Ubywa nam powoli sił witalnych i taka już jest kolej rzeczy. Tak było i przed wiekami. A jednak Apostoł Paweł napisał do chrześcijan w Koryncie bardzo ważne słowa: „Dlatego się nie poddajemy. Wprawdzie nasz zewnętrzny człowiek niszczeje, za to nasz wewnętrzny odnawia się z każdym dniem” (2 Kor 4,16). To oznacza, że choć fizycznie słabsi, mamy jednak odnawiać się duchowo codziennie, aby naszej duchowej kondycji stale przybywało. Wszak jako chrześcijanie zmierzamy w kierunku wieczności, a więc niekończącego się życia z Bogiem – świętym Bogiem.

Jak zatroszczyć się o tę duchową kondycję? W Księdze proroka Izajasza czytamy, że „tym, którzy ufają Panu, przybywa wciąż nowych sił” (40,31). Nasze zaufanie do Boga i Jego obietnic dodaje nam stale duchowej witalności. Bierze się ona z czytania i rozważania Pisma Świętego, które z pewnością mamy w naszych domach gdzieś na półkach. Warto je czytać i poznawać Boga oraz Jego wolę wobec nas na każdy następny dzień. A potem podążać za Jego wskazówkami – darząc Boga pełnym zaufaniem. Jeśli to się nie dzieje – to nasza duchowość jest nieświeża, zużyta, brudna! Pana Boga nie zadowoli więc wyłącznie nasza religijna rutyna czy bezrefleksyjna pobożność, a już tym bardziej obojętność na Jego głos.

Dlatego też życzę Wam, Drodzy Czytelnicy, a także sobie samemu duchowej świeżości i wciąż nowych sił duchowych na następne dni, tygodnie i miesiące nowego, 2020 roku. Bez tego będzie nam trudno i ciężko, ponieważ sami jesteśmy bezsilni lub słabi, podatni na pokusy, obciążeni trudami dnia codziennego.

Najpierw pomyślmy o tych sprawach, a potem porozmawiajmy o tym z Bogiem. On nam doradzi, co moglibyśmy zrobić, naprawić, wzmocnić lub odświeżyć, a co wyrzucić na śmietnik i bezpowrotnie o tym zapomnieć.

Czego nowego spodziewasz się od Boga w 2020 roku? Co chciałbyś zmienić w swoim duchowym życiu? Czy tego pragniesz i czy masz odwagę, by chociaż spróbować? Stanie w miejscu, życie po staremu – to duchowy marazm. Jesteś wtedy podobny do zaniedbanego i podupadłego domu lub zapuszczonego mieszkania! Potrzebujesz pilnie renowacji i odświeżenia, a może nawet kapitalnego remontu.

Nie chodzi mi o to, żebyś znowu podjął jakieś noworoczne postanowienie, rychło je złamał i czuł wstręt do samego siebie lub totalne zniechęcenie. Panu Bogu chodzi o twoją gotowość i chęć do zmiany, naprawy, odnowy, która rozpali na nowo twoje serce! Początek nowego roku to dobry czas na porządki i duchowy remanent w swoim sercu, ale proszę Cię o jedno: nie odkładaj tego “remontu” na później!

Pastor Andrzej Sewryn
(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →
Exemple

Moje świąteczne życzenie

Za kilka dni znowu będą święta i znowu spotkamy się w swoich rodzinach przy wigilijnym stole. Przypominam więc jeszcze raz o tym, abyśmy nie obchodzili pamiątki Urodzin Pana Jezusa bez duchowej obecności samego Solenizanta: przede wszystkim w naszych sercach, a potem w naszych rodzinach i kościołach. Bez Niego oraz pamięci o tym, co Jezus przyniósł na świat i do każdego z nas osobiście, te święta nie będą miały żadnego głębszego znaczenia. Będą tylko tradycją i rutyną – dla niektórych nieznośną i bolesną przy okazji, a tak przecież być nie powinno.

Już dwa lata temu pisałem, że niezwykła potrzeba bliskości jest tym, co wyróżnia te święta spośród wszystkich innych. Są oczywiście ludzie samotni, bądź oddaleni od swoich domów z przyczyn zawodowych lub losowych, dla których ten okres to czas emocjonalnej udręki, którą chcą jakoś przetrwać przed telewizorem lub komputerem. Jednak zdecydowana większość ludzi lgnie w tych świątecznych dniach do innych, a wigilijna wieczerza w gronie najbliższych i przyjaciół jest jakąś szczególną, świętą chwilą, której tradycję chcemy nadal pielęgnować i wpajać naszym dzieciom i wnukom.

Ta głęboka emocjonalna potrzeba bycia ze sobą w czasie świąt ma swoje korzenie w fakcie, który te święta nam przypominają: mianowicie w przyjściu na świat Zbawiciela, który zbratał niebo z ziemią, a którego nazwano nie tylko Jezusem, ale także Emmanuelem – czyli Bogiem z nami (Mat 1,23). To sam Stwórca zapragnął zbliżyć się do człowieka, przynosząc w nowonarodzonym Dziecięciu pokój na świat, a także radość, światło i zbawienie. Pasterze na polach betlejemskich usłyszeli bowiem wtedy niezwykłą wiadomość z samego nieba: „Nie bójcie się, bo oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego ludu, gdyż dziś narodził się wam Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan, w mieście Dawidowym (…). Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli” (Łuk 2,10-11 i 14).

Ciesząc się bliskością tych, których kochamy i których spotkamy w czasie świąt, pomyślmy może również o tych, z którymi straciliśmy bliskie relacje. Choć z tytułu pokrewieństwa bliscy, stali się oni (z różnych powodów – z ich czy naszej winy) dalecy i obojętni naszym sercom. Może jednak warto byłoby wysłać kartkę, może zadzwonić czy nawet zaprosić na Wigilię, mimo, że nie robiliśmy tego od lat i nie czujemy się wcale z tym dobrze, bo sumienie nie daje nam spokoju. Może to jest nasz tata, mama, brat czy siostra, którzy czekają na taki telefon, na ciepłe słowo lub zaproszenie, choć nie słyszeli naszego głosu już tak długo? To wymaga odwagi przełamania się, odłożenia na bok pretensji albo poczucia doznanej od nich kiedyś krzywdy i bólu… 

Może czas tych świąt, które ukazują nam serce pełnego przebaczenia Boga posyłającego na świat swojego Syna po to, by nam przebaczył i zaoferował życie wieczne, to niepowtarzalna okazja do odbudowania zerwanych relacji, zaleczenia zranień i zapomnienia tego, co nas oddaliło od siebie? Nie zmarnujmy takiej okazji w tym roku, wyciągnijmy rękę do zgody i pojednania. Zwyciężajmy zło dobrem, obojętność odrobiną miłosierdzia, mroki nieprzebaczenia rozświetlmy ciepłem swojego serca i nadzieją na trwałą odmianę! 

Może zanim zasiądziemy do wigilijnej wieczerzy, obiecajmy sobie w sercu, że nie będziemy tym razem rozmawiać o polityce i aktualnej sytuacji w naszym kraju, bo wtedy – jak to może nie raz bywało – szybko się poróżnimy i pokłócimy, a potem rozejdziemy w gniewie, oddaleni od siebie jeszcze bardziej. Czy warto zmarnować ten niepowtarzalny wieczór na zwady i udowadnianie swoich racji? A może lepiej porozmawiajmy o sobie, o tym, co naprawdę ważne w życiu, a co nas łączy i czyni rodziną? Przygotujmy może teksty kilku najbardziej znanych kolęd i po prostu zaśpiewajmy na cześć Temu, który kiedyś przyszedł na ten padół ziemski, by odmienić nasze losy oraz dać nam perspektywę i możliwość wiecznego życia z Bogiem!

W przededniu najpiękniejszych w roku Świąt Bożego Narodzenia 2019 życzę Wam – Drodzy Czytelnicy – błogosławionych i radosnych dni pełnych bliskości i miłych, przede wszystkim duchowych wzruszeń! A także zdrowia i optymizmu na Nowy Rok, jako że spotkamy się znowu dopiero w drugim tygodniu stycznia 2020 roku.

pastor Andrzej Seweryn
Read More →
Exemple

Śpiewać każdy może

Na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu w 1977 roku młody wtedy aktor Jerzy Stuhr zaprezentował bardzo dowcipny utwór recytatorsko-wokalny, który zaczynał się tak: „Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, ale nie oto chodzi, jak co komu wychodzi. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi”.

Dość powszechnie wiadomo, że my, Polacy, jesteśmy dość kiepscy, jeśli chodzi o naszą muzykalność. Nie jesteśmy narodem rozśpiewanym jak inne nacje, kształcenie muzyczne w szkołach mocno kuleje. Częściej słuchamy muzyki i śpiewu innych, rzadziej śpiewamy sami, a jeśli już, to zaskakująco spory procent naszych rodaków fałszuje niemiłosiernie, ponieważ brak im słuchu muzycznego, albo przynajmniej elementarnego rozśpiewania. Chyba, że u cioci na imieninach. Tyle tylko, że wtedy zarówno biesiadny repertuar jak i jakość jego wykonania – często w oparach alkoholu – pozostawiają wiele do życzenia. 

Również nasi politycy i sportowcy dość często rozmijają się z linią melodyczną śpiewanego hymnu państwowego czy innych klubowych pieśni śpiewanych na piłkarskich stadionach. Nie śpiewamy już prawie żadnych piosenek z naszymi dziećmi czy wnukami, a kiedy za niedługo będą święta, czy zaśpiewamy w naszych domach choć jedną kolędę? Szczerze wątpię. Pewnie puścimy sobie ewentualnie te świąteczne melodie z radia lub popłyną one do naszych uszu z ekranów telewizorów. Pod warunkiem jednak, że zechcemy obejrzeć jakiś koncert świąteczny, a nie pierwszy lepszy film akcji czy horror. 

Dziś już tylko artyści i gwiazdy estrady śpiewają dla swoich muz, dla publiczności i swoich fanów. My, przeciętni Polacy, stajemy się coraz bardziej muzycznie głusi, a śpiewanie lub granie na jakimkolwiek instrumencie staje się zjawiskiem zupełnie wyjątkowym i niespotykanym powszechnie w naszym codziennym życiu. Kiedyś nasze babcie śpiewały wiele pieśni, dziadkowie muzykowali amatorsko, ale z pasją i inwencją twórczą. Dziś nie tworzymy żadnej muzyki, tylko ją co najwyżej bezwiednie odtwarzamy. Przez to również posmutniało nam trochę to nasze codzienne życie.

Piszę o tym, mając świeżo w pamięci ostatni weekend, który spędziłem z żoną w stolicy. Był to czas dla nas szczególny, ponieważ w Zborze Kościoła Chrześcijan Baptystów w Warszawie odbyło się kolejne spotkanie chórów naszego Kościoła połączone z szacownym jubileuszem 100-lecia istnienia tamtejszego chóru śpiewającego na nabożeństwach i licznych uroczystościach zborowych i kościelnych. Na zaproszenie chóru-jubilata przybyły do Warszawy chóry ze zborów baptystycznych w Łodzi i Białymstoku oraz chór ze zboru rosyjskojęzycznego w Warszawie. 

W czasie dwóch koncertów posłuchaliśmy sporo pięknych pieśni chóralnych wykonanych na cześć naszego Boga i Stwórcy wykonanych przez wspomniane cztery chóry kościelne, jak również pieśni wykonanych przez połączone chóry, które zabrzmiały potężnie i majestatycznie.

Ponieważ w warszawskim zborze baptystycznym śpiewaliśmy oboje z żoną w latach 70. ubiegłego stulecia, więc zostaliśmy zaproszeni nie tylko na tę piękną uroczystość, ale także wraz z innymi byłymi chórzystami zostaliśmy zaproszeni do zaśpiewania wraz z chórem-jubilatem dwóch pieśni na chwałę Bogu. Był to dla nas powrót do przeszłości, kiedy to mogliśmy występować nie tylko w swoim kościele, ale także na przeglądach chórów oraz na wyjazdach zagranicznych. To były piękne chwile i czasy, bo uczyliśmy się śpiewać na głosy, poznawaliśmy bogatą literaturę chóralną autorstwa różnych kompozytorów, uczyliśmy się piękna i estetyki muzycznej, a także wyrażania przez pieśni swoich szczerych uczuć kierowanych do naszego Boga.

W czasie okolicznościowego kazania, które miałem przywilej wygłosić na tej uroczystości, zacytowałem Psalm 95,1-3: „Chodźcie, zaśpiewajmy Panu! Wznieśmy okrzyk na cześć Opoki naszego zbawienia. Przyjdźmy przed Jego oblicze z wdzięcznością, wznieśmy do Niego głos w naszych pieśniach, gdyż Pan jest Bogiem wielkim, jest wielkim Królem”.

Tak mogą zaśpiewać wyłącznie ludzie zbawieni dzięki ofierze Pana Jezusa, złożonej na krzyżu. To On jest opoką (fundamentem) naszej pewności zbawienia, która wynika z Jego pewnych obietnic oraz z naszej szczerej wiary i miłości do Tego, który nas zbawił. Świadomość naszego zbawienia nie pozwoli nam milczeć. Będziemy śpiewać w duchu z wielkiej wdzięczności za wielki dar wiecznego życia! I tylko ludzie wiary mają poczucie proporcji pomiędzy wielkim Bogiem, a ich własną małością. To sprawia, że czujemy się prawdziwie pokorni, czujemy wielki respekt przed Nim i jesteśmy zafascynowani faktem, że my, mali ludzie, mamy dostęp do wielkiego Boga i wielkiego Króla naszych serc. Nie sposób więc nie śpiewać dla Niego najbardziej wzniosłych i z serca płynących pieśni. Nie ma większego i nie ma innego BOGA!

Kiedy jako chrześcijanie idziemy do kościoła, śpiewamy tam różne pieśni. Są to najczęściej modlitwy lub opisy łaskawości i piękna naszego Ojca w niebie albo naszej więzi z Nim. Najbardziej wzniosłe są jednak zawsze pieśni wdzięczności – docenienia tego, w jaki sposób Pan Bóg ubogaca nas codziennie! Jeśli takich pieśni zaczyna brakować w naszych sercach, to wtedy stajemy się rozkapryszonymi dziećmi Boga, strasznymi niewdzięcznikami, roszczeniowymi malkontentami wciąż obrażającymi się na Boga, stroniącymi fochy i rozczarowanymi buntownikami, którzy w końcu stają się wystygłymi, nominalnymi chrześcijanami. 

Czy mamy powody do wdzięczności Bogu? Myślę, że tak, więc zaśpiewajmy czasem na osobności, albo w kościele pieśń wdzięczności dla Tego, który jest naszym Stwórcą i naszym Ojcem w niebie. On czeka na nasze pieśni – szczególnie te płynące z głębi naszych serc!



pastor Andrzej Seweryn
(andrzej.seweryn@gmail.com)
Read More →
Exemple

Nareszcie grudzień

Udało nam się przetrwać listopad. Miesiąc, który zaczyna się wspominaniem tych, którzy od nas odeszli, a potem zwykle jest pochmurny, szary i smutny, a dni coraz krótsze. Co prawda w tym roku miesiąc ten był dla nas dość łaskawy, bo ominęły nas dni słotne i deszczowe, a i temperatura była relatywnie dość wysoka. Było więc ciepło, nie padał jeszcze śnieg, a drogi były czarne i niezbyt śliskie. 

Mimo to czekałem na koniec tego miesiąca i to nie dlatego, że w jego ostatnim dniu są Andrzejki, bo ich nie obchodzę. Tradycyjnym zwyczajem umilałem sobie listopadowe dni, słuchając muzyki Fryderyka Chopina, jego walców, preludiów i ballad, a nade wszystko dwóch przepięknych koncertów fortepianowych w wykonaniu Rafała Blechacza oraz Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej w Warszawie. To zresztą przypomniało mi fakt, że za rok – jak doczekamy – będziemy mieli w naszym kraju kolejny Konkurs Chopinowski, oczywiście jesienią. Będzie to więc kolejne święto muzyki naszego genialnego kompozytora. Ale to dopiero za rok.

Tymczasem mamy już grudzień, a to brzmi zupełnie inaczej. Czas bowiem odpalić świąteczne dekoracje w naszych miastach i na podwórkach. Zauważyłem już na Placu Juranda w naszym mieście piękną choinkę z imponującymi bombkami, które co prawda jeszcze nie błyszczą zawieszonymi lampionami, ale lada chwila dekoracje świąteczne w mieście zachęcą do wieczornych spacerów po naszych szczycieńskich ulicach. Na razie stada wron, które zadomowiły się na miejskich drzewach, raczej odstraszają nas od tych spacerów. Warto jednak zobaczyć nasze sztuczne lodowisko, które już funkcjonuje i kiedy spacerowaliśmy z żoną obok tego obiektu, widzieliśmy, że wiele osób korzysta z tej nowej formy rozrywki. I bardzo dobrze, bo ruch na świeżym powietrzu jest o wiele lepszy od siedzenia przy komputerze czy konsoli. Czas na poszukanie łyżew w naszych domowych szafach lub garażach.

Na ostatnim nabożeństwie w naszym kościele odpaliliśmy pierwszą symboliczną świecę adwentową, co przypomniało nam, że oto mamy w kalendarzu kościelnym czas Adwentu. To okres przypominania sobie prawdy o tym, że Pan Jezus, który przyszedł na ten świat pierwszy raz, rodząc się w Betlejem, przyjdzie wkrótce po raz drugi, by Jego wiernych naśladowców zabrać do siebie. Czekamy z wiarą na Jego powrót i ta obietnica spełni się tak pewnie, jak wiele innych, które już się spełniły. Tak więc w najbliższych tygodniach będziemy mieli okazję porozmyślać o tym, a nade wszystko o naszej gotowości na spotkanie ze Zbawicielem i Panem. Jeśli traktujemy poważnie Jego Słowo, to winniśmy być duchowo gotowi na to spotkanie. 

Ani się obejrzymy, a nadejdą święta Pamiątki Narodzenia Jezusa, który przyszedł na świat, by przynieść pokój i radość, a nade wszystko zbawienie dla tych, którzy w Niego uwierzą i oddadzą swoje życie Jemu bez żadnych zastrzeżeń. Jako jego naśladowcy też jesteśmy i staramy się być ludźmi pokoju, niosąc światu Bożą miłość oraz przesłanie o pokoju, jaki możemy mieć z Bogiem – naszym Ojcem w niebie.

Jakże w tym kontekście bolą wiadomości ze świata, w którym ginie wciąż i coraz więcej chrześcijan. Cierpią oni z rąk ludzi, którzy ich nienawidzą i coraz silniej prześladują. Oto ostatnia wiadomość z afrykańskiego kraju Burkina Faso, gdzie kilkunastu silnie uzbrojonych napastników podjechało na motocyklach pod protestancki kościół w miejscowości Hantoukoura. W czasie niedzielnego nabożeństwa ci źli ludzie wtargnęli do świątyni zabijając z zimną krwią 14 wiernych, w tym także pastora i kilkoro dzieci. To straszne, ale są takie kraje na świecie, gdzie nawet na nabożeństwie w kościele ludzie nie mogą czuć się bezpieczni. 

Nie zdajemy sobie sprawy, w jak wielu miejscach na ziemi chrześcijanie doświadczają bardzo silnych prześladowań, mimo że Pismo Święte uczy nas miłować nawet naszych wrogów. Niestety, wrogowie chrześcijaństwa nie odwzajemniają się tym samym i stają się coraz bardziej okrutni, brutalni i bezwzględni. Istnieje w naszym kraju organizacja Open Doors Polska (www.opendoors.pl), która wspiera prześladowanych chrześcijan i informuje o wielu aktach przemocy i barbarzyństwa, którego doświadczają chrześcijanie różnych denominacji w takich krajach, jak np. Nigeria, Chiny, Korea Północna, Pakistan, Indie lub Iran. Warto pomyśleć o naszych duchowych współbraciach i modlić się o tych, którzy cierpią straszliwie i płacą ogromną cenę za swoją wierność Bogu.

Doceniajmy więc to, że w naszym kraju możemy doświadczać pokoju i wolności od prześladowań. Mamy w Polsce różne denominacje chrześcijańskie, ale staramy się żyć w pokoju i wzajemnym szacunku, którego nauczył nas Pan Jezus. Uczymy się doceniać naszą różnorodność, choć nie wszyscy nad Wisłą do końca to rozumieją. Módlmy się o to, byśmy nie musieli doświadczać zła, przemocy i nietolerancji religijnej. Uczmy się jako chrześcijanie różnych wyznań nadal żyć w atmosferze wzajemnego szacunku i dobrze pojętej tolerancji. Uznajmy również prawo każdego człowieka do obierania własnej drogi duchowego rozwoju i religijnej tożsamości. Niech również najbliższe tygodnie rozbudzą w nas radość z faktu, że wszelkie trwałe dobro i wszystkie głęboko ludzkie wartości zawdzięczamy Bogu, który nas stworzył oraz Panu Jezusowi, który przyszedł na ten świat i pokazał nam, jak żyć i podobać się naszemu Stwórcy.

Życzę moim Szanownym Czytelnikom, by ponieśli w swoich sercach to adwentowe światło i przedświąteczne ciepło do swoich domów i rodzin, by cieszyli się tym co mamy i pamiętali o tych, którym wiedzie się o wiele gorzej niż nam. Bądźmy wdzięczni za to Panu Bogu i darzmy się wzajemną życzliwością.

pastor Andrzej Seweryn
(andrzej.seweryn@gmail.com)


Read More →
Exemple

Tu się urodziłem

Zawsze miło udać się w rodzinne strony, do miejsca swojego urodzenia. Wracają wtedy wspomnienia z dzieciństwa i młodości, kiedy mieszkało się w domu swoich rodziców razem z rodzeństwem. Były to dzięki Bogu czasy spokojne, nie naznaczone co prawda nadzwyczajnym dostatkiem materialnym, ale też były wolne od głodu lub innych nieszczęść, przed którymi chronił nas Pan Bóg. Myślę, że każdy z nas na dźwięk miejscowości, w której się urodził, reaguje zawsze z nutką wzruszenia, bo to po prostu nasza rodzinna wioska czy miasto – miejsce naszego dzieciństwa i młodości.

Mamy je zresztą zapisane we wszystkich naszych dokumentach. Nie sposób zapomnieć tej nazwy, tak jak nie można zapomnieć daty swoich urodzin. To są elementy, które nas identyfikują i czynią nas osobami powiązanymi nie tylko z czasem, ale i przestrzenią. Różne są zresztą te drogie nam miejsca. Urodziliśmy się wszak w tak różnych częściach świata czy naszego kraju, ale dla każdego z nas miejsce urodzenia jest najmilsze i najbliższe sercu.

Czasem żartuję, że urodziłem się nie w czepku, lecz w Chełmie i moje rodzinne miasto na Lubelszczyźnie kojarzy się ludziom raczej z hełmem – twardym, żelaznym okryciem głowy żołnierza na wojnie. Tak wygodnie jak w czepku pewnie nie było, choć i ten czepek to pojęcie, które należy traktować bardziej metaforyczne niż dosłownie. Kiedy jednak zdarza mi się pojechać do mojego rodzinnego miasta, to zawsze jest to trochę nostalgiczna podróż, a także okazja do spotkania z moimi dwiema siostrami i ich rodzinami, które żyją nadal w miejscu naszego dzieciństwa.

Ostatni weekend spędziłem z kolei w Gdańsku, gdzie jako pastor zostałem zaproszony do pierwszego zboru baptystycznego, by tam na porannym niedzielnym nabożeństwie wygłosić kazanie. Ten wyjazd był dla nas z żoną miłą okazją do spotkania niektórych naszych przyjaciół i kolegów, z którymi przed laty spędzaliśmy wakacje na chrześcijańskich obozach dla młodzieży. Uczyliśmy się wtedy o Bogu i o nawiązywaniu z Nim osobistej i szczerej relacji, śpiewaliśmy młodzieżowe pieśni, uczyliśmy się śpiewać na głosy w organizowanych na tych obozach chórach młodzieżowych. Z niektórymi kolegami spotkaliśmy się po latach, więc wspomnieniom z naszej młodości nie było końca.

Dla mnie jednak ta wizyta w gdańskim zborze była szczególnie wzruszającym przeżyciem i powrotem do przeszłości. Stało się tak dlatego, że niemal pięćdziesiąt lat temu, jako 18-letni chłopak, brałem udział w wakacyjnym obozie dla młodzieży, który tam się wtedy odbywał. Był to jeden z wielu obozów letnich, w których wcześniej i później uczestniczyłem, ale ten gdański z lipca 1970 roku pozostał dla mnie szczególnie ważny i do dziś wręcz niezapomniany. 

Otóż w ostatnich dniach tego spotkania młodzieży odbywała się tzw. ewangelizacja, czyli rekolekcje dla młodych ludzi, których było wtedy około 100 osób. W czasie ostatniego wieczoru pastor głoszący Słowo Boże zaapelował do nas młodych, abyśmy podjęli decyzje oddania swojego życia Jezusowi Chrystusowi jako osobistemu Zbawicielowi. Pan Bóg w bardzo silny sposób dotknął wtedy mojego serca, umysłu i woli i wtedy poruszony w duchu powierzyłem całe swoje przyszłe życie Bogu, stając się Jego naśladowcą – świadomie i z własnego wyboru. Pan Bóg wzbudził we mnie najpierw pragnienie pokuty, czyli wyznania swoich grzechów, a kiedy to zrobiłem we łzach, bardzo szczerze i serio, wtedy odczułem w sercu Boże przebaczenie i narodziłem się na nowo dla Niego. Postanowiłem odtąd żyć dla Jego chwały, a nie dla własnych celów i pragnień.

To był dla mnie niezapomniany i przełomowy moment osobistego nawrócenia, który totalnie i na zawsze odmienił moje życie. I tak trwam w tym przymierzu z moim Panem aż do dzisiaj. Takim również chciałbym pozostać aż do końca moich dni, bo wtedy w Gdańsku obiecałem to Jezusowi.

Kiedy więc znalazłem się po latach na tym miejscu, gdzie duchowo narodziłem się dla Boga, wzruszenie ogarnęło moje serce i tym przeżyciem podzieliłem się ze słuchaczami mojego niedzielnego kazania. Dla mnie bowiem Gdańsk jest kolebką mojej duchowości, miejscem mojego duchowego urodzenia. Tak więc powiadam, że jestem człowiekiem, który urodził się dwa razy.

To moje przeżycie i doświadczenie ma zresztą silny i bezpośredni związek z nauczaniem samego Pana Jezusa, który kiedyś powiedział do Nikodema, bogobojnego i powszechnie szanowanego nauczyciela w Izraelu, takie słowa: „Ręczę i zapewniam, kto się nie narodzi na nowo, nie może zobaczyć Królestwa Bożego”, a potem Jezus dodał z naciskiem: „Musicie się na nowo narodzić” (Ew. Jana 3,3 i 7). 

Ten imperatyw, czyli nakaz ma swoje ponadczasowe i wciąż aktualne znaczenie. Życie z Bogiem według przykazań i nakazów Jezusa nie może być kwestią wyłącznie naszych tradycyjnych przyzwyczajeń, mglistych deklaracji i powierzchownych wyznań wiary, lecz głęboko przeżytym nawróceniem od życia w grzechu i obojętności wobec Boga do życia pełnego wiary, miłości oraz posłuszeństwa i poświęcenia życia Chrystusowi. Ta przemiana duchowa czyni wielką różnicę w naszym życiu, w naszej pobożności, w naszym stylu życia i naszej moralności. Stajemy się wtedy naprawdę dziećmi Bożymi (1 List Jana 3,1) i przyjaciółmi Jezusa (Ewangelia Jana 15,14-15), a nie tylko nominalnymi, niepraktykującymi chrześcijanami. Przy tym musimy pamiętać o jednym: nawrócenie człowieka dzieje się wyłącznie z powodu łaski i miłości Boga do nas wszystkich bez wyjątku. To jest wielka prawda i wciąż aktualna nadzieja dla tych, którzy jak dotąd urodzili się tylko raz. Warto o tym poważnie pomyśleć, a potem zapragnąć nowego narodzenia.

pastor Andrzej Seweryn
(andrzej.seweryn@gmail.com)
Read More →
Exemple

Światło w ciemności

Tak to już jest w listopadzie, że mamy coraz mniej światła w dzień, a coraz więcej ciemności, bo jeszcze przez najbliższy miesiąc dzień będzie nam się skracał, a noc będzie coraz dłuższa. Dopiero w styczniu zacznie przybywać dnia, a ubywać nocy. Musimy więc radzić sobie w tych dniach i dbać przede wszystkim o światło w duszy i sercu, a potem wokół siebie.

Kiedy spaceruję z żoną wokół naszych szczycieńskich jezior, da się zauważyć tu i ówdzie przepaloną żarówkę w latarniach oświetlających nasze spacerowe ścieżki. Wystarczy jedna zgaszona latarnia, a już robi się ciemniej i mniej przyjemnie. Dobrze byłoby, gdyby odpowiednie służby uzupełniły i wymieniły przepalone żarówki, bo przez najbliższe miesiące będziemy potrzebować tego światła jak najwięcej. Co innego, kiedy mamy lato i kiedy jest jasno niemal do godziny dziesiątej wieczorem.  Teraz jednak niech palą się wszystkie latarnie i wszystkie światła. Będzie nam milej i raźniej.

Nikt chyba nie lubi ciemności. Może tylko ci, którzy zajmują się ciemnymi sprawkami, popełniają przestępstwa, robią dziwne i mroczne interesy. Pod osłoną nocy łatwiej popełnić zbrodnię, w ciemności tak łatwo też doprowadzić do tragicznego wypadku lub zderzyć się z wybiegającą na drogę zwierzyną, na co szczególnie w naszych mazurskich lasach trzeba bardzo uważać. Co prawda jako kierowca potrafię poruszać się nocą i w ciemności, ale coraz chętniej podróżuję w dzień, kiedy jest jasno i bardziej bezpiecznie na drodze. Nie warto zbytnio ryzykować i narażać życia swojego i innych, bo jeśli dochodzą jeszcze mgły, przymrozki, a potem przyjdą opady śniegu, wtedy żarty na drodze się skończą.

Bardzo z żoną lubimy, kiedy w domu jest jasno, zaś w jesienno-zimowe długie wieczory staramy się doświetlić mieszkanie, gdzie przyszło nam żyć i pracować. Są jednak ludzie, którym nie przeszkadza mrok i niedoświetlony pokój. Czasem ludzie mieszkają w mrocznych mieszkaniach, a ludzie starsi świadomie oszczędzają energię elektryczną, która nie jest tania, więc czasem ekran włączonego telewizora staje się jednym z najjaśniej świecących źródeł światła w niejednym emeryckim domu. No cóż, można i tak.

Nikomu nie należy specjalnie udowadniać, jak ważne jest światło, szczególnie to słoneczne, w naszym życiu oraz w całej otaczającej nas przyrodzie. Jest ono „jak zdrowie”. Cenimy je sobie szczególnie w okresie niedoboru promieni słonecznych – ich jasności i ciepła, na które przyjdzie nam poczekać całą zimę, niestety. Chyba że kogoś stać, by spakować walizki i uciec na wakacje do ciepłych krajów, albo na antypody, na przykład do Australii, gdzie już płoną lasy, a spiekota da się ludziom mocno we znaki, szczególnie w styczniu i lutym, bo oni wtedy właśnie mają swoje lato w pełni.

To ciekawe, że słowo „światło” pojawia się na samym początku Pisma Świętego, już w trzecim wersecie Biblii. Kiedy bowiem Pan Bóg stwarzał świat, wtedy rzekł: „Niech się stanie światło i stało się światło. Bóg uznał, że światło jest dobre” (Księga Rodzaju 1,3-4). Myślę, że i my jako Jego stworzenie możemy powiedzieć, że światło jest dobre. Ciemność nie jest dobra, miła i przyjemna, chyba że w ciemni fotograficznej, ale kto dzisiaj wie, co to takiego? Przecież jeśli w ogóle chcemy mieć papierowe zdjęcia, a nie te w komputerze czy telefonie komórkowym, to zazwyczaj idziemy do fotografa, który po kilku minutach daje nam do ręki wydrukowane fotki.

Zresztą fizycy powiadają, że właściwie ciemność nie istnieje, bo jest ona brakiem światła. Może coś w tym jest. Szczególnie, kiedy tych pojęć używamy w duchowym, moralnym, czyli metaforycznym sensie. Mówimy czasem o mrokach średniowiecza, mając na uwadze zacofanie duchowe i intelektualne ludzi tamtych czasów. Mówimy czasem również o innych okresach historii, że panowała wtedy ciemnota łączona często z zabobonem. Ciemnogród – to również pojęcie dotyczące jakiegoś środowiska, w którym brak oświeconych i jasnych umysłów. Tak bywa. Chodzi tylko o to, by takimi epitetami nie obrzucać i nie obrażać innych, którzy w naszym mniemaniu są na niższym poziomie intelektualnym niż my sami. Bo jak to zmierzyć? Czy tylko poziomem naszego formalnego wykształcenia? Bardzo to wątpliwy wskaźnik i bardzo zawodny. Wciąż i wciąż potrzebujemy pokory i samokrytycznego spojrzenia na siebie.

W Kazaniu na Górze Pan Jezus przestrzegał słuchaczy przed pogardą i poniżaniem innych ludzi, porównując tę wysoce naganną postawę do morderstwa – zabijania słowem. Kto bowiem podepcze czyjąś godność, nazywając kogoś głupcem, ten „skończy w ogniu miejsca wiecznej kary” – przestrzegał Jezus w swoim kazaniu (Ewangelia Mateusza 5,22). Najbardziej żałosnym człowiekiem jest bowiem ten, kto ma o sobie samym bardzo wysokie mniemanie, a sam jest prostakiem i nieokrzesańcem. Taka ciemnota jest najgorsza i najbardziej groźna.

Wystrzegajmy się zatem ciemności pod każdą postacią. Nie spacerujmy po ciemnych zaułkach, ale też troszczmy się o jasność własnego umysłu i obiektywizm w ocenie najpierw samych siebie, a potem innych ludzi. Korzystajmy pełnymi garściami również z duchowego światła zawartego w Słowie Bożym, które – jak pisał Psalmista – „jest pochodnią dla mych nóg. Jest światłem dla mych ścieżek” (Psalm 119,105). Takich odniesień do światła i ciemności jest w Piśmie Świętym bardzo wiele.

Szczęśliwy człowiek, który w tym Bożym świetle porusza się każdego dnia. Nabywa Bożej mądrości, rozwagi i pokory wobec innych oraz wobec samego Stwórcy. Tego właśnie światła życzę wszystkim moim Szanownym Czytelnikom.

Andrzej Seweryn
(andrzej.seweryn@gmail.com)

Read More →