„Fejsbukowe” towarzystwo

Home Blog Wpisy „Fejsbukowe” towarzystwo

Exemple

„Fejsbukowe” towarzystwo

Jeszcze nie tak dawno krążył po sieci taki sobie żart, że ktoś miał na Facebook’u setki znajomych, ale kiedy umarł, na jego pogrzeb przyszło tylko kilka osób. W ten sposób starano się zdyskredytować zamiłowanie niektórych rekordzistów, którzy chcieli mieć na swoim profilu jak najwięcej tzw. znajomych. Określenie „znajomy” zdewaluowało się, bo nie dotyczyło już tylko tych, których rzeczywiście znamy bliżej, albo przyjaźnimy się ze sobą, lecz włączyło wielu nieznajomych i przypadkowych ludzi, których bezrefleksyjnie zaczęli niektórzy dołączać do listy swojego „fejsbukowego” towarzystwa.

Już jakiś czas temu, kiedy jeszcze nie istniałem na tym profilu, mój syn stwierdził, że kogo nie ma na Facebook’u, ten nie istnieje. Pewnego więc dnia postanowiłem zaistnieć, by nie pójść w zapomnienie. Do grona swoich znajomych starałem się więc zapraszać jedynie tych, których znam trochę bliżej i lepiej, natomiast odrzucałem propozycje zawiązania znajomości z tymi, których nazwiska i imiona nie mówiły mi nic lub bardzo niewiele. Byłem więc bardzo powściągliwy w rozszerzaniu listy moich znajomych, by nie doświadczyć takiego zaskoczenia, że na mój pogrzeb przyjdzie zaledwie kilka osób…

Żarty żartami, ale obecnie zostaliśmy pozamykani w swoich domach i zauważyłem ostatnio, że zdecydowanie więcej osób zaproponowało mi znajomość na Facebook’u, niż to było dotychczas. Widocznie brak ludziom tych kontaktów, więc wszelkimi sposobami chcą się komunikować z innymi. Ale dlaczego ze mną właśnie? Może dlatego – pomyślałem – że wielu zna mnie jako długoletniego pastora, ewangelistę czy nauczyciela Słowa Bożego i w okresie, który przeżywamy, może potrzebują kontaktu ze mną, z moimi kazaniami czy wypowiedziami, którymi czasem dzielę się w Internecie, na blogu pastora, czy na łamach naszego Tygodnika.

Ostatnio mam też okazję nagrywania kazań i całych nabożeństw internetowych naszego Zboru w Szczytnie, przez co mogę dotrzeć z przesłaniem Pisma Świętego do wielu mi nieznanych ludzi, jeśli oczywiście chcą z tych programów czy też pisanych przeze mnie tekstów skorzystać. W ostatni weekend miałem również okazję wraz z żoną poprowadzić zajęcia online w Zborowej Szkole Biblijnej w Pierwszym Zborze Kościoła Chrześcijan Baptystów w Warszawie (sobota), a potem w czasie transmisji niedzielnego nabożeństwa w tym Zborze miałem przywilej wygłosić kazanie (można to obejrzeć na YouTube pod nazwą tego Zboru) . Kiedy zaś wracałem z Warszawy do Szczytna, słuchaliśmy z żoną na YouTube nagranego wcześniej nabożeństwa przygotowanego przez ludzi z naszego lokalnego Zboru w Szczytnie.

Robimy to wszystko po to, by być duchowym wsparciem dla członków naszej wspólnoty, z którymi nie możemy nadal spotykać się w kościele, ale nie tylko dla nich. Jest to również otwarta możliwość dla innych ludzi, naszych znajomych i nieznajomych, by podzielić się z nimi prawdami Pisma Świętego, których tak obecnie potrzebujemy. Prawdami, które mogą nas pocieszyć, dodać nam odwagi i nadziei na przyszłość, albo też ostrzec przed duchową ospałością. Tak czyni wiele lokalnych zborów i parafii, bo kościół – mimo zamkniętych drzwi – ma i powinien mieć otwarte ramiona i serca dla wszystkich, którzy potrzebują pomocy – szczególnie tej duchowej i emocjonalnej.

Taki był sens i przesłanie nabożeństwa warszawskiego, natomiast na naszym szczycieńskim nabożeństwie podkreślaliśmy fakt, jak bardzo tęsknimy za nabożeństwami i spotkaniami w naszym kościele. Myślę, że wielu ludzi myśli i czuje to samo. Zaczynamy coraz bardziej dostrzegać i doceniać wartość realnej wspólnoty ludzkiej, która wyraża się nie tylko w kościele, ale tam chyba najgłębiej, bo to przecież nasza duchowa rodzina i nasz drugi dom!

Tak to już jest, że bardzo wielu ludzi nie znamy wcale. Oni są dla nas obcy i obojętni. Niektórych znamy bardzo mało i niewiele o sobie wiemy, bo może znamy się tylko z widzenia: z windy, z klatki schodowej, ze sklepu czy widząc się czasem na kawie w kawiarence. Niektórych znamy dość dobrze, ale jest to znajomość za pośrednictwem ekranu telewizyjnego czy komputerowego, a więc jednostronna, bo my znamy ich twarze i nazwiska, ale oni nie wiedzą o nas nic, bo nigdy nie spotkaliśmy się z nimi twarzą w twarz.

Dopiero tych, którzy są naszymi bliskimi w rodzinie lub naszymi przyjaciółmi, znamy naprawdę i czasem bardzo blisko. Znamy też nasze dzieci lub wnuki, a one znają nas także bardzo dobrze. Nie mówię już o znajomości i więzi małżeńskiej, kiedy dwoje ludzi – mąż i żona – znają się na wylot, bo przeżywają ze sobą dziesiątki lat. To jest więź, która buduje się i umacnia przez lata, podobnie jak dobra i wierna przyjaźń.

Podobnie jest z naszą relacją z Jezusem i z Bogiem. Możemy o Nich wiedzieć tylko ze słyszenia, pobieżnie, bo tak naprawdę nic głębszego nie łączy nas ze Stwórcą i Jego Synem, którego śmierć i zmartwychwstanie wspominaliśmy tak niedawno. Możemy jednak nawiązać z Nim o wiele głębszą i poważniejszą relację opartą na wierze i pragnieniu odwzajemnienia Jego miłości do nas. Jest to oczywiście kwestia niewymuszonej i osobistej oraz świadomej decyzji każdego człowieka, który chce wiedzieć o Bogu więcej, poznać Go bliżej, związać się z Nim duchowymi więzami i żyć według Jego standardów spisanych na kartach Pisma Świętego.

Chyba, że ktoś nie chce tego. Wtedy – co najwyżej – może zaprosić Jezusa jako nowego „znajomego” na Facebook’u – oczywiście w sensie metaforycznym. Tylko że będzie to kiepska i płytka znajomość. Jemu to nie wystarczy! On chce się z tobą związać bardzo blisko. Tylko czy pozwolisz Mu na to?

pastor Andrzej Seweryn (andrzej.seweryn@gmail.com)