Radość z narodzin

Home Blog Wpisy Radość z narodzin

Exemple

Radość z narodzin


Narodziny dziecka to zawsze wielka radość dla rodziców, podwójna dla dziadków, a także radość i dobra wiadomość dla przyjaciół i bliskich. Ostatnio kibicowaliśmy w naszym kościele jednej rodzinie, która spodziewała się kolejnego dziecka i oto dziś rano dowiedziałem się, że jest nowa istota na tej ziemi – Ola. Pogratulowałem rodzicom i dziadkom oraz podziękowałem Bogu za wysłuchane modlitwy w tej kwestii. Teraz będziemy poprzez modlitwy wspierać mamę w jej powrocie do sił, a małej Oleńce życzymy zdrówka i prawidłowego rozwoju.

Przypomniało mi to sytuacje, kiedy rodziły się dzieci w naszym małżeństwie. Na wieść o narodzinach naszego pierworodnego omal nie udusiłem swojej teściowej – oczywiście z radości, żeby nie było, iż miałem jakieś zbrodnicze zamiary wobec niej. W końcu to matka mojej żony i babcia moich dzieci. Cieszyłem się bardzo i chodziłem dumny jak paw, bo nieważne czy to będzie dziewczynka czy chłopiec. Najważniejsze, żeby był syn – przynajmniej ten pierwszy. Kiedy po kilku dniach od urodzenia odbierałem go ze szpitala i kiedy wziąłem go na ręce pierwszy raz, zrobiłem taką minę (jaką? – nie wiem do dziś), że pielęgniarki i lekarz wybuchli śmiechem. Pewnie na mym ojcowskim obliczu zagościł zachwyt nad tym cudem zmieszany z zaskoczeniem nad wielkością mojego potomka oraz nieporadnością, bo jak to trzymać taką kruszynkę…

Z odbiorem drugiego syna było już trochę lepiej. Miałem minę bardziej naturalną, choć nie ukryłem zdziwienia, że miał tak długie paluszki u rąk – jak pająk. Dziś to dryblas przewyższający swoich rodziców i rodzeństwo, które też nie grzeszy wzrostem, jako że i rodzice to nie ułomki przecież. O córce nie wspomnę, bo pojawiła się na świecie jak wisienka na naszym rodzinnym torcie i szybko zawładnęła sercami nas wszystkich, a szczególnie sercem jednego faceta. Wiadomo, tatusiowa córeczka!

Jako młodzi rodzice nie wierzyliśmy wtedy swoim rodzicom i dziadkom, że wraz z przyjściem na świat pierwszego, a potem dwojga następnych dzieci świat już nie będzie taki sam. Zajęliśmy się własnym rodzicielstwem, wyrażając wielokrotnie wielką wdzięczność Bogu za ten cud i przywilej posiadania własnych, biologicznych dzieci, a także za to, że urodziły się, a potem wychowały zdrowo i szczęśliwie. Co oczywiście nie znaczy, że bez przygód i różnych doświadczeń. Podrapane kolanka i łokcie to była codzienność, wszak wychowywaliśmy nasze dzieci jako „toksyczni rodzice”. Tak się dzisiaj nazywa ojców i matki starej daty, którzy bez większych obaw wypuszczali dzieci na dwór, pozwalali bawić się z kolegami, nie bali się zarazków i innych zagrożeń. Żyło się normalnie i dzieci wychowywało się normalnie. I – dzięki Bogu – wyrosły na normalnych ludzi, a nie na emocjonalne i nieodpowiedzialne niedorajdy wychowywane bezstresowo, chuchane i dmuchane, bo wszystko mają za darmo i pod nosem, ale nie są przygotowane do samodzielnego życia, jak to często dzisiaj bywa.

W ostatnią niedzielę miałem przywilej przemawiać do dzieci i nastolatków. Pytałem ich o daty urodzin i imiona ich rodziców. „Czy pamiętacie dzień swoich urodzin?” – zapytałem. Niektóre dzieci powiedziały mi nawet o godzinie i minutach tego dnia, kiedy się urodziły. „Skąd to wszystko wiecie?” – ciągnąłem. W odpowiedzi usłyszałem: „Mama nam mówiła”. O tatusiach nie wspominały jakoś.

W dalszej części swojego „kazania” do dzieci, które są o wiele bardziej wymagającymi słuchaczami od dorosłych, zacząłem im opowiadać o pewnym człowieku, który przyszedł w nocy, by na osobności porozmawiać z Panem Jezusem. Dzieci od razu odgadły, że chodzi o Nikodema (Ew. Jana r. 3). Wtedy przypomniałem im, że Jezus powiedział do tego człowieka zdanie, że – jak to mówicie dzisiaj – szczena mu opadła (chciałem mówić ich językiem). Dzieciaki natychmiast zareagowały: Nie szczena,, lecz kopara!!

Zrozumiałem, że mój młodzieżowy slang trąci już nieco myszką, więc mówiłem dalej. Otóż Pan Jezus powiedział do Nikodema, że musi się urodzić drugi raz. „Jak myślicie – zapytałem swoich małych słuchaczy – co Pan Jezus miał na myśli?” Jedna z dziewczynek podniosła rękę i stwierdziła rezolutnie: „To znaczy, że musi się nawrócić”. Miała absolutną rację. Innymi słowy: narodzić się duchowo dla Boga, by odtąd żyć dla Niego i dla Jego chwały!

Kiedyś na chrześcijańskich obozach śpiewaliśmy pieśń, która zaczynała się od słów: „Panie, chcę być dzieckiem Twoim w sercu mym”. Pierwszy raz takie pragnienie wyraziłem w swoim życiu, kiedy miałem 13 lat, a moja żona – jako niespełna 11-letnia dziewczynka. Kiedy opowiedziałem o tym dzieciom, zapytałem: „A może ktoś z was chciałby dzisiaj powiedzieć takie same słowa?”. Wraz z wieloma dorosłymi opiekunami byłem bardzo wzruszony, kiedy po kolei wychodzili na środek chłopcy i dziewczynki i biorąc do ręki mikrofon mówiły z przejęciem: „Panie, chcę być dzieckiem Twoim”. To były ich szczere, dziecięce modlitwy, które Pan Bóg na pewno usłyszał.

A my, dorośli? Jeśli nie staniemy się jak te dzieci, nie wejdziemy do Królestwa Bożego. Tak powiedział nasz Pan Jezus Chrystus. Bo choć urodziliśmy się fizycznie z woli najpierw Pana Boga, a potem naszych ziemskich rodziców, to jednak duchowe narodziny są kwestią naszego świadomego i niewymuszonego przez nikogo wyboru. Nieważne, w którym momencie swojego życia, ale warto urodzić się dla Boga, by potem żyć po Bożemu i dla Jego chwały! Każde takie narodziny – to wielka radość w niebie! Czy niebo cieszyło się już z twojego powodu?

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)